Ciotka Grażyna odebrała telefon przy kuchennym stole, ja siedziałem naprzeciwko z kanapką w ręce. Zapamiętałem dokładnie: radio grało coś Maryli Rodowicz, na parapecie stała doniczka z paprotką, którą wiecznie zapominała podlewać. Odłożyła słuchawkę i powiedziała, iż tata nie żyje.
Miałem wtedy jedenaście lat, mieszkałem z mamą w Białymstoku, w bloku przy Ciołkowskiego. Ojciec wyjechał do Rotterdamu, kiedy miałem cztery lata — pojechał "na chwilę", żeby zarobić, i tak już zostało. Ale nie zniknął. Przyjeżdżał, kiedy mógł, czasem raz na rok, i zawsze przywoził walizkę pełną ciuchów, jakich nikt u nas w klasie nie miał. Bluzy Nike prosto z holenderskiego sklepu, buty, których w Białymstoku jeszcze nie było w sprzedaży. Przez tydzień po jego wizycie byłem najfajniejszym chłopakiem na osiedlu.
Ostatni raz widziałem go, gdy miałem dziewięć lat. Przyjechał na dwa tygodnie i mówił mi wtedy rzeczy, o których wcześniej nigdy nie wspominał — o swoim dzieciństwie, o tym, jak poznał moją mamę, o błędach, które popełnił. Wtedy nie rozumiałem, dlaczego akurat teraz mi to opowiada. Teraz wiem.
Pochowali go w Rotterdamie. Miałem zostać u ciotki na kilka miesięcy, dopóki sprawy po pogrzebie się nie ułożą. Mama wróciła wtedy do Białegostoku sama — uznała, iż u rodziny ojca, blisko szkoły z angielskim i lepszych perspektyw, będę miał inne życie niż to, które mogła mi dać. Zostawiła mnie.
Dorastanie bez obojga rodziców pod jednym dachem było ciężkie. Nosiłem w sobie złość, której nie umiałem nazwać, więc wychodziła ze mnie jako agresja — bójki na przystanku, wyzywanie nauczycieli, trzaskanie drzwiami tak, iż tynk sypał się z framugi. Ciotka próbowała, jak umiała, ale ja odpychałem każdą jej próbę.
Przełom przyszedł, gdy miałem osiemnaście lat. Pan Zenon, sąsiad z parteru, ten, co zawsze siedział na ławce przy śmietniku z psem na smyczy, zaczepił mnie pewnego wieczoru. Nie znałem go dobrze, może wymieniliśmy ze sobą dziesięć zdań przez te wszystkie lata. A jednak powiedział: "Zaniedbujesz siebie, chłopcze. Na tym świecie musisz sam o siebie zadbać, bo nikt inny tego za ciebie nie zrobi". Te słowa uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek wcześniej. Powtarzam je sobie do dziś, kiedy jest ciężko.
Od tamtego wieczoru coś we mnie ruszyło. Zacząłem chodzić na terapię, którą opłacałem sam z pierwszej pracy w magazynie logistycznym przy obwodnicy — sto dwadzieścia złotych za sesję, raz w tygodniu, przez ponad dwa lata. Zapisywałem się na kursy zawodowe, bo szkoła zawsze była dla mnie polem bitwy, nie miejscem nauki. Ale przede wszystkim zacząłem pytać. Pytałem ciotkę, dlaczego mama wróciła sama. Pytałem, co ojciec zostawił po sobie w Rotterdamie. Okazało się, iż nikt nigdy nie zajął się jego sprawami po tamtej stronie — mieszkanie przy Meent, które wynajmował, zostało po prostu opuszczone, a rzeczy, w tym pudło ze zdjęciami i listami, trafiły do przechowalni komunalnej, skąd po roku miały pójść na aukcję albo do spalenia.
Znalazłem numer do tej firmy przechowalniczej dopiero jako dwudziestotrzylatek, kiedy uczyłem się już niderlandzkiego wieczorami z podręcznikiem pożyczonym z biblioteki. Zadzwoniłem, przedstawiłem się jako syn, podałem numer aktu zgonu, który ciotka trzymała w segregatorze obok polis ubezpieczeniowych. Kobieta po drugiej stronie sprawdziła system i powiedziała, iż skrzynia numer 4471 wciąż tam stoi, zapłacona z góry przez kogoś, kto uregulował rachunek za magazynowanie na dziesięć lat — sam ojciec, jeszcze przed śmiercią, jakby wiedział, iż ktoś kiedyś po to przyjdzie.
Pojechałem po nią autobusem dalekobieżnym, bo bilet lotniczy z Warszawy kosztował wtedy więcej, niż miałem na koncie. W skrzyni było niewiele: zdjęcia z Białegostoku, moje rysunki z przedszkola, które przecież musiał zabrać ze sobą przez granicę, i koperta z moim imieniem, w środku list napisany po polsku z błędami, bo ojciec od lat mówił głównie po niderlandzku. Pisał, iż żałuje, iż nie zabrał mnie ze sobą wcześniej, iż bał się, iż w obcym kraju stracę siebie, zanim zdążę siebie poznać.
Wróciłem do Białegostoku z tą skrzynią i pierwszy raz od ośmiu lat zadzwoniłem do mamy nie po to, żeby zapytać o pieniądze na kurs, tylko żeby przeczytać jej ten list na głos przez telefon. Milczała długo, potem powiedziała tylko: "Wiedziałam, iż coś tam zostało, ale nie miałam siły tego szukać".
Dziś mam trzydzieści jeden lat, pracuję jako kierownik magazynu w tej samej firmie, w której zaczynałem od najniższego stanowiska, a skrzynia numer 4471 stoi u mnie w przedpokoju, obok butów. Nie schowałem jej do piwnicy. Czasem, wracając z pracy, kopnę ją niechcący i wtedy przez chwilę znowu jestem tym dziewięcioletnim chłopcem, który nie wiedział, iż słucha ostatniej opowieści ojca.






![Festiwalowa uczta z Bałuckim i Jandą [zdjęcia]](https://tarnow.ikc.pl/wp-content/uploads/2026/09/Klub-Kawalerow-fot.-artur-gawle0001.jpg)

