Obcy w mieszkaniu
Zofia jako pierwsza otworzyła drzwi i stanęła w progu, z szeroko otwartymi oczami. Ze środka dobiegał głos telewizora, jakiś rozmowy w kuchni i obcy zapach, jakby ktoś wylał kompot z wiśni na starą podłogę. Za nią Michał prawie upuścił walizkę, której kółka głośno zgrzytnęły o wykładzinę.
Ciszej wyszeptała Zofia, wyciągając przed siebie dłoń. Ktoś tu jest.
Na ich ulubionej kremowej kanapie rozłożyło się dwoje nieznajomych. Mężczyzna w popielatym dresie energicznie przełączał kanały pilotem, a obok siedziała korpulentna kobieta z drutami do robótek. Na ławie stały kubki z herbatą, talerze z okruszkami i jakieś lekarstwa w rażących pudełkach.
Przepraszam, a kim państwo są? Głos Zofii drżał jak liść na wietrze.
Nieznajomi spojrzeli na nich bez cienia skrępowania.
O, wróciliście już? kobieta choćby nie odłożyła robótki. My jesteśmy krewnymi Haliny. Dała nam klucze, powiedziała, iż właścicieli nie ma.
Michał posmutniał jak uczniak przy tablicy.
Jaka Halina?
Wasza mama odezwał się wreszcie mężczyzna, powoli wstając z kanapy. Przyjechaliśmy z Białegostoku na badania z Igorem. Zamieszkać nas tu wpuściła, bo mówiła, iż wam to nie przeszkadza.
Zofia przeszła po cichu do kuchni. Przy kuchence stał chłopak na oko piętnastoletni i smażył parówki. Lodówka wypchana była cudzymi produktami, a na stole piętrzyła się góra brudnych naczyń.
A ty kto jesteś? Z ciężkim westchnieniem zapytała Zofia.
Igor powiedział chłopak. Mogę chyba coś zjeść? Babcia Halina mówiła, iż można.
Zofia wróciła do przedpokoju, gdzie Michał już sięgał po telefon.
Mamo, co ty robisz? Jego głos był cichy, ale drżał jak napięta struna.
Słuchawka odpowiedziała radosnym tonem teściowej:
Michałku, wróciliście? Jak wypadł urlop? Słuchaj, dałam Sylwii klucze, przyjechali z Wojtkiem do Warszawy, Igora do lekarzy prowadzą. Przecież was nie było, mieszkanie puste, po co ma stać niewykorzystane? Są tylko na tydzień.
Mamo, pytałaś nas o pozwolenie?
A po co pytać? Przecież was nie było. Powiedz im tylko, iż pilnuję mieszkania i mają posprzątać po sobie.
Zofia przejęła telefon:
Pani Halino, pani naprawdę wpuściła obcych ludzi do naszego mieszkania?
Jakich obcych? To moja kuzynka Sylwia! Spałyśmy w dzieciństwie w jednym łóżku.
A mnie co do tego? To jest NASZE mieszkanie!
Zosiu, jakie ty masz nerwy. To rodzina przecież. Są spokojni, nic nie zepsują. Igor choruje, trzeba mu pomóc. Czy ty jesteś taka skąpa?
Michał ponownie przejął telefon:
Mamo, za godzinę masz się tu zjawić i ich zabrać. Wszystkich.
Michał, ale przecież oni mieli być do czwartku! Igor ma badania i konsultacje. Zamiast pensjonatu, pomogłam im trochę grosza zaoszczędzić.
Masz godzinę. jeżeli nie przyjedziesz, dzwonię na policję.
Odłożył telefon. Zofia opadła na pufę w przedpokoju i ukryła twarz w dłoniach. Walizki stały nietknięte, z salonu brzęczał telewizor, w kuchni skwierczały parówki. Dwie godziny wcześniej lecieli samolotem, marząc o powrocie do własnego domu. A teraz czuła się tu jak nieproszony gość.
Już się pakujemy kobieta z salonu wychyliła się do korytarza z winą wypisaną na twarzy. Halina myślała, iż nie będziecie mieć nic przeciwko… Nie mieliśmy waszego numeru, więc nie zadzwoniliśmy. Halina sama zaproponowała. Liczyliśmy na ten tydzień, tylko tyle…
Michał stał przy oknie i milczał, jego plecy napięte jak cięciwa łuku. Tak zwykle stał, gdy był zły na matkę, ale nie potrafił tego głośno okazać.
A gdzie jest nasz kot? nagle zapytała Zofia, zbijając wszystkich z tropu.
Jaki kot?
Rudy Feliks, zostawiliśmy klucze właśnie dla niego.
Nie widzieliśmy żadnego kota Sylwia rozłożyła ręce.
Zofia rzuciła się do sypialni. Feliks siedział wciśnięty w najdalszy róg pod łóżkiem, z szeroko otwartymi oczami, futro miał nastroszone. Gdy chciała go wyciągnąć, syknął i cofnął uszy.
Feliks, kochany, to ja. Nic się nie bój.
Kot patrzył podejrzliwie, pokój pachniał obco. Na szafce nocnej stały jakieś lekarstwa, pościel była ułożona nie tak, jak zawsze robiła to Zofia, a na podłodze leżały cudze kapcie.
Michał przysiadł obok niej:
Przepraszam.
Przecież nic nie wiedziałeś.
Za matkę… Za to, iż taka jest.
Ona jest zawsze przekonana, iż ma rację.
Całe życie taka była… Pamiętasz, jak po przeprowadzce przychodziła bez uprzedzenia? Myślałem, iż jej to wyjaśniłem Okazuje się, iż nie.
Z przedpokoju popłynęły głosy. Przyjechała teściowa. Zofia poprawiła włosy i wyszła jej naprzeciw.
Halina stała w drzwiach i patrzyła z oburzeniem:
Michał, oszalałeś?
Mamo, usiądź mąż wskazał kuchnię.
Jakie usiądź? Sylwia, Wojtek, pakujcie się, wyrzucają nas! Idziemy do mnie.
Mamo, siadaj powiedział stanowczo Michał.
W końcu dostrzegła minę syna i zamilkła. Do kuchni weszli wszyscy troje, Igor dojadał parówki.
Mamo Michał usiadł naprzeciwko. Jak wpadłaś na pomysł, by bez pytania wpuścić kogokolwiek do naszego mieszkania?
Pomagałam! Sylwia dzwoniła, płakała, Igor słaby, do lekarzy muszą. Pomyślałam, iż skoro was nie ma, szkoda, żeby się marnowało miejsce.
Ale mamo, to nie twoje mieszkanie.
Jak nie moje? Mam przecież klucze.
Klucze dostałaś, żeby dokarmiać kota, nie po to, żeby robić hotel.
Michał, to rodzina! Sylwia moja siostra, całe życie razem. Wojtek pracowity, Igor chory chłopiec. A wy ich na bruk?
Zofia nalewała sobie wody, dłonie jej drżały.
Pani Halino, nie spytała nas pani.
A po co, skoro was nie było?!
Właśnie dlatego trzeba spytać Michał podniósł głos. Mamy telefony, można dzwonić, napisać, zapytać. Chodzi o szacunek.
Halina wstała:
Zawsze tak. Chcę dobrze, a wszyscy mają pretensje. Sylwia, pakujcie się, idziemy do mnie.
Ale masz kawalerkę powiedział Michał. Mówiłaś, iż się nie zmieścicie we czwórkę.
Zmieścimy się. Lepiej to, niż z niewdzięcznikami.
Zofia odstawiła szklankę:
Pani Halino, doskonale pani wie, iż to było nie w porządku. Inaczej by pani zadzwoniła.
Teściowa zamarła.
Wiedziała pani, iż będziemy przeciwni. Liczyła pani, iż nie będziemy mieli wyjścia przyjedziemy, a tu już ktoś mieszka. Prawda?
Chciałam dobrze.
Nie. Chciała pani po swojemu. To co innego.
Halina po raz pierwszy wyglądała na zdezorientowaną.
Sylwia płakała. Igor miał silne bóle. Żal mi jej się zrobiło.
Rozumiem, powiedział Michał. Ale to nie znaczy, iż mogłaś rozporządzać nie swoim. Wyobraź sobie, iż jadę do ciebie i wpuszczam do twojego mieszkania znajomych, gdy cię nie ma. Co byś poczuła?
Byłabym zła.
No właśnie.
Zapadła cisza, jedynie z salonu dobiegały odgłosy pakowania. Sylwia cicho łkała, Wojtek chował coś do torby, a Igor stał w drzwiach kuchni i patrzył w podłogę.
Przepraszam wymamrotał chłopiec. Babcia mówiła, iż można…
Zofia popatrzyła na niego. Zwykły, przestraszony dzieciak było widać, iż nie jego wina.
To nie twoja wina powiedziała cicho. Idź, pomóż rodzicom.
Halina wyjęła chusteczkę, otarła oczy.
Naprawdę myślałam, iż robię dobrze. Nie przyszło mi do głowy spytać. Zawsze wszystko dla was robiłam, myślałam, że…
Nie jesteśmy już dziećmi, mamo. Mamy po trzydzieści lat. Mamy swoje życie.
Zrozumiałam teściowa wstała. Zabrać klucze?
Zabrać Zofia skinęła głową. Przykro mi, ale zaufania już nie ma.
Wiem.
Sylwia z rodziną spakowali się szybko. Długo i nieporadnie przepraszali. Halina zabrała ich do siebie, obiecując jakoś ich pomieścić. Michał zamknął drzwi i oparł się o nie plecami.
W milczeniu obeszli mieszkanie. Pościel do zmiany, lodówka do przejrzenia, wszędzie ślady cudzej bytności porzucone rzeczy, przesunięte krzesła, brudne talerze. Feliks wciąż nie chciał wyjść spod łóżka.
Myślisz, iż zrozumiała? spytała Zofia otwierając okno w kuchni.
Nie wiem. Mam nadzieję.
A jeżeli nie?
Będziemy twardsi. Nie pozwolę już na takie coś.
Przytuliła go wśród bałaganu.
Najgorsze w tym wszystkim? Zofia odsunęła się. Feliks. Przecież wszystko to przez niego, żeby miał opiekę. A siedział głodny i przerażony.
Myślisz, iż go karmili?
Nie wygląda na to. Miska pusta, woda brudna. Zdaje się, zapomnieli o nim zupełnie.
Michał ukląkł przy łóżku:
Feliks, przyjacielu, więcej mama klucza nie dostanie.
Kot nieufnie wychynął spod łóżka; powoli, ostrożnie wyszedł i przysunął się do nóg właściciela. Zofia przyniosła mu jedzenie, rzucił się na nie łapczywie.
Zabrali się za porządki. Wyrzucili cudzą żywność z lodówki, zmienili pościel, umyli naczynia. Feliks, najedzony, zasnął na parapecie zwinięty w kulkę. Mieszkanie powoli nabierało znów ich charakteru.
Wieczorem zadzwoniła Halina. Głos miała cichy, skruszony:
Michał, przemyślałam… Miałeś rację. Przepraszam.
Dzięki, mamo.
Zofia jeszcze jest na mnie zła?
Michał spojrzał na żonę, ta skinęła głową:
Jest. Ale z czasem wybaczy.
Siedzieli potem długo w kuchni nad herbatą, bez słów. Za oknem rosły cienie. Mieszkanie odzyskiwało ich zapach i spokój, choć urlop zakończył się jakby przez czyjeś żarty – nagle, boleśnie i wbrew logice.









