Niech myślą, iż mam w życiu niesamowite szczęście

polregion.pl 1 tydzień temu

Dzisiaj w moim dzienniku chcę opisać, jak to czasem życie nas zaskakuje. Niech sobie myślą, iż miałam niesłychane szczęście.

Od zawsze nienawidziłam swojego imienia – a jeszcze bardziej nazwiska – Chmielewska. Dzieci potrafią być okrutne. Już w podstawówce przylgnęło do mnie przezwisko „Chmiel”.

Stojąc przed lustrem, marzyłam, żeby mieć jasne, długie włosy jak Weronika Kowalska, smukłe nogi jak Ola Nowak albo przynajmniej bogatych rodziców, jak ta niezdarna dwójkowa Kasia Wiśniewska, którą do szkoły woził kierowca w nowym BMW. „Dlaczego mama musiała wyjść za ojca z tak okropnym nazwiskiem? Powinna była pomyśleć, jakie to będzie dla mnie udręką. Wyjdę tylko za mężczyznę z przyzwoitym nazwiskiem, najlepiej zagranicznym” – snułam w myślach.

Drażniły mnie moje kręcone, wiecznie niesforne ciemne włosy, które nie dawały się okiełznać pod czapką ani spiąć. Szaroniebieskie oczy na śniadej cerze wyglądały tajemniczo, ale i to mi się nie podobało.

Mama pracowała jako księgowa w szpitalu, a tata był kierowcą autobusu. Wiecznie brakowało nam pieniędzy. Ojciec zbierał na samochód, więc skrupulatnie pilnował, by każdy grosz był wydawany tylko na potrzeby. „Nie garb się przy stole, ubrania nie kupimy” – mruczał, gdy zauważył nową koszulkę. Często nosiłam ubrania po kuzynce, a nowe rzeczy dostawałam tylko wtedy, gdy nie pasowały na nią. Jakże mnie to wkurzało. Gdybym miała normalnych rodziców, nikt nie nazywałby mnie Chmielem.

Tuż przed maturą odwiedziła nas jedna z ciotek ojca, ciocia Hania. Pracowała jako służąca u bogatej rodziny we Włoszech.

— Chcesz, powiem ci, jak tam pojechać? — szepnęła pewnego wieczoru, gdy spałyśmy razem w moim pokoju.

— Oczywiście! — ucieszyłam się.

— Cicho, bo Krzysiek się wkurzy. Masz osiemnaście lat?

— Tak, w styczniu skończyłam — serce zaczęło mi walić.

— To dobrze. Nie musisz pytać rodziców o zgodę. Zrobisz, jak mówię, i wszystko się ułoży. A Krzyś zawsze był skąpy.

Wyglądała jak prawdziwa włoska signora. Nikt by nie zgadł, iż sprząta u bogaczy. „Pieniądze się liczą, a jak je zdobywasz, to już nikogo nie obchodzi” — mawiała.

Opanowała mnie ta myśl. Ciocia Hania pożyczyła mi pieniądze na początek — miałam oddać, gdy już zarobię.

Zrobiłam wszystko, jak mówiła. Dla pozorów, żeby rodzice się nie czepiali, poszłam do szkoły fryzjerskiej. Ale gdy przyszło wezwanie z Włoch, rzuciłam naukę, spakowałam rzeczy, zostawiłam kartkę i wyjechałam.

W Mediolanie odebrała mnie ciocia Hania i zawiozła do wielkiej willi na przedmieściach, gdzie miałam opiekować się schorowaną osiemdziesięcioletnią staruszką.

— Nie zawiedź. Nie kradnij. Poręczyłam za ciebie — pouczała mnie, widząc moją niepewność po tym zuchwałym kroku.

Ogromny, piękny dom oszołomił prowincjonalną dziewczynę. Dostałam malutki pokoik obok sypialni staruszki. Cieszyłam się, iż nie muszę wynajmować mieszkania. Za dodatkową zapłatą sprzątałam dom dwa razy w tygodniu. Prawie nigdy go nie opuszczałam. Włochy ograniczały się dla mnie do ścian willi i widoku idealnie przyciętego trawnika za oknem. Ale mnie to nie martwiło. Rok minie szybko, nie będę przecież wiecznie pielęgniarką. Zarobię, nauczę się języka, a potem coś wymyślę. Zobaczymy.

I tak jak ojciec zaczęłam oszczędzać. Nie miałam choćby gdzie wydawać pieniędzy. Robiłam sobie zdjęcia na tlu eleganckich mebli w salonie, gdy państwa nie było, i wrzucałam na Instagram. „Niech myślą, iż mam szczęście do życia”.

Byłe koleżanki lajkowały i zazdrościły. Nikt już nie nazywał mnie Chmielem, wypytywali, jak mi się udało tam wyjechać. Odpowiadałam wymijająco.

Pewnego dnia moje zdjęcia skomentował Tomek, były kolega z klasy. Zaczęliśmy pisać. O sobie mówił kilka — pracował w warsztacie ojca, dobrze zarabiał, niedawno kupił sobie Audi. Wstawił choćby zdjęcie przy czerwonym błyszczącym aucie.

Ale coraz częściej pisał o uczuciach. Żałował, iż jesteśmy daleko, pytał, kiedy wrócę. Odpowiadałam niejasno, iż nie planuję wracać, bo we Włoszech jest super. Wiedziałam, iż na jego uczucie wpłynęła moja „włoska” historia. Ale Tomek zapewniał, iż zawsze mu się podobałam, jeszcze od siódmej klasy. Rzeczywiście czasem łapałam jego spojrzenia na lekcjach. Tak bardzo chciałam mu wierzyć. I uwierzyłam.

Pewnego dnia państwo pojechali na przyjęcie. Zwykle wracali późno w nocy albo nad ranem. Staruszka dawno spała. Weszłam do garderoby i przymierzałam sukienki pani domu. Jedna, czerwona na cienkich ramiączkach, leżała na mnie idealnie. Włoszka była chuda, o wąskich biodrach. Ja miałam wszystko, co trzeba — młode, jędrne piersi, wąską talię i kształtne biodra. Po raz pierwszy spodobałam się sama sobie.

Nalałam sobie wina i zaczęłam robić sobie zdjęcia telefonem w salonie, przed dużym lustrem… Od razu wrzucałam je na Instagram z komentami w stylu „Wróciłam z przyjęcia… Jestem zmęczona. Nie chce mi się przebierać. Wypiję wino dla poprawy humoru…”

Wino rzeczywiście wypiłam. Potem kolejną lampkę. I zasnęłam w tej sukience na sofie.

Obudził mnie krzyk pani domu. Wrzeszczała tak gwałtownie po włosku, iż nic nie zrozumiałam. Dopiero gdy suchym palcem wskazała na drzwi, pojęłam, iż mnie wyrzuca. Nie zawahała się — wbiegła do mojego pokoju, wyrzuciła moje rzeczy i cisnęła je pod nogi tej zadufanej w sobie polskiej służącej.

Pakowałam się w pośpiechu pod jej wrzaski. „VAI VIA!” — to zrozumiałam bez tłumaczenia. Przechodząc obok lustra, z satysfakcją zauważyłam, iż wciąż mam na sobie tę piękną sukienkę. Ale za wcześnie się cieszyłam. W ostatniej chwili pani domu zorientowała się i zawróciła mnie.

Powoli zdjęłam sukienkę, pod którą miałam tylko majtki. Oczy jej łysiejącego, grubego męża obleśnie obiegały moje nagie ciało. Potem powoli ubrałam swoje dżinsy i bluzkę, a on coś gorączkowo tłumaczył żonie. Pewnie prosił, żeby wybaczyła iPotem wyszłam, nie oglądając się za siebie, z tą dziwną ulgą, iż w końcu nie muszę już udawać kogoś, kim nie jestem.

Idź do oryginalnego materiału