Niedźwiedzice miały być tylko krótkim przystankiem w drodze, którą od kilku dni pokonywaliśyśmy na rowerach. Tak spędzaliśmy w Nieustannym Wędrowaniu ubiegłoroczne wakacje. Do tej miejścowości zwabił nas tamtejszy pałac. Plan był taki, żeby dobrze go ufocić, potem odpocząć w cieniu cmentarnych drzew i pojechać dalej, ale wyszło jak zawsze, bo przygód miałyśmy tam naprawdę sporo. Kto ma uszy, niechaj słucha…
Niedźwiedzicie zowią Wsią Bociana, a to dlatego, iż te piękne ptaki wyjątkowo upodobały sobie teren tej miejscowości i jej okolicy, która jest niezwykle malownicza. Mnóstwo tam polnych dróżek wiodących między tamtejszymi stawami, kwiecistymi łąkami, lasami i użytkami. To tam właśnie niezwykle często można spotkać bociany. Nieustannie spacerują one wśród wysokich traw, najczęściej w pobliżu akwenów, ale nie tylko, ponieważ zaglądają także do przydomowych ogrodów tamtejszych gospodarzy. Nie boją się ludzi ani trochę.

Lato 2025 w ogólnym rozliczeniu nie było gorące, ale my wybraliśmy się w tę trasę w sam upał i to naprawdę konkretny. W trasie robiliśmy sporo przystanków, aby uzupełniać płyny i poić psa. Lonek bowiem był wtedy z nami i dzielnie znosił trudy podróży. Tak jak wspomniałam na początku, do Niedźwiedzić zwabiła nam tamtejsza rezydencja, której wieżę widać było już z daleka. Umierałam z ciekwości, co to też za cudo jest? Pomimo tego, iż byłam sponiewierana przez słońce i drogę, nie mogłam się już doczekać, kiedy go ujrzę w całej okazałości.
Pałac Doroteusza
Taka rezydencja zawsze wyłania się z najpierwszej historii osady, w której ją wzniesiono. Dlatego, choć pałac pochodzi z drugiej połowy XIX wieku, to jego dzieje zaczynają się znacznie wcześniej. Na samym początku w tej okolicy zamieszkiwali łużyczanie. Było to moi Drodzy bardzo dawno temu, bo jakieś od 700 do 400 lat p.n.e. Archeolodzy ustalili również, bo znaleźli na to dowody, iż w późniejszym czasie zamieszkiwali tu ludzie będący pod wpływami Rzymu. Osadnictwu temy sprzyjała „Wysoka Droga”, przy której leżała ta osada, czyli bardzo istotny trakt komunikacji i handlu w tamtym czasie. O Niedźwiedzicach z czasów piastowskich wspomniano na piśmie już A.D 1287. Odtąd ich historia jest bardziej przejrzysta. Wiemy na pewno, iż pierwszym panem w tej osadzie był Borzywoj. Pełnił on funkcję wójta. Od tamtej pory Niedźwiedzice stały się rodową siedzibą tej familii. Osada sukcesywnie rosła w gabaryty, a Borzywój się bogacił, gdyż coraz wiecej znajdowało się chętnych aby osiedlić się na jego terenie.
Wieża pałacu w Niedźwiedzicach Kiedy dokonał on żywota, obowiązki i władzę w majątku przejęli jego synowie. W osadzie bardzo gwałtownie została powołana do istnienia świątynia, do której przychodził modlić się praszczur, ale dobiero w 1524 roku jeden z jego potomków, Wolf Bosvoy – Borzywoj zbudował tam kościół murowany, w którego ścianę po śmierci wmurowano jego epitafium. W czasach tu opisywanych jeszcze nie było pałacu, który do dziś istnieje w Niedźwiedzicach, ale z całą pewnością Borzywojowie nie mieszkali w byle chacie, jak chłopi, tylko w odpowiednio luksusowej jak na tamte czasy rezydencji. Była ona konstrukcji szachulcowej i spełniała bardzo dobrze swoją rolę. Tuż obok wzniesiono niewielką kaplicę dworską, która była przybytkiem przeznaczonym tylko dla szlachetnie urodzonych. Znaczy się, iż chłopów tam nie zapraszano. Wiele lat później, bo w roku 1866 Dorotheus von Rothkirch und Trach (po naszemu Doroteusz), co to był wówczas panem na Niedźwiedzicach, bo czasy Borzywojów minęły, zbudował na miejscu szachulcowego dworku piękny, neogotycki pałac, przy którym założono cudny, baśniowy ogród, gdzie do dziś rosną tak stare już drzewa, iż doczekały się miana pomników przyrody.
Ostatnim przedwojennym właścicielem Niedźwiedzic był pan Wenzel von Rothkirch und Trach, syn Lothara von Rothkirch und Tracha, po którym odziedziczył te dobra. Był on żołnierzem i walczył frontach II wojny światowej. Schwytali go Rosjanie, wzięli do niewoli, gdzie zmarł niebawem.
Pałac w Niedźwiedzicach Do tej historii pasowały by fotografie tego interesującego i bardzo pięknego obiektu, ale niestety niczego szczególnego Wam tutaj nie pokażę. Po przyjedździe na miejsce z sercem pełnym nadzieji, okazało się, iż do tego obiektu nie ma dostępu, otoczono go bowiem bardzo szczelnie ogrodzeniem. Przyznaję, iż nie dowierzałam! Obeszłam go z Ines i z Lonkiem dokokoła, próbując znaleźć jakieś legalne (i nielegalne również) wejście na jego teren, ale gwałtownie okazało się to niewykonalne. Wobec zaistniałej sytuacji zrobiłam tylko tyle, ile mogłam, czyli parę fotek zza muru.
Pałac w Niedźwiedzicach
Wieża pałacu w Niedźwiedzicach To niewiele, ale jako to się mówi, lepszy rydz niż nic, choć prawdę mówiąc słabe to pocieszenie. Te fotografie też nie były łatwe, bo musiałam nieźle się ponaciągać, aby je wykonać. Pałac w Niedźwiedzicach jest teraz niczym forteca i nikt, kto nie jest do tego upoważniony, nie wejdzie na jego teren. To była dla mnie bolesna porażka, która sparwiła, iż opadłam z sił. Tego się nie spodziewałam, iż choćby zza płotu nie zrobię archiwum tej bryły, i iż będę musiała zadowolić się jedynie kawałkiem wieży nakrytej hełmem.
Pałac w Niedźwiedzicach. Brama wjazdowa na teren dawnego majątku. Dziś to już nieaktualne, bo za nią znajduje się ogrodzenie. Piknik na cmentrzu
W tej sytuacji nie było wyjścia i musiałyśmy odstąpić. Wzięłam wparwdzie tę porażkę na klatę, ale musiałam po tym wszystkim odsapnąć. Ustaliłyśmy z Ines, iż pojedziemy do kościoła i tam zrobimy sobie długi postój, żeby się posilić i uzupełnić płyny. Niedźwiedzice położone są na rzeką Skorą i to wzdłuż niej poruszałyśmy się w kierunku świątyni.
Rzeka Skora Niedługo potem znaleźliśmy się na terenie kościelnym. Widok starych drzew działał na mnie pokrzepiająco. Byliśmy w drodze od kilku dni i tamtego dnia od wschodu słońca, więc wizja chwili wytchnienia w cieniu była bardzo kusząca. Przybytek ten jest pod wezwaniem świętego Antoniego Padewskiego.
Święty Antoni Padewski. Wnętrze kościoła w Niedźwiedzicach Szybko wybrałyśmy miejsce, gdzie miałyśmy zamiar spędzić trochę czasu. Weszliśmy w głąb cmentarza, tak, żeby nie rzucać się w oczy. Na miejscu nie zastaliśmy wprawdzie nikogo, ale taki stan rzeczy mógł gwałtownie się zmienić, dlatego postanowiłyśmy ukryć się pod piękną brzozą, daleko od świątyni. Panowała tam błoga cisza i chłód, więc było idealnie. Rozłożyliśmy się na trawie małym obozem. Potem jedliśmy i piliśmy napoje. Wszyscy troje. I odpoczywaliśmy, napawają się wypoczynkiem.
Cmentarz w Niedźwiedzicach Od wielu lat korzystamy z tego dobrodziejstwa wiejskich kościołów. One same wprawdzie zawsze zamknięte są na cztery spusty, ale tereny wokół nich są dostępne. Nie ma nic lepszego dla takich wędrowców jak my w upalny dzień na rowerach. To prawdziwe oazy dobroci. Jest tam wszystko czego nam potrzeba do szczęścia, bo i zawsze jakiś zabytek albo interesująca historia się trafi. Tamtego dnia nie było inaczej. Zaraz się o tym przekonacie…
Niedźwiedzicka nekropolia
Leżakowanie na trawie pod drzewem na ziemi umarłych zawsze dodaje mi sił. Resetuję się jednak prędko i równie prędko zaczynam sie nudzić. Wypiłyśmy mnóstwo płynów i zjadłyśmy porządny posiłek. Nasz pies też pojadł sobie jak należy, a potem dostał smaczka na deser. Po rozprawieniu się z tym suchym kawałkiem mięsa, uciął sobie drzemkę, a ja i Ines rozlazłyśmy się po tym cmentarzu swoim zwyczajem, każda w inną stronę.


Zatrzymywałam się głównie przy poniemieckich miejscach pochówków, ponieważ interesuje mnie zwykle wszystko co stare. Lubię fotografować leciwe nagrobki i płyty z inskrypcjami, które czytam na głos, myśląc o tych zmarłych ludziach, których imion nikt od bardzo dawna nie wymawiał. Zastanawiam się kim byli, jak wyglądali i czy wiedli szczęśliwe życie? To mnie jednocześnie fascynuje i wzrusza.
Cmentarz w Niedźwiedzicach na Dolnym Śląsku
Cmentarz w Niedźwiedzicach na
Dolnym Śląsku Nadal nikogo oprócz nas tam nie było i czas jakby się zatrzymał. Spacerowałam pomiędzy mogiłami, robiłam archiwum i chłonęłam historię tego miejsca. W takich chwilach czuję się tak, jakbym prawdziwie podróżowała w czasie.
Mogiła Lothara von Rothkirch Wiele z tamtejszych grobów pozbawiono płyt z nazwiskami zmarłych i datami ich narodzin i śmierci, ale niektóre pomniki ocalały. Ta ziemia umarłych nie jest więc całkiem ogołocona z niemieckiej przeszłości, widziałam cmentarze w dużo gorszym stanie.
Niedźwiedzice. Teren cmentarza Nekropolia jest dość sporawa jak na wiejskie okoliczności, dlatego zwiedzanie jej zajęło nam trochę czasu.W pewnym momencie zauważyłam niewielki budynek tuż przy murze okalającym cmentarz. W tym momencie przybiegł do mnie Lonek, który był bez smyczy i biegał samopas. Pies ruszył ze mną w jego kierunku. Zdążył się już wyspać i zaczęło go nosić. Poszukał więc swojej Madki, węsząc przygodę.
Salka do nauki religii
Budynek wyglądał jak mały domek. W pierwszej chwili myślałam, iż to kaplica cmentarna. Byłam tego bardzo interesująca i chciałam zajrzeć do środka przez okno, ale kiedy się tam zblizyłam, okazało się, iż obiekt nie jest zamknięty. To była dla mnie prawdziwa gratka!
Niedźwiedzice. Teren
cmentarza Weszłam tam razem z Lonkiem. On puścił mnie pierwszą, bynajmniej nie dlatego, iż jest dżentelmenem, ale tak na wszelki wypadek, gdyby czekało tam na nas jakieś niespodziewane nieszczęście. Nie było to wyjątkowe zachowanie mojego psa, bo on zawsze tak się asekuruje. Kiedy znalazłam się wewnątrz zrozumiałam, iż to była przykościelna salka do rekcji religii.
Niedźwiedzice. Teren cmentarza Zastałam tam ławki, piec kaflowy i tablicę do kredy. Budynek od dawna nie jest wykorzystywany w tym celu. Widać w nim porzucenie i zaniedbanie. Deski skrzypiały pod moimi stopami, w powietrzu unosił się zaduch. Cieżko wyczuć, czy obiekt ten powstał już po II wojnie światowej czy jeszcze przed, ale stawiałabym na to drugie, patrząc na kształt okien. W takie łukowate zwieńczenia nikt by się w PRL-u nie bawił. Zastanawiałam się też, czy wcześniej, zanim urządzono tutaj rzeczoną salkę, budynek ten pełnił jakąś inną funkcję? Bo wydawało mi się to prawdopodobne, iż wzniesiono go w zupełnie innyum celu. Ogólnie znalezisko to nieco zrehabilitowało mi porażkę z pałacem. Wreszcie coś interesującego zaczęło się dziać!


Krzyże pokutne i epitafia
Po tym odkryciu dołączyła do nas Ines i wszyscy troje poszliśmy do świątyni, aby obejść ją dookoła. Znajdowaliśmy się w najstarszym i najważniejszym miejscu w Niedźwiedzicach, gdzie historia zachowała się czytelna w terenie i była dostępna. Sam kościółek nie powala na kolana swoją powierzchownością, ale jest zgrabny, fotogeniczny i ciekawy, bo w świątynne mury wmurowanych zostało aż pięć krzyży (prawdopodobnie) pokutnych.
Kościół świętego Antoniego w Niedźwiedzicach Zaczęłyśmy ich szukać, przyglądając się elewacji zewnętrznej i znalazłyśmy je wszystkie. Według niektórych opini historyków, krzyże te nie koniecznie muszą być tymi, za które je uważamy, gdyż nie ma na to żadnych dowodów, iż nimi są. Według mnie jednak, te zabytki „gorszego boga” nad którymi rzadko ktoś sie pochyla, potrzebowałyby rzetelnego badania, a tym nikt nigdy się nie zajmował, więc nic innego nam nie pozostało jak jedynie ocena powierzchowna tych obiektów, które na pierwszy rzut oka rzeczywiście wyglądają na krzyże pojednania.
Jeden z krzyży pokutnych w Niedźwiedzicach
Jeden z krzyży pokutnych w Niedźwiedzicach Udało nam się też znaleźć epitafium wspominanego wcześniej Wolfa Bosvoya – Bożywoja, który to wzniósł tę świątynię w roku 1524 na miejscu wcześniejszej, prawdopodobnie drewnianej. Niesamowite, iż ta płyta przetrwała aż tyle lat! To dopiero jest historia!
Wolf Bosvoy – Borzywoj. EpitafiumNamierzyłam tam również rosnącą przy kościelnym murze lipę Babcię, która ma już 250 lat i jest pomnikiem przyrody. Drzewo jest po prostu wspaniałe. przez cały czas zielone i pełne życia. Ileż ta Babcia widziała dziejów, to tylko można jej pozazdrościć. Szkoda, iż drzewa nie potrafią mówić ludzkim głosem.
Pomnik przyrody. Lipa z Niedźwiedzic.
Pomnik przyrody. Lipa z Niedźwiedzic. Jak widać na załączonych fotografiach, przybytek ten jest niewielkich rozmiarów, więc zrobienie tego archiwum nie zajęło nam zbyt wiele czasu. I gdyby nie dociekliwość Ines, ta przygoda z dziejami Niedźwiedzić zakończyłaby się w tym miejscu, ale ona w ostatniej chwili postanowiła coś jeszcze wygooglować na temat tego kościoła, żeby zobaczyć jak wygląda on wewnątrz, bo może akurat ktoś jakieś fotki zamieścił w sieci? I stało się. Dowiedziałyśmy się w tamtej chwili, jaki skarb skrywa ta niepozorna sakralna budowla…
XV-wieczny tryptyk
Te małe wiejskie kościółki nigdy nie przestaną mnie zasakiwać. One są prawdziwymi strażnikami historii na tej ziemi. Czynią to od zawsze w bardzo bohaterskim stylu. Na przykład tutaj, w Niedźwiedzicach, rzeczony tryptyk trwa i nie zmienia swojej lokalizacji od roku 1494, kiedy to został ufundowany przez praszczora Borzywoja i usytuowany w najpierwszym kościele drewnianym, którego nie ma od 1524 roku. Potem ustawiono go w tej murowanej świątyni i może nie każdego to zdziwi, ale ja uważam ten fakt za fenomenalny, iż on przez cały czas tu jest, a nie na przykład w którymś z wrocławskich muzeum. Rzadko kiedy zdarzają sie podobne cuda.
Niedźwiedzice. XV- wieczny tryptyk Jednak zanim opowiem Wam o nim wiecej, koniecznie musicie dowiedzieć się w jaki sposób udało mi się wejść do tej świątyni po fotografie. Myślę, iż spodoba Wam się ta historia, bo jest naprawdę niezwykła. Po odkryciu, co skrywają w swoim wnętrzu te stare mury, nabrałyśmy ochoty, aby zajrzeć do środka. Było to niemożliwe, bo choćby przez kratę nie dało się tam luknąć. Moja córa wymyśliła wtedy, iż skoro ona mogła wieść Lonka w koszu na kierownicy przez wiekszość naszego wędrowania i jednocześnie nieustannie nawigować, to ja mogę też zrobić coś pożytecznego. A co to takiego miałoby być? Już Wam mowię! Dostałam zadanie bardzo według niej proste. Otóż miałam przynieść klucze do kościoła. Tylko tyle. Błachostka! Po wydaniu polecenia Ines wróciła z Lonkiem, który przez cały czas biegał bez smyczy, do naszego obozu. Przed rozstaniem poprosiła mnie, żebym go zapięła, ale ja powiedziałam, iż nie ma potrzeby, bo przecież to potrwa tylko chwilę. Poprosiła mnie o to, ponieważ Lonek tylko mnie pozwala dotykać swojej obroży, innych atakuje, kiedy próbują to zrobić, więc moja córa nie chciała ryzykować. Jednak przekonałam ją, iż plebania znajduje się w zasięgu wzroku i nie będzie mnie tylko przez chwilę, więc niech Lonek biega sobie wolno, nic się przecież nie może wydarzyć.
Kościół w NiedźwiedzicachFara i kosiarze
Rozstaliśmy się przy furtce na teren kościelny i ruszyłam w kierunku fary. Faktycznie było to rzut beretem. Stanęłam przed drzwiami i dwonię. Najsampierw była cisza jak makiem zasiał, ale po chwili usłyszałam, iż ktoś schodzi po schodach. Po kilku sekundach drzwi się otworzyły i stanął w nich dość młody mężczyzna. Ubrany był wprawdzie po cywilnemu, ale domyśliłam się, iż to ksiądz jest. Od razu przystąpiłam do działania i mowię standartowo, iż pochwalony Jezus Chrystus i iż jestem w podróży rowerowej po Dolnym Śląsku z córką i wreszcie, iż mam prośbę, bo bardzo chcę zobaczyć ten piętnastowieczny tryptyk i niech ksiądz mi kościół otworzy! Pliss! Przy czym ani słowa o Nieustannym Wędrowaniu. Z reakcji kapłana wywnioskowałam, iż mnie nie kojarzył, czyli nie czytuje bloga, a to mogło utrudnić sprawę. Ksiądz pomyślał chwilę i powiedział, że on teraz musi gwałtownie gdzieś pojechać, i żebym wróciła za dwie godziny i już zamykał mi drzwi przed nosem, kiedy zaczęłam lamentować o tym, że za dwie godziny nas tu już nie będzie, a baaardzo mi zależy! Widać w nim było niezadowolenie i irytację, ja jednak patrzyłam mu w oczy prosząco i nie odpuszczałam. I wtedy stało się coś tak niezwykłego, iż aż ciężko uwierzyć. Ksiądz podał mi klucze do kościoła i powiedział, iż mam kwardans żeby je odnieść po czym zamknął drzwi. Pozwolił, aby do światyni z takim skarbem, jakim był tryptyk z XV wieku, weszły całkiem mu nieznane osoby i pozostały tam bez kontroli. Byłam w takim szoku, iż dosłownie szczękę zbierałam z chodnika. Po chwili biegłam do Ines z dobrą nowiną, iż udało mi się załatwić klucze do kościoła!
W tym czasie, kiedy ja upraszałam księdza, Ines stoczyła walkę z Lonkiem. Nigdy nie przypuszczałabym, iż coś takiego wydarzy się na tym cmentarzu podczas tych kilku minut, kiedy mnie tam nie było. Wszystko zaczęło się od tego, iż zjawili się tam inni ludzie, którzy przyszli kosić trawę, a nasz pies, będąc w obozie już ze dwie godziny, stał się bardzo terytorialny i uznał, iż należy intruzow przegonić. Zaczął podbiegać, szczekać i próbował atakować. Ines wydała mu stanowcze polecenie, żeby siedział na d…e i on ostatcznie posłuchał, ale nienawidził jej za to z całego serca, iż nie pozwoliła mu pogryźć nowoprzybyłych. Problem polegał na tym, iż ona nie była w stanie zapiąć go na smycz. Gdy tylko spróbowała, on rzucał się do gryzienia. A wiedzieć trzeba, iż w takich chwilach z Lonkiem nie ma żartów i krew się leje. No i zrobił się armagedon! Dlatego, kiedy wróciłam z kluczami nie było fajerwerków tylko pretensje i wyrzuty, w stylu: a nie mowiłam? A przecież cię prosiłam, żebyś go zapięła… Takie buty!

Wnętrze kościoła
Jednak pomimo tego, iż skoczył nam wszystkim kortyzol, w rękach miałam przyrząd, który pozwalał nam otworzyć wrota kościelne, a to wtedy było najważniejsze, bo miałyśmy tylko chwilę. Lonka, którego zdążyłam już zapiąć na smycz, przywiązałyśmy przy drzwiach, gdzie wiało chłodem, a same weszłyśmy do środka i oczom naszym ukazał się ten skarb. Bezcenny tryptyk.
Kościół świętego Antoniego w Niedźwiedzicach. Wnętrze. To była szybka akcja. Musiałyśmy zrobić zdjęcia i nie było czasu w spokojne zwiedzanie, a więc obie strzelałyśmy z aparatów jak szalone i jednocześnie kłóciłyśmy się o tę sytuację z Lonkiem. W przerwach tej zwady opowiadałm Ines jakim cudem udało mi się zdobyć klucze. Pomimo tego jednak archiwum zostało zrobione i byłyśmy zadowolone.

W tym wnętrzu, w jego centaralnym punkcie znajduje się rzeczony tryptyk, czyli inaczej ołtarz typu szafiastego. Oznacza to, iż można go zamknąć jak szafę poprzez złożenie skrzydeł. Na środku widzimy scenę przedstawiajacą martwego Chrystusa, którego zdejmują z krzyża. U jego stóp widać rzymskich żołnierzy i bliskich Jezusa. Między innymi jego matkę, Marię Magdalenę i Jana. Bocznych scen nie jestem w stanie opisać, gdyż nie udało mi się znaleść żadnych opracowań historycznych tego obiektu, ale w prawym dolnym rogu widzę świętą Jadwigę, która – jak to ona – przedstawiona została z kościołem w rękach.
Kościół świętego Antoniego w Niedźwiedzicach. Wnętrze. Natomiast na samym dole tryptyku pozostało ciekawiej, ponieważ historycy podejrzewają, iż wśród przedstawionych tam mężczyzn w zbrojach, klęczących pod krzyżem jest sam wójt Borzywoj. Widać go po lewej stronie. To starzec, siwy jak gołąbek. Rzeczywiście jest to bardzo prawdopodobne, gdyż postać ta została wyraźnie wyróżniona wśrod tych rycerzy, co jest zasadne, gdyż to właśnie on ufundował ten ołtarz i jemu należy się na nim szczególne miejsce. Pozostali mężczyźni to najpewniej członkowie jego rodu. Może synowie, bracia albo kuzyni? Sądzę, iż dwóch z nich to kapłani.
Wójt Borzywoj. Stary, siwy mężczyzna po lewej stronie, klęczący pod krzyżem.
Kościół świętego Antoniego w Niedźwiedzicach. Wnętrze. Kiedy praca została wykonana, opuściłyśmy ten Przybytek. Zamknęłam za nami drzwi i chyba z pięć razy sprawdzałam, czy na pewno zrobiłam to dobrze. Potem odniosłam klucz na plebanię i podziękowałam. Ksiądz o nic nie zapytał. choćby o to, czy nam się podobało.
Kościół świętego Antoniego w Niedźwiedzicach. Wnętrze. Niedźwiedzice
Niedźwiedzice, które na początku rozczarowały mnie, ostatecznie sprawiły, iż byłam nimi oczarowana. Ta niewielka wieś dolnośląska, która przez tyle wieków zdołała utrzymać historię swoich korzeni i nie pozwoliła, aby została ona rozkradziona i zniszczona, zasługuje na uwagę. To właśnie dlatego postanowiłam zdać Wam relację z mojego pobytu w tym miejscu. Czułam w sercu wielką potrzebę, aby wszystko to dla Was opisać.
Wieś Niedźwiedzice Kiedy opuszczałyśmy tę ciekawą miejscowość, zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy tamtejszych stawach. Tambylcy są z nich dumni, gdyż stanowią one bezpieczną, zieloną enklawę dla dzikich zwierząt, które żyją w tamtej okolicy. Miło było tam przystanąć na chwilę, żeby poczuć przyjemny chłód od wody…

Ciekawostką jest, iż imię pierwszego pana na Niedźwiedzicach sugeruje, iż był on polakiem, gdyż Borzywoj jest staropolskim imieniem o konkretnym znaczeniu. Imię to złożone jest z dróch części: Borzy od słowa borzyć, czyli walczyć i woj od słowa wojownik. Borzywoj tłumaczy się więc dosłownie jako Walczący Wojownik.
Nie żałuję, iż przybyłam do tej leciwej osady, której zasadźcą był Borzywoj. Rycerz ten najwyraźniej pragnął, aby pamięć o nim i o jego rodzie nie zniknęła wraz z czasem, dlatego poczynił te wszystkie wysiłki po to, aby go zapamiętano. Jego historia czekała na mnie ponad 700 lat. Czyż to nie cudowne jest, iż moje Nieustanne Wędrowanie prowadzi mnie tymi wąskimi i zarośniętymi ścieżkami dziejów po to, abym chwytała tak wspaniałe tematy, które niektórzy nazywają niszowymi i ich nie chcą? No powiedzcie sami…





