Niech ten wieczór będzie ostatni, niech zginie pięknie. Niech spojrzy na swoją miłość, niech życzenia długiego życia wypowie. Potem zwija się w kłębek przy jej oknie i zanurzy w marzeniach, by już nigdy nie wrócić
Przeżył trzy zimy pod rząd i to nie ściema. Na ulicy taki wynik to już prawie cud: niewielu kocich żołnierzy tak długo trzyma się przy życiu.
Urodził się w zwykłym kamieniczce, razem z mamąkotką, co ludzi nie bała. Nagle wszystko się przewróciło.
Właściciele zginęli w wypadku, a ich dorosły syn, Piotr Kowalski, który miał w żyłach niechęć do kotów i w domu miał groźnego psastrażnika Burego, postanowił pozbyć się zbędnych lokatorów. Bez namysłu wyprowadził całą kocią rodzinę na podwórze.
Pierwszej zimy nie przeżyła żadna ani matka, ani bracia, ani siostry. Głód pożarł jednych, mróz roztrzaskał drugich, psy pożarły jeszcze część, a samochody potrąciły resztę. Przeżył tylko jeden rudy kociak.
Znalazł go sprzątacz Janek. Znalazł trochę mocno brzmi po prostu zauważył mały rudy kłębek, zabrał go od matki, zaniósł do piwnicy i postawił przy ciepłych rurach. Tam karmił go całą zimę.
Tak więc przetrwał.
Nikt nie nazwał go. Przez rozbite okno piwnicę wtykał się w świat, uczył się ulicznego przetrwania omijać psy, chować się przed ludźmi, wyłapywać jedzenie z koszy na śmieci, oszukiwać głód.
Drugą zimę przeszedł już sam. Starego sprzątacza zwolniono za picie, a nowy surowy nie dał mu jedzenia, choć przynajmniej nie wytrzaskał okna. To wystarczyło: znów przetrwał w piwnicy, nauczył się walczyć o każdy kęs i o życie.
Trzecia zima okazała się najgorsza. Wszystkie okna w piwnicach zamknięto szybami. Gdzie się chować? Gdzie uciec przed lodowatą nocą?
Musiał znaleźć nowe schronienie. Piwnice były zamknięte, ale w jednym podwórzu natknął się na zapomniany dół z ciepłymi rurami cieplnymi. Gorące rury leżały na powierzchni ziemi, a dół ukryty był gęstymi krzakami, o którym nikt nie wiedział.
Zgromadził tam szmaty, stare ubrania i zrobił sobie gniazdo. Nad nim wieszały balkony, śnieg padał rzadziej ale ciepła rura topiła go, a wilgoć i mroźny wiatr wdzierały się po kościach
Przeszedł zimę, ale wyszedł z niej półduchem: skulony, kości na kościach, futro w sztruksie, oczy ciągle czujne. Na ulicy starzenie przychodzi wcześnie już był staruszkiem. Jedzenie dostawał tylko w postaci skromnych resztek.
Wtedy ktoś odkrył ten zapomniany dół i przed pierwszymi jesiennymi deszczami postanowili go zasypać.
Nasza kotka, Jadwiga, piękna i zadbana, mieszkała w mieszkaniu na parterze. Uwielbiała siedzieć na parapecie i patrzeć na świat. On ten rudy siedział pod nią, patrząc w górę. Wewnątrz, wśród zimna, coś się rozgrzewało.
Pewnego dnia zebrał się na odwagę: wspiął się po drzewie, przeskoczył na szeroki metalowy daszek pod oknem. Ten daszek kiedyś służył do przechowywania jedzenia, a teraz stał pusty. Od tej pory częściej tam siadał, wpatrywał się w Jadwigę przez szybę i wzdychał.
Nic nie prosił tylko podziwiał. Czasem Jadwiga schodziła po miski z jedzeniem, a on połykał ślinę nie z zazdrości, a z czystej, zwierzęcej tęsknoty.
Postanowił: jeżeli los zabierze go tej zimy, niech to będzie przy jej oknie. Zwija się w kłębek, patrzy na nią i odchodzi w cieple, nie w strachu.
Wyobrażał sobie ten obraz: chudy rudy kotek, cicho umierający przy ulubionym parapecie.
Pewnego dnia właścicielka go zauważyła i krzyknęła, machając rękami. Kot uciekł, ale wrócił. I znów wrócił.
Mężczyzna pan Jan Kowalski zobaczył i nie wypędził go. Spojrzał kotu w oczy i zobaczył w nich wszystko: nadzieję, ból, zmęczenie i miłość do tej domowej piękności. Nie mógł go wyrzucić.
Zaczął potajemnie zostawiać pod oknem kawałek mięsa, kotlet, kiełbasę. Kot jadł. Pewnego dnia pan podszedł do szyby, a rudy, lekko drżąc, podniósł łapę, przyłożył ją do szkła i zamiauczał.
Jadwiga najpierw spojrzała na człowieka, potem na ruda. W jej spojrzeniu było zdziwienie.
Wiesz, szepnął pan Kowalski, ona nie chce drugiego kota. Prosiłem o kociaka, ale odmówiła.
On odpuścił. Rudy zrozumiał, iż dom nie jest dla takich jak on. Dom jest dla czystych, rasowych, młodych i pieszczotliwych.
Tamtej nocy było szczególnie zimno. Przemoknięty, zmarznięty, poczuł, iż nie ma już sensu ani w liściach, ani w szukaniu kąta, ani w niekończącym się przetrwaniu.
Jeśli koniec ma przyjść, niech będzie przy oknie, skąd patrzy jego małe cudo.
Postanowił, iż ta noc będzie ostatnia. Chce godnie zakończyć, jeszcze raz spojrzeć na tę, której serce mu przyspiesza, cicho zamiauczeć coś ciepłego i odejść. Najpierw zje ostatni kawałek, który zostawił mu pan Kowalski, a gdy Jadwiga pójdzie spać do swojego przytulnego gniazda, zwija się w kłębek przy oknie i wędruje w sen, z którego nie budzi się już nikt.
Nagle spadł śnieg, a Jadwiga z zachwytem obserwowała, jak białe płatki wirują przy szkle i osiadają na rudym kocie siedzącym na zewnątrz. To ją bawiło, jej oczy cieszyły się tańcem płatków. Nie wiedziała, iż ten piękny spektakl powoli ją zabija, iż nie zna mrozu, nie wie, co to znaczy zamarznąć od środka.
Rudy wciąż wiotczał. Zjedzona kiełbasa dawała jeszcze odrobinę ciepła, ale topniała razem z ostatnimi siłami. Wiatr palił, mróz wdzierał się w kości, a choćby siedzenie stało się ciężkie. Wciąż patrzył na Jadwigę, ale rozumiał, iż nie wytrzyma tak długo.
Przygotowywał się do pożegnania, jakby to była najważniejsza chwila w jego życiu. Chciał odejść pięknie: jeszcze raz spojrzeć na ukochaną, cicho zamiauczeć coś miłego, w myślach życzyć jej długich lat i ciepłego losu. Plan był prosty: zjeść ostatni smakołyk od pana Kowalskiego, poczekać, aż Jadwiga wróci do domu, i wtedy, skulony przy zimnym szkle, wskoczyć w sen, z którego nie wróci.
Zaczęła się zawiewać śnieżyca, a Jadwiga, siedząc przy ciepłym parapecie, zachwycona patrzyła na wirujące płatki. Lubiła, jak białe płatki spadają na rudy grzbiet jej podziwiającego kociaka. Dla niej to był piękny widok, prawie zabawa. Nie zdawała sobie sprawy, iż pod tym pięknem kryje się śmierć. Nie rozumiała, iż śnieg to mróz, wiatr to ból, a głód to tortura. Nie znała ulicy.
Rudy, siedząc na zewnątrz, wiotczał coraz bardziej. Kiełbasa zjedzona godzinę temu zostawiła w organizmie ostatnie ciepło, które topniało. Każdy oddech stawał się cięższy, łapki drżały, ogon sztywniejeł od zimna. Wciąż patrzył na Jadwigę, ale ciało traciło siły.
Jadwiga wciąż obserwowała swojego tajemniczego adoratora, a on nie mógł już dłużej siedzieć prosto. Plecy drżały, oczy zamykały się. Spojrzał na nią po raz ostatni, przycisnął nos do lodowatego szkła i zwija się w mały, sztywny kulkę.
Jego ciało drżało. Zimno gryzie każde kości. Zaczął oddychać w bok, próbując wycisnąć choć odrobinę ciepła, i wydawało mu się, iż to pomaga. Ale mróz był silniejszy. Powoli wywierał życie z jego ciała.
Nagle poczuł, iż nie jest już zimno. Otuliła go senność, miękka i przytulna jak koc. Nie chciał walczyć. Koniec już blisko.
Otworzył oczy po raz ostatni i ujrzał ją tę samą Jadwigę, dzięki której wspinał się na daszek, dzięki której żył wszystkie te dni. Jak pięknie pomyślał. Co może być lepszego? Jaka lekka śmierć»
Głowa spuściła się, oczy zamknęły. Wydawało mu się, iż okno otworzyło się, a delikatne ręce podniosły go, głaszcząc, szepcząc coś kojącego. Obok stała ona, przy której biło jego serce, i razem ruszyli do ciepłej miski z jedzeniem.
Jaki piękny sen przelotnie przeszyło go.
Jadwiga wciąż patrzyła na biały puch, który spływał na rudego. Miyotała cicho, pytająco. Chciała, żeby się poruszył. Kopała łapką w szkło. Brak reakcji. Znowu miekotała głośniej, potem uderzyła łapą mocniej, jakby krzyczała: Dlaczego nie odpowiadasz?!
Lecz mróz już zgniatał jego ciało. Nie mógł już słyszeć. Znikał w milczeniu.
Śnieg otulił go jak biały płaszcz.
Co ona tak krzyczy? westchnęła kobieta, patrząc na zimę. Na śnieg, co?
Mężczyzna wstawszy z kanapy spojrzał w okno. Jadwiga stała i mocno uderzała łapką w szkło. Wtedy coś mu się przypomniało jej oczy. I jego rudego.
Rzucony z miejsca, podbiegł do okna i pośpiesznie otwierał okiennica.
Co robisz?! wykrzyknęła żona. Myślisz, iż jesteś w porządku?! Zamknij to natychmiast!
Lecz nie słyszał. Jadwiga pomagała skakała, miauczała.
Okno odskoczyło, a do domu wpadł śnieg i wiatr.
Zamknij!! krzyczała żona, ale mężczyzna nie słuchał. Szukał. W kącie znalazł mały, zaśnieżony kłębek.
Podniósł to lodowate, niemal bezwładne ciało i zaniósł do łazienki. Jadwiga podbiegła za nim, żona też.
W łazience woda parowała, a mężczyzna spłukał zimnego, oblodzonego rudego kota ciepłą wodą. Jadwiga siedziała na brzegach, patrzyła na jego twarz i płakała kocim płaczem.
Robię, co mogę mruczał mężczyzna, masując małą klatkę piersiową, próbując wdmuchnąć życie w pyszczek. Żona stała w progu, wpatrzona w scenę.
Z ciepłem, z masowaniem, modlił się:
Proszę wróć
Jadwiga płakała razem z nim.
Nagle rudy usłyszał głos, jakby z innego świata, wzywający go z powrotem. Zastanowił się: Po co? Tu jest tak spokojnie. Po co wracać tam, gdzie ból?
Ale usłyszał też jej głos tego, dla którego codziennie zbierał siły. Ten głos, który dawał mu żyć.
Nie może być ona naprawdę tak blisko? Muszę zobaczyć choćby jednym okiem
Oczy otworzyły się powoli, jakby powieki ważyły tonę. W końcu je podniósł i zobaczył. Mężczyzna z czerwonym od emocji obliczem, obok niego Jadwiga, żywa, radosna, z oczami pełnymi szczęścia.
Jest! krzyknął mężczyzna, przytulając mokrego rudego do siebie.
Jadwiga skoczyła na podłogę, obracała się, radośnie miaucząc.
Co robisz?! zwrócił się do żony. Ręcznik! Suszarka! Szybko!
Rozgrzewali go, wycierali miękkimi ręcznikami, suszyli suszarką, głaskali i szeptali kojące słowa. Rudy leżał, nie wiedząc, czy to sen. Jadwiga wąchała go, ocierała mordkę.
Myślał: To nie może być prawda. To za piękne, by było rzeczywiste. Za to trzeba było umrzeć
Żona nalała mu ciepłego mleka. Kot wypił, a gorąca fala przeszła po gardle. ZachRudy, otulony ciepłem i miłością Jadwigi oraz nowej rodziny, spokojnie zasnął, wiedząc, iż w końcu odnalazł prawdziwy dom.









