– Patrz, to ona! Mówię ci, to na pewno ta! szepnęła wysoka kobieta do mężczyzny o dość prostym spojrzeniu. Daj jej jeszcze minutkę, poobserwujmy.
Malutka dziewczynka, może pięcioletnia, spokojnie budowała w piaskownicy prawdziwy zamek dla królewny. Co prawda, na tę chwilę bardziej przypominał wielką górę piachu, ale Jagoda uparcie odrzucała wszelką pomoc dorosłych. Sama sobie poradzi! Jeszcze trzeba wykopać fosę wokół zamku i zrobić jamę dla smoka! Przecież ktoś musi strzec królestwa!
Upalny, letni dzień trwał w najlepsze. Jagoda, schowana pod rozkładanym daszkiem nad piaskownicą, zupełnie nie odczuwała gorąca, w przeciwieństwie do swoich rodziców. Mama, obawiając się udaru, zwiała w cień, a męża wysłała po chłodne napoje i lody. Gdy tylko telefon zadzwonił, Martyna odruchowo spuściła z oka córkę. Przez sekundę! Ale dla stojących na uboczu obserwatorów to wystarczyło.
– Cześć, maleńka bezceremonialnie przysiadła się do dziewczynki kobieta, przez co Jagoda odskoczyła przestraszona. Straciła równowagę i walnęła prosto w zamek, burząc go niemal do fundamentów. W oczach dziecka natychmiast pojawiły się łzy tyle pracy i wszystko w piach! Nie płacz, to tylko trochę piachu! Chcesz? Zbuduję ci prawdziwy zamek.
– MAMO! nabrała powietrza i wydarła się Jagoda, przypominając sobie wszystkie przedszkolne lekcje o bezpieczeństwie.
Wyskoczyła z piaskownicy i jakimś cudem wywinęła się z rąk zupełnie obcego faceta, który próbował ją zatrzymać.
Martyna, usłyszawszy to rozdzierające wołanie, rzuciła się do córki, pogubiła przy tym telefon. W słuchawce wciąż rozbrzmiewał zaniepokojony głos rozmówcy.
– Moja śliczna, tuliła ją mocno. Co się stało, Jaghódko?
– Tam tam szlochała dziewczynka, kurczowo przytulając się do mamy. Jakaś dziwna pani! I pan! Chciał mnie złapać! Mamusia, boję się!
W tym momencie nadciągnął ojciec rodziny. Przebadał wzrokiem córkę cała i zdrowa, ulga. Spojrzał groźnie na nieproszonych gości, którzy tak przestraszyli Jagodę.
Kobieta około sześćdziesiątki prychnęła z niezadowoleniem, patrząc na tę rodzinną scenkę. Ta dziewczynka bez wątpliwości wnuczka! Kolor włosów, oczu, kształt twarzy Po prostu kser kopia Artura z dzieciństwa! No, z małą poprawką na płeć.
– Ależ się zachciało podróżować, zaczęła z przekąsem, lustrując byłą synową. Jak ty śmiałaś zabrać moją wnuczkę na koniec świata?!
– Piotrze, zabierz Jagodę do domu, tu sama sobie poradzę poleciła Martyna, powierzając mężowi swój największy skarb. I zadzwoń do taty. Niech swoich chłopaków przyśle.
– Ej, nie waż się! Chcę się zapoznać z wnuczką! wściekła się kobieta, równie mocno, co nieskutecznie dwumetrowy chłop to nie przelewki. Ech, czemu nie sprawdziła wcześniej, iż Martyna znów wyszła za mąż…
– Pani Ireno Martyna przeciągnęła słowa, z jawną niechęcią mierząc kobietę wzrokiem Czego pani chce? Jaką jeszcze wnuczkę? Pamięć już pani zawodzi? Chętnie przypomnę…
********************
– I co, jak mój przyszły wnuczek? dopytywała się kobieta syna i synowej, którzy wrócili z USG.
– Będzie dziewczynka, mówiłam to już, wymuszenie uśmiechnęła się Martyna, mając nadzieję, iż teściowa zaraz opuści ich mieszkanie. Ta ostatnio prawie w nim zamieszkała! Ukrywać się trzeba w sypialni, tłumacząc złym samopoczuciem.
– Lekarz się pomylił, nie podlegało to dyskusji, według Ireny. W rodzinie Zawadzkich tylko chłopaki się rodzą!
– Tak samo jak wykreśliła pani starszego syna z rodziny, bo jego żona urodziła córkę? odcięła się Martyna, mając już po dziurki w nosie tych bredni.
– To choćby nie było jego dziecko! Ewelina go oszukała, a on uwierzył! MI! Mnie nie chciał słuchać! Poszedł za jakąś… babą! ostatnie słowo niemal wypluła, z trudem hamując się przed większym chamstwem.
– U Eweliny były wyniki testu DNA, pani dobrze o tym wie. Sama pani tę kartkę pięć razy obracała, w nadziei, iż to podróbka.
– To przecież była podróbka! Jak śmiesz mi nie wierzyć, bezczelna… Irena niemal syczała z wściekłości. Rzucać się nie warto, bo jeszcze przez stres Martyna zgubi dziecko. A przecież Zawadzkim dziedzic koniecznie potrzebny, w kręgu koleżanek już głupio każda ma wnuki, a ona…
– Przepraszam, mam zawroty głowy, chyba się położę.
Martyna czmychnęła do pokoju i solidnie zatrzasnęła drzwi. Coraz częściej zadawała sobie pytanie czy nie popełniła błędu wychodząc za Artura? Kocha go, tu nie ma dyskusji. Ale z taką teściową żyć… To już gorzej niż najgorszy bałagan. Mama miała rację najlepiej by było wynieść się za Mazury daleko od tej rodziny z piekła rodem.
Propozycję wyjazdu rzuciła Arturowi parę razy, ale ten wręcz się zagotował. Jak to?! Zostawić mamę? Przecież tata to cień człowieka, siedzi tylko na kanapie, ani gwoździa nie wbije, ani reklamówki z Biedronki nie doniesie. A brat? No, wiadomo, pokłócił się z mamą bo też nie chciał słuchać głosu rozsądku, dał się przechytrzyć. Ekspertyza? Jakby to niemożliwe było sfałszować…
Wtedy Martyna poprosiła męża, żeby przynajmniej porozmawiał z mamą, żeby tak często nie wpadała i się nie wcinała do wszystkiego.
– Ona chce tylko naszego dobra! burzył się Artur. Doradza ci, pomaga w domu. Powinnaś dziękować! A ty tylko znikasz do sypialni…
– Znikam, bo nie mam już siły na twoją mamę! wybuchła Martyna. Jak się nie uspokoi, nie zobaczy wnuczki! Pojadę do rodziców! Przypominam, iż mój tata to emerytowany pułkownik i nie będzie miał problemu, żeby sprawy załatwić. Masz jasność?!
Po tej aferze Irena lekko przyhamowała. przez cały czas przyłaziła codziennie, ale szybciej wychodziła. Czepiała się mniej, chociaż Martyna wiedziała, iż to na długo nie potrwa.
Najbardziej jednak gnębił Martynę fakt, iż kobieta wręcz nie znosiła myśli o wnuczce. Ona chcę wnuka! U nich tylko chłopacy! Historia z bratem Artura, który okazał się całkiem normalnym gościem, była najlepszym dowodem na jej obsesję.
Artur zresztą podobnie musi mieć syna! Tylko chłopiec! Wyniki USG przeglądał jak list z ZUSu.
– Jak będzie dziewczynka wylecę cię z córką z mieszkania, palnął kiedyś Artur po piwie. Bo znaczy, iż gdzieś na boku ją zrobiłaś. Ja nie Leszek, bajek nie słucham!
Po tym tekstach Martyna sięgnęła ostatecznie dna rozczarowania. Małżeństwo-out, rozwód-in! Tata ma kontakty, wszystko załatwi…
Urodziła się córka zgodnie z planem. Artur zrobił karczemną awanturę w sali poporodowej, dziewczynom obok szczęki poopadały. Ochrania zgarnęła buńczucznego tatuśka już po paru minutach.
Nazajutrz wpadła do szpitala Irena. Nie krzyczała jak syn, ale zwyzywała Martynę po swojemu. Gdy już zacinała się na drugiej rundzie obelg, w sali pojawił się anioł-stróż: facet w mundurze, mina bezdyskusyjna. Na jedno spojrzenie Irena już wolniejsza, jeszcze jej pogrozili za oczernianie Martyny.
Artur nie ścigał czasu od razu podał o rozwód. gwałtownie się dowiedział, iż do pierwszych urodzin córki i tak sąd go nie rozprowadzi a więc pogodził się z tym… iż jej nie chce. Pozwał o unieważnienie ojcostwa.
Prawnik ledwo się powstrzymał przed stuknięciem się w czoło: Nie rodzą się dziewczynki w rodzinie?! Serio? Bez testu DNA nie ma szans, panie kochany!
– Wątpię, iż wygracie przyznał prawnik. Zwłaszcza, iż brat też ma córkę.
– To nie jego dziecko!
– Ale mają badania
– To lipa! Artur, napuszczony przez matkę, był nie do ruszenia.
– Uprzedzam sąd uzna wyniki testu za świętego Graala.
– To nie moja córka! I już!
Na szczęście testu nie trzeba było robić. Martyna uznała pozew Artura od razu. Pomyślała, iż lepsza papierowa samotność niż walka z tą całą bandą Zawadzkich. Nie chciała, by za parę lat Artur przypomniał sobie o córce. I tyle.
************************
– No? Pamięć wróciła? I czemu Artura nie zabrałaś ze sobą?
– Artur nie żyje, ton jak na pogrzebie. Twoja córka to jedyna pamiątka po nim. Nie martw się, wychowamy ją na porządnego człowieka…
– Wy? Wy chcecie wychowywać? Z jakiej racji?! syknęła Martyna. Dla mojej córki pani jest nikim. Wasz syn też nic! Sądownie ustalone. Jeszcze raz zbliży się pani do Jagody dzwonię na policję. Próba uprowadzenia dziecka. A mój tata to człowiek cieszący się szacunkiem w tym mieście nie liczcie na litość!
– Nie rozumiesz, nikogo nam już nie zostało!
– Jest wasz syn, Leszek. On też ma córkę, do nich idźcie.
– Nie chce nas widzieć, wymamrotała baba, patrząc w bok. Może dopiero teraz dotarło, jakie głupoty narobiła.
– Facet z głową na karku, pokiwała Martyna. Tyle krwi nam popsuła, a jeszcze coś pani chce? Przypomnieć, jak nazywała pani moją córkę?
– Pani Martyno, są jakieś problemy? od wejścia zgrabnie wpadło dwóch wysokich chłopaków w policyjnych mundurach.
– Tak, małe. Bez zbędnych ceregieli proszę, żeby te osoby opuściły nasze miasto.
– Ale…
– Żadnych ale, odciął młodszy, stawiając krok bliżej. Zawadzcy zaczęli się wycofywać, Martyna uśmiechnęła się z satysfakcją. Zapraszam do wyjścia.
Martyna ruszyła do domu, nastrój świetny! Tylko jedna myśl ją nawiedziła, trochę ją to zmartwiło.
– Trzeba przypilnować tych Zawadzkich. Niech siedzą tam, skąd przyszli, i nie pokazują się więcej! Powiem tacie, to się załatwi…







