Nie zapraszałam nikogo do siebie! – głos synowej zadrżał. – Nie prosiłam was o wizytę!

newskey24.com 5 godzin temu

Nie zapraszałam gości do siebie! głos synowej załamał się. Nie zapraszałam was!

Marek krzątał się w kuchni, energicznie ubijając sos do makaronu. W jednej dłoni ściskał trzepaczkę, w drugiej otwartą książkę kucharską, a na twarzy miał wypisane napięcie.

Zapach czosnku, pomidorów i bazylii unosił się po całym mieszkaniu, mieszając się z delikatną wonią palących się woskowych świec, które Jagoda poustawiała w salonie.

Chyba mi wychodzi, odwrócił się w stronę żony, która kroiła ser do sałatki. Przynajmniej się nie zwarzył.

Jagoda uśmiechnęła się do niego ciepło. Jej ciemne włosy spięte były w luźny kok, a w dużych piwnych oczach odbijało się łagodne światło kuchennego żyrandola.

Jesteś najlepszy, podeszła i objęła go w pasie. Pachnie cudownie. Jak tamtego wieczoru w Krakowie.

Do tego dążymy. Wyobraź sobie: cisza, spokojna muzyka, kolacja przy świecach Żadnych telefonów, żadnych gości. Tylko my.

Pomysł, by świętować jej urodziny w samotności, był ich wspólny. Po nieustannym zamieszaniu i ciągłych wizytach rodziny, oboje marzyli o chwili tylko dla siebie.

Jagoda wcześniej kupiła ulubione wino, a Marek wziął wolne, by samemu przygotować kolację.

Gdy wszystko było gotowe i przenieśli przystawki do salonu, Jagoda puściła delikatną muzykę.

Sto lat, kochanie, Marek uniósł kieliszek. Niech ten rok przyniesie ci wyłącznie szczęście i spokój.

Dziękuję, mój mężu, stuknęła się z nim.

Wino miało głęboki i cierpki smak. Zamknęła oczy, chłonąc tę chwilę. Takiego wieczoru wyczekiwała tygodniami.

I właśnie w tej sekundzie pełnej błogości rozbrzmiał w przedpokoju drażliwy, natarczywy domofon. Marek zmarszczył brwi.

Kto to może być? Przecież nikogo nie zapraszaliśmy.

Jagoda wzruszyła ramionami, ale poczuła niepokój. Przeszło ją zimne ukłucie. Marek podszedł do unifonu.

Tak? odezwał się do słuchawki.

W odpowiedzi rozległ się głośny, znajomy głos, niosąc się po całym mieszkaniu.

Mareczku, to my! Otwieraj, mamy prezenty! Przyszliśmy złożyć życzenia solenizantce!

Twarz Marka pobladła. Spojrzał na Jagodę bezradnie.

Mama? szepnął tylko. Co ty tu robisz?

Jak to co? Przyszłam ukochanej synowej złożyć życzenia urodzinowe! Otwieraj, bo tu wieje od Wisły!

Marek bez słowa nacisnął przycisk. W salonie zapadła ciężka cisza.

Twoja mama? Teraz? spytała cicho Jagoda. Jej głos wyraźnie zadrżał.

Przepraszam, nie wiem… Miała tylko zadzwonić…

Nim się opamiętali, do drzwi ktoś huknął głośno, stanowczo, jak domownik, a nie jak gość.

Marek głęboko westchnął i otworzył. W progu stała Henryka Nowicka, jego matka. Niska, krągła kobieta z krótkimi włosami i wyrazistymi ustami w czerwieni.

Była szczelnie owinięta wełnianym szalem w ludowy wzór i trzymała ogromny, zaparowany pojemnik plastikowy.

No nareszcie, bo już zmarzliśmy jak kundelki na przystanku! bez powitania wparadowała do przedpokoju i zaczęła zdejmować płaszcz.

Dopiero wtedy Marek i Jagoda zauważyli, jak za nią ciągnie się gromada ludzi. Do mieszkania weszło kilka osób: wujek Stefan, brat Henryki, postawny facet w dresie, taszczący skrzynkę soku; jego żona, ciocia Renata, chuda jak szczapa i ruchliwa, z ogromnym tortem W-Z trzymanym jak tarczę, ich dwudziestoletnia córka, Marlena, od razu wbita w telefon, i dwóch młodszych chłopców, którzy z wrzaskiem wbiegli w głąb mieszkania.

Mamo, co to ma znaczyć? wydusił z siebie Marek.

A co? Henryka powiesiła płaszcz na wieszaku, osadzając go na trzech haczykach. Rodzina przecież! Chcieliśmy Jagódce zrobić niespodziankę! Wszystko dla ciebie, córciu! podała synowej pojemnik. Trzymaj, galareta z nóżek domowa. Marek ją uwielbia.

Jagoda wzięła ciężką miskę z rezygnacją.

Dziękuję, pani Henryko… Ale my, my nie spodziewaliśmy się gości…

My nie goście, my swoi! rozrechotała się teściowa i ruszyła do salonu. O, jakie romansidło! Świece!

Renata w tym czasie już stawiała tort na stole, przesuwając wazon i kieliszki z winem.

Jagoda, wszystkiego najlepszego! Sama piekłam, tort W-Z, na stary przepis. Musisz spróbować!

Dzieci biegały po salonie, bawiąc się w berka. Jeden z chłopców prawie przewrócił stojący na podłodze wazon, więc Jagoda instynktownie rzuciła się ratować.

W sercu miała galop. Marek z trudem próbował zapanować nad sytuacją.

Dobrze, skoro już jesteście… Siadajcie, rozgośćcie się. Jagoda, może podamy do kuchni?

Ale Henryka już zadecydowała.

Po co w kuchni? Tu doskonale będzie! Stefan, przesuń stolik, Renata, przynieś talerzyki. Marlena, odłóż ten telefon i pomóż!

Marlena niechętnie powlekła się do kuchni, wzroku nie odrywając od ekranu. Romantyczna atmosfera została zniszczona.

Po dziesięciu minutach stół uginał się od przyniesionych wyrobów: galareta, śledź pod pierzynką, sałatka jarzynowa, marynowane grzybki, tort W-Z.

No, Jagódka, opowiadaj, jak tam życie? Henryka usiadła na kanapie, mierząc synową czujnym wzrokiem. przez cały czas w tym samym biurze? Szef ci głowy nie zawraca?

Wszystko dobrze, dziękuję, odpowiedziała cicho, bawiąc się widelcem w sałatce.

Bo u nas Marlena roboty znaleźć nie może, ciągnęła teściowa, nie zważając na odpowiedź. Studiowała, studiowała, a teraz siedzi bezczynnie. Może byś znalazła dla niej coś u siebie? Mała jest zdolna.

Jagoda tylko przytaknęła. Czuła, jak wszystko w niej się zaciska. Marek obok skulony, próbował podtrzymywać rozmowę, odpowiadając na pytania Stefana o Legię Warszawa, ale było widać, iż jest wyczerpany i wściekły.

Co chwilę rzucał Jagodzie przepraszające spojrzenia, ale nic nie mógł poradzić. Dzieci najadły się ciasta i znowu biegały.

Młodszy, Krzysiek, znalazł na półce kolekcję kryształowych figurek, którą Jagoda zbierała przez lata.

Mamo, zobacz, jakie śliczne! krzyknął.

Uważaj, Krzyś, to kruche! zawołała Jagoda, ale za późno.

Chłopiec sięgnął po delikatnego łabędzia. Rozległ się krótki, dźwięczny trzask. Kryształ rozleciał się na kawałki, rozsypując się po całym dywanie.

Zapanowała śmiertelna cisza. choćby muzyka już dawno ucichła i słychać było tylko syk świec.

Ojej, ja cię kręcę! jęknęła Renata. Krzysiu, no i po co to ruszałeś? Prosiłam!

Przestań, bez przesady, machnęła ręką Henryka. Tylko szkło. Wyrzucisz i po sprawie. Przecież to przypadek.

Jagoda powoli podniosła na nią wzrok.

To był prezent od mojej babci, powiedziała cicho, wyraźnie artykułując słowa. Babci już nie ma.

No, babcia, spoczywaj w pokoju, ale dzieci są najważniejsze, nie ustępowała Henryka. Trzeba chować cenne rzeczy, jak się zaprasza rodzinę.

To była ostatnia kropla. Jagoda gwałtownie wstała, odgarniając krzesło.

Tylko iż ja nie zapraszałam gości! jej głos się załamał. Nikogo nie zapraszałam! Chciałam być dziś sama z Markiem! To są moje urodziny, nie rodzinny zjazd!

Zapadła grobowa cisza. choćby dzieci spłoszyły się, czując, jak narasta napięcie.

Stefan wbił wzrok w talerz, Renata otworzyła szeroko usta. Henryka poczerwieniała.

No proszę! jej ton był lodowaty. Przyjechaliśmy z życzeniami, z prezentami, stół zastawiliśmy, a tu jak zbędni? Nie mogę do własnego syna wpaść?

Mamo, starczy, powiedział cicho Marek, wreszcie zbierając się w sobie. Jagoda ma rację. Planujemy wieczór dla siebie. Nie powinnaś tak wchodzić bez uprzedzenia i przyciągać za sobą połowy rodziny.

Wchodzić? pisnęła Henryka. Do własnego syna?! Ja cię wychowałam, poświęcałam wszystko! A teraz, bo masz żonę, to już nie mogę przyjść?

To nie o żonę chodzi! Chodzi o szacunek do naszych planów i naszego domu!

Zapanował hałaśliwy, bezsensowny spór. Henryka wypominała, Marek próbował przemówić jej do rozumu, reszta milczała skulona.

Jagoda nie mogła już dłużej tego słuchać. Odwróciła się i wyszła z salonu.

Za ścianą słychać było kłótnię, stłumioną, ale bolesną.

Nie wiedziała, ile czasu minęło dziesięć, może dwadzieścia minut. W końcu spór przycichł, zapadła kłopotliwa cisza.

Potem kroki, ciche głosy, skrzypnięcie zamykających się drzwi.

Cicho uchyliła się drzwi do sypialni. Marek wszedł powoli; wyglądał na kompletnie rozbitego.

Wyszli, powiedział cicho. Jagoda, przepraszam, powinienem był wyłączyć domofon

Ale tego nie zrobiłeś, jej głos był bez życia. Powinieneś był ją zatrzymać!

To moja matka… Chciała dobrze.

Dla kogo?! Jagoda odwróciła się ku niemu, a jej oczy paliły się ogniem. Dla siebie? By pokazać, jaką jest gospodynią i troskliwą mamą? Zmarnowała mi cały wieczór, Marek!

Co miałem zrobić? Wyprosić? Narobiłaby tylko większego zamieszania

A teraz nie było awantury? przeszła się po pokoju. Zawsze tak! Zawsze decyduje za nas! Co jeść, gdzie jechać, jak żyć! I zawsze jej ulegasz…

Spojrzała przez okno. Na parkingu widziała, jak sylwetki Henryki i reszty rodziny pakują się do samochodu.

Wydawało się, iż kryzys minął. Ale ona wiedziała, iż to tylko pauza.

Nie wiem, co dalej, Marek, wyszeptała. Nie chcę żyć w ciągłym strachu, iż w każdej chwili twoja matka wejdzie z kluczem do naszego życia.

Porozmawiam z nią. Na serio. Powiem, iż tak nie wolno…

Już tyle razy mówiłeś. Nic się nie zmienia.

Wieczór, który miał być idealny, skończył się, zanim się zaczął.

Przepraszam, powtórzył Marek. Wszystkiego najlepszego, Jagoda.

Zamknęła oczy. Miała trzydzieści trzy lata, a czuła się na sześćdziesiąt.

Może jednak spróbujemy świętować dalej? zapytał niepewnie Marek. Tam w kuchni jeszcze sporo jedzenia

Nie mam już na nic ochoty, odpowiedziała sucho. Jestem zmęczona. Chcę iść spać.

Wyszła i skierowała się do łazienki. Chciała zmyć z siebie ten wieczór i zasnąć by jak najszybciej nadszedł dzień, w którym nie ma wścibskiej teściowej i jej rodziny.

Henryka po sprzeczce długo chowała urazę do syna i synowej. Nigdy tak do końca nie zrozumiała, dlaczego mogła im wtedy przeszkadzać.

Idź do oryginalnego materiału