Nieproszeni goście opanowali cały dom, a rodzina zamienia się w prawdziwy pensjonat! Żona narzeka na niekończące się odwiedziny kuzynostwa, wujków, dalekich znajomych i całkiem obcych ludzi, którzy mieszkają już latami, pracują w lokalnym sklepie, smażą wszystkim placki i rozkręcają ogródkowe mecze siatkówki w grudniu. Czy można się odnaleźć w takiej wielopokoleniowej wspólnocie, gdzie gość zajmuje się remontem, a gospodyni przestała odróżniać, kto tu jest kim? Opowieść o podmiejskim życiu w polskiej rodzinie, gdzie lista gości nigdy się nie kończy, a domownicy odkrywają, iż z tej mieszanki rodzi się nowa, zaskakująca rodzina!

newsempire24.com 6 dni temu

Nieproszonych gości cały dom

A ci mili ludzie nie mogą mieszkać gdzieś indziej? spytała moja żona. Przecież hoteli nie brakuje!
Przecież oni nie przyjechali tu tylko po to, żeby nam utrudnić życie! Mają kłopoty, próbują je rozwiązać, a potem wyjadą!
Tylko iż na ich miejsce zaraz przyjadą następni! Słyszałam zresztą wczoraj, iż jakiś Wojciech Wojciechowski nie mam pojęcia, kto to w ogóle jest mieszka tu już drugi rok!
No ile to jeszcze potrwa! wykrzyknęła Basia. To się w głowie nie mieści!

Co się dzieje? zapytałem, przeciągając się w łóżku.

Tam, Basia energicznie wskazała na okno. Zaraz zaczynają się zawody w siatkówce!

Fajnie! rozprostowałem się.

Ty serio? Basia zasłoniła zasłony. Jeszcze powiedz, iż też się wybierasz!

Nie, ja zostanę tu i poleżę, zaśmiałem się. I to samo tobie polecam!

Basia usiadła na brzegu łóżka:
Powiedz mi, jaki normalny człowiek organizuje rozgrywki w siatkówkę na dworze w grudniu?

A czemu nie, wzruszyłem ramionami. Nie ma śniegu, mróz też nie grozi, sucho, więc można rzucić sobie piłką.

Przecież oni powybijają wszystkie szyby zbulwersowała się Basia. Tam nie ma żadnych zawodowców, więc piłka poleci, gdzie tylko zechce!

Jak potłuką, to wstawią nowe, przeciągnąłem się jeszcze raz.

Basia pokręciła głową z niedowierzaniem. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale z parteru rozległo się:

Kochani! Śniadanie gotowe! Smażyłam serniczki! Czułości później! Biegiem, póki gorące!

Ciocia Marysia i jej repertuar! uśmiechnąłem się.

adekwatnie to żonie przysługuje prawo robić mężowi śniadanie! fuknęła Basia.

Kawę możesz zaparzyć! zaśmiałem się.

Kochani! Kawa też stygnie! rozległo się znowu z dołu.

No widzisz! Basia wskazała na drzwi. Jeszcze ciocia mnie w łóżku zastąpi?

Nie przesadzaj! zaśmiałem się. W łóżku twoje miejsce zawsze jest twoje! Chodźmy, śniadanie naprawdę stygnie!

Basia westchnęła i narzuciła szlafrok.

Po drodze do kuchni, a choćby już w kuchni, nikogo nie spotkaliśmy.

Aż dziwne, mruknęła Basia, już myślałam, iż nigdy nie posiedzę z tobą w domu na osobności!

I niespodzianki się zdarzają, uśmiechnąłem się. Za to nigdy nie jest nudno! Po śniadaniu możemy obejrzeć mecz, a wieczorem Stefan Stefański obiecał zrobić grilla!

Znowu dym i plama na trawniku mruknęła Basia, sięgając po serniczki.

Masz na myśli domek gościnny? zaśmiałem się. Właśnie postawili nowy! Lepszy i trzy razy większy niż poprzedni!

Żeby jeszcze więcej gości mogło przyjechać! nie ustępowała Basia. choćby połowy imion nie zapamiętam! Powinny mieć identyfikatory i stopień pokrewieństwa, żebym chociaż wiedziała z kim mam do czynienia!

I tak się pogubimy, bo zaraz ogon zacznie się od zamyśliłem się. Pewnie tak: żony brata twojego męża, a potem co los przyniesie!

Basia przeczesała myśl.
Przeczytasz i całkiem się pogubisz!

Na tym rozmowa się urwała, bo serniczki wyszły wyśmienicie. Potem, w już lepszym humorze, Basia zapytała:

Paweł, jak długo to jeszcze potrwa?

Co dokładnie? wiedziałem o co chodzi, ale chciałem usłyszeć to od niej.

Ci niekończący się goście Rozumiem, trzeba być gościnnym, ale przecież to przesada!

Wczoraj, z ciekawości, zaczęłam liczyć głowy. Pawle, zgubiłam się przy trzydziestej osoby!
Ale trzydzieści osób, które choćby nie myślą, żeby wyjechać!

Tego to się nie spodziewałam po naszym wspólnym życiu!

Ale przecież to wspólne życie! A ci ludzie są teraz trochę jak rodzina! odpowiedziałem.

Tak, przez siedem stopni pokrewieństwa, przez Michała spod Grójca! choćby twój brat, za pomocą którego to wszystko się zaczęło, nie jest im rodziną. Raczej przez jego żonę!

Jakby się pogrzebało w terminach, to pewnie są na to jakieś nazwy pokrewieństwa, tylko nie znam! A tak, to mili ludzie!

Ale nie mogą sobie znaleźć gdzie indziej miejsca do życia? Przecież hoteli pełno! odpowiedziała Basia.

Przecież nie przyjechali bez potrzeby, mają swoje kłopoty, próbują je rozwiązać i potem wrócą do siebie.

Ale na ich miejsce przyjeżdżają kolejne osoby! A ten Wojciech Wojciechowski, o którym już wspomniałam, mieszka tu drugi rok! choćby pracę złapał w sklepie na wsi jako księgowy! A ciocia Marysia, której serniczki właśnie zajadamy, sprząta w trzech sąsiednich domach jak gospodyni.

I bardzo dobrze! uśmiechnąłem się. Ludzie się ustawiają!

o ile tak dalej pójdzie, wracam do miasta! Moje mieszkanie przez cały czas czeka! Wolę mieszkać z tobą tam z dala od tego całego zgiełku!

***

To wszystko było ryzykowne, kiedy Basia zaczynała relację ze mną. Byłem od niej o dziesięć lat starszy, ale ona też nie była już dziewczynką miała dwadzieścia pięć lat, gdy się poznaliśmy.

I od razu padło pytanie:
Dlaczego Paweł nie ożenił się wcześniej? Coś z nim nie tak?

Ale to samo można było zapytać o Basię:
A ona, czemu do dwudziestu pięciu lat nie wyszła za mąż? Coś jest nie w porządku?

Basia miała swoje powody. Ukończyła architekturę i nie chciała poprzestać na samym dyplomie. Pragnęła zdobyć praktykę i reputację. Sama chciała być niezależna by móc wybierać partnera, a nie godzić się na pierwszego lepszego.

Najpierw pracowała w urzędzie, potem przeszła do prywatnej firmy. Tam zlecenia były ciekawsze i płacili dużo lepiej. Minus bezpośredni kontakt z klientami, którzy nie zawsze byli poważni, ale praca to praca.

A przy takiej pracy trudno znaleźć czas na poważny związek.

Paweł miał podobnie, choć w zabawniejszym wydaniu. Jego brat Arek założył firmę tuż po studiach i od razu się ożenił. Żeby nie zginąć w pracy, ściągnął młodszego brata. W praktyce zrzucił na niego wszystko. Paweł ledwie skończył służbę wojskową.

No więc musiał ogarniać studia i firmę naraz.

Trzeba mu oddać, iż dawał radę. O życiu prywatnym niemal zapomniał. Gdy Arek doczekał się syna, Paweł choćby nie zawsze wracał do domu.

Bracie, zamierzasz jeszcze pracować? zagadnąłem kiedyś Arka.

Pawle, rozczarowałem się tym wszystkim, Arek rozkładał ręce. Nie chcę być biznesmenem! Chcę pracować fizycznie! Po zmianie wracać do żony i syna!

Dasz radę z pensji na życie?

Z Natalią postanowiliśmy przenieść się na Mazury wyjął dokumenty z aktówki. Przepisałem firmę i majątek na ciebie! Robisz to dobrze, to działaj sobie dalej!

Podaj mi numer konta, to przeleję ci część zysku, próbowałem dojść do siebie.

I tak zaczęła się moja wesołość.

W wieku trzydziestu pięciu lat zrozumiałem, iż wszystko mam już poukładane i mogę pomyśleć o rodzinie.

Z Basią zaiskrzyło od razu. A kiedy rozwialiśmy wątpliwości, zagościła między nami miłość. Po pół roku, co tu zwlekać, pobraliśmy się.

Zamieszkaliśmy w mieszkaniu Basi.

Kocham cię, ale tu mi tak wygodnie, tłumaczyła się Basia. Do pracy mam pieszo pięć minut! A wstaję rano z wielkim trudem!

Jasne, nie ma problemu, wzruszyłem ramionami. Ja mieszkania jeszcze nie kupiłem, wynajmowałem. Miałbym kupić, ale sam nie wiedziałem gdzie. Chcę, żebyś ty zadecydowała. W końcu jesteś moją żoną!

Marzyłam o domu za miastem, przyznała Basia ale nie wiem, czy pozwolą mi pracować zdalnie.

U nas to nie jest przyjęte, choćby jak wszyscy pracowali z domu, kazali przychodzić do biura!

Postaw sprawę jasno praca zdalna albo odchodzisz do konkurencji! Albo sami otworzymy firmę!

Najpierw pogadam z szefową, zaśmiała się.

A dom pod Warszawą już mam, przyznałem. Jest jednak jedna sprawa

Jedyne, o co prosił mnie Arek przed przeprowadzką:

Paweł, Natalia ma rodzinę! Jak przyjadą i poproszą, żeby u ciebie pomieszkać, dopóki nie rozwiążą spraw, nie odmawiaj! Przyjmij ich po ludzku, ale nie pozwól wejść sobie na głowę!

Ale gdzie ja ich ulokuję? Do hoteli wyślę? zbaraniałem.

Aha! Dom kupiłem już rok temu, ale nie zamieszkaliśmy tam ani razu! Spisałem go też na ciebie! Arek pomachał i pojechał na Mazury.

Tak naprawdę, mieszkają tam jeszcze jakieś dalsze ciotki żony brata. Ale dom ogromny, jest też domek gościnny na podwórku. Nie powinno być problemów!

Kiedy Basia przeprowadzała się do domu pod Warszawą, nie spodziewała się tylu gości. Powitali ją istnym tłumem.

Wszyscy się uśmiechali, oferowali pomoc i zaangażowanie.

W ciągu miesiąca Basia wysłuchała tysiąca dramatycznych historii. Ktoś się rozwodził, ktoś uciekł od tyrana, kogoś dzieci wygoniły, inny sam odszedł lub został przepędzony za zdradę.

Jedna z kobiet uciekła z mieszkania do końca remontu, inna padła ofiarą oszustwa i straciła dach nad głową. Ktoś przyjechał na studia, ktoś po prostu nie miał już gdzie wrócić.

Goście byli w każdym wieku, o różnych profesjach, a choćby i stanach umysłu. Był choćby profesor studentka wyciągnęła go z domu, a potem wyrzuciła. W rodzinie już go nie chciano. Czekał teraz na podział mieszkania.

Generalnie atmosfera była bardzo przyjazna.

Basia musiała jednak pracować. Trafił się jej uparty klient. Marudził o każdą drobnostkę.

Wtedy Andrzej Władysławowicz, przechodząc korytarzem, nasłuchiwał rozmowy, po czym odsunął Basię od kamery i zwrócił się do klienta:

Z całym szacunkiem! Pańskie uwagi świadczą o kompletnym braku wyczucia i nieznajomości tematu! Dziewczyna przygotowała wszystko rzetelnie. Będziecie zadowoleni!

A jeżeli zaczniecie podważać jej rozwiązanie i upierać się przy swoim, to jak się dom zawali jak domek z kart, nie miejcie pretensji!

Klient przyjął pracę Basi, a gdy zamknęła laptopa, spytała Andrzeja Władysławowicza, skąd wie to, co powiedział.

Córeczko, ja byłem architektem przez 36 lat! uśmiechnął się. Pytaj, jak chcesz! Doświadczeniem chętnie się podzielę!

A choć pomoc Andrzeja była nieoceniona, ten nieustanny kołowrót i wieloosobowa atmosfera czasem Basię przytłaczały. No, nie tak wyobrażała sobie życie w domu męża poza miastem.

A tu po prostu tłok nie z tej ziemi!

***

Basiu, możemy wrócić do miasta, jeżeli chcesz, powiedziałem, ale chyba nie do końca rozumiesz naszych gości.

Co mam zrozumieć? zapytała Basia.

Narzekałaś na spalony domek gościnny. Ale już stoi nowy uśmiechnąłem się. Wiesz, ile to nas kosztowało?

Sporo chyba, Basia nie była pewna.

Nic! dla podkreślenia pokazałem kółko z palców. Sami złożyli się i postawili nowy domek!

Oczy Basi zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.

Za wodę, prąd i rachunki za wszystkich płacą z własnej kieszeni! Sami kupują rzeczy, gotują, sprzątają, a jak coś się popsuje, naprawiają! De facto my z tobą żyjemy w tym domu za ich pieniądze!

Jedni pracują, drudzy dorabiają. A ich rady są więcej warte niż niejeden ekspert!

W tym domu jest wszystko: inżynierowie, księgowi, prawnicy, ekonomiści, hydraulicy, elektrycy, choćby profesor biologii!

I architekt, dodała Basia, przypominając sobie Andrzeja Władysławowicza.

Podzielił się z nią fachowymi trickami, które bardzo się przydały.

Ostatnio podwoiłem zyski swojej firmy, bo posłuchałem rady naszych gości! powiedziałem. Można by ich spokojnie do etatu zatrudnić!

A wiesz co najlepsze? zapytałem i gwałtownie odpowiedziałem: Oni niczego nie oczekują! Po prostu są, jak jedna niecodzienna, wielka rodzina!

W oknie kuchni nagle roztrzaskała się piłka i poleciała szkło. Wbiegł gwałtownie Tomek:

Witek już pojechał po nowe szkło! Tylko się nie przejmujcie, za dwie godziny będzie lepiej niż było! I jeszcze raz przepraszam! złapał piłkę i znikł.

Tak to tu wygląda, zaśmiałem się.

Chyba się przyzwyczaję, powiedziała Basia z lekkim zmieszaniem.

Ale już miesiąc później nie czuła się przytłoczona ilością gości. Ludzie przestali być gośćmi stali się po prostu częścią jednej wielkiej rodziny.

Idź do oryginalnego materiału