Poród zaczął się w nocy, w mieszkaniu na czwartym piętrze w starym budynku przy ulicy Gdańskiej w Bydgoszczy. Za oknem padał deszcz ze śniegiem, a kaloryfer ledwo dawał ciepło. Moja mama siedziała w kuchni i piła trzecią herbatę z cytryną. Ja liczyłam skurcze, patrząc na zegar z kukułką, który dostała jeszcze od swojej matki. Kukułka wysunęła się o drugiej w nocy i wtedy powiedziałam, iż jedziemy.
— Tylko nie krzycz — powiedziała mama, chociaż to ona trzęsła się przy drzwiach, szukając kluczyków do swojego piętnastoletniego Opla Astry.
Na izbie przyjęć zmienili mi ubranie, podali formularz i kazali czekać. Mama siedziała obok i udawała, iż czyta gazetę. Trzymała ją do góry nogami.
O siódmej rano urodziła się Emilka. Trzy dwieście dziesięć, pięćdziesiąt dwa centymetry. Kiedy położyli mi ją na piersi, poczułam ciepłe, mokre zawiniątko, które pachniało czymś zupełnie nowym. Nie wiedziałam, iż można tak płakać bez żadnego dźwięku.
Przez pierwsze dwa dni mama nie wychodziła ze szpitala. Przynosiła mi jogurty, grzebień, skarpetki z ananasami. Trzeciego dnia, kiedy Emilka spała, mama usiadła na krześle przy oknie i powiedziała:
— Wnuczka powinna dostać imię po kimś mocnym.
Piłam wodę z kubka. Nie odpowiedziałam.
— Zofia. Albo Stanisława. To imiona, które coś znaczą. Po babci. Po prababci.
— Porozmawiamy o tym w domu — powiedziałam.
Myślałam, iż to koniec. Ale mama wróciła do tego następnego ranka. Potem jeszcze raz, przy obiedzie. A potem w sobotę wyjęła z torebki kartkę. Były na niej wypisane imiona: Zofia, Stanisława, Helena, Maria.
— Te inne to jakieś wymysły — powiedziała. — Emilka brzmi jak z telewizora. Nie po katolicku. Ja ci to mówię jako matka.
Mąż stał w drzwiach i obierał jabłko. Obierał i obierał, aż skórka wisiała jednym długim kawałkiem.
— Mamo, my już zdecydowaliśmy. Ma być Emilia.
— To nie jest decyzja. To fanaberia.
Wtedy wyszłam do łazienki. Odkręciłam zimną wodę i myłam ręce tak długo, aż poczułam ból w nadgarstkach. Wróciłam i powiedziałam spokojnie, iż do USC idę we wtorek.
Mama zacisnęła usta i wyszła. W przedpokoju trzasnęła drzwiami tak, iż kukułka wyskoczyła z zegara i zepsuła się. Mąż naprawił ją wieczorem, ale od tamtej pory ptak wychodził o pięć minut za późno.
We wtorek mama powiedziała, iż pojedzie ze mną.
— Pomogę z wózkiem — dodała, chociaż na dworze było sucho, a wózek ważył siedem i pół kilograma.
Do Urzędu Stanu Cywilnego przy ulicy Grudziądzkiej wchodziłyśmy osobno. Mama niosła torbę z butelką, pieluchami i kocykiem. Ja trzymałam dowód, skrócony odpis i poprosiłam o formularz zgłoszenia urodzenia.
— Córka — powiedziała urzędniczka. — Imię?
— Emilia.
Mama położyła torbę na podłodze i sięgnęła do bocznej kieszeni. Wyjęła złożoną na cztery części kartkę z nazwiskami. Rozłożyła ją na ladzie.
— Jeszcze chwila — powiedziała do urzędniczki. — Tu są inne imiona. Wspólnie ustalimy.
Urzędniczka przestała pisać. Popatrzyła na mnie, potem na mamę, potem na kartkę. W pokoju była jeszcze jedna kobieta z aktami. Przesuwała papiery, ale jej palce zamarły na górnej teczce.
— To jest moja córka — powiedziała mama. — A to dziecko będzie nosić imię po mojej matce. Zofia. Proszę wpisać Zofia.
— Nie — powiedziałam.
Słowo wyszło ze mnie twarde, jakby cudze.
Mama poprawiła torebkę i uśmiechnęła się do urzędniczki.
— Ona jest po porodzie. Hormony. Proszę to zrozumieć.
— To nie hormony — powiedziałam. — To moja decyzja. Emilia. E-m-i-l-i-a.
Urzędniczka odsunęła klawiaturę i poprosiła mamę, żeby usiadła. Mama nie usiadła. Oddychała tak, jakby wciągała powietrze przez słomkę. Wtedy powiedziała coś, co zapamiętam na zawsze:
— To dziecko nie będzie się nazywać jak jakaś ekspedientka z galerii.
Zabrałam kartkę z jej strony lady i złożyłam ją z powrotem. Na cztery części.
— Mamo, wyjdź na korytarz.
Wyszła. Ale zanim zamknęły się drzwi, krzyknęła na cały korytarz, iż własna córka wyrzuca ją z urzędu.
Po powrocie do domu nie odezwała się do mnie przez trzy dni. Mijała wózek, jakby stał w przedpokoju sam z siebie. Czwartego dnia zadzwoniła do mojego męża i powiedziała, iż mnie rozumie, ale nie wybaczy mi nigdy, iż nie pozwoliła jej wybrać imienia.
Wtedy sprawdziłam szafkę w przedpokoju. Torba z dokumentami leżała na górnej półce, tam gdzie zawsze. Wyjęłam skrócony odpis urodzenia Emilki. Było napisane: Emilia. Prawidłowo. Zamknęłam szafkę i dopiero potem usiadłam na podłodze, oparta o kaloryfer.
Mama wróciła po dwóch tygodniach. Przyniosła rosół, jabłka i srebrną łyżeczkę z wygrawerowanym napisem „Zofia”. Położyła ją na przewijaku i powiedziała:
— Może jeszcze zmienicie. Na chrzcie. Dziadek by sobie życzył.
Mąż zabrał łyżeczkę i schował ją do szuflady z narzędziami. Powiedział: „chrzestna może przynieść coś z grawerem Emilia”. Mama udała, iż nie słyszy.
Od tamtej pory zaczęła przychodzić częściej, niż kiedykolwiek. We wtorek z zupą, w czwartek bez powodu, w niedzielę z workiem ubranek po kuzynce. Za każdym razem nachylała się nad wózkiem i mówiła cicho, jakby do siebie: „Zosieńko, babcia przyszła”. Kiedy podchodziłam bliżej, zmieniała temat, pytała, czy dziecko śpi w nocy. Ale słyszałam to imię z jej ust przy każdej wizycie — raz, dwa, czasem trzy razy w ciągu popołudnia. Na komunijnej sukience dla lalki, którą kupiła „na zapas”, wyszyła literę Z.
W piątek rano, kiedy mama znowu powiedziała „Zosiu” nad kołyską i udała, iż to się jej wymsknęło, ubrałam Emilkę w śpioszki z misiami, włożyłam do torby dowód, odpis aktu urodzenia, własny paszport i pojechałam do USC. Tym razem sama.
Poprosiłam o formularz. Urzędniczka, inna niż poprzednio, zapytała, o co chodzi.
— Chcę dopisać drugie imię — powiedziałam. — Emilia Wanda. Wanda to nazwisko rodowe… nie, imię mojej babci. Chcę, żeby to było zapisane raz na zawsze, urzędowo, żeby nikt więcej nie mógł mówić, iż dziecko nie ma po kim być nazwane.
Urzędniczka wyjaśniła, iż to nietypowe post factum, ale możliwe w drodze wniosku o sprostowanie aktu. Podała mi długopis. W rubryce „uzasadnienie” napisałam: „Wnoszę o dopisanie drugiego imienia w akcie urodzenia dziecka”.
Zapłaciłam 39 złotych opłaty skarbowej. Dostałam potwierdzenie. Powiedzieli, iż decyzja będzie gotowa w ciągu dziesięciu dni roboczych.
Wyszłam. Na przystanku przed urzędem starszy mężczyzna jadł obwarzanek z makiem. Zegar na wieży kościoła po drugiej stronie ulicy pokazywał dziesięć po jedenastej. Pomyślałam, iż dostanę telefon od mamy najpóźniej jutro.
Dostałam tego samego dnia, o 16.42. Dzwoniła z poczty. Stała przy okienku, gdzie odbiera się listy polecone — sąsiadka z parteru pracowała tam i musiała jej powiedzieć.
— Ty mi to robisz? — krzyknęła do słuchawki. — Wanda? Kto to w ogóle jest, ta Wanda?
— Moja babcia, mamo. Twoja babcia. Ta, po której nigdy nie chciałaś nikogo nazwać, bo się kłóciłyście przez działkę.
W słuchawce zapadła cisza, którą przerwał komunikat poczty: „Pacjent numer sto siedemnaście, okienko czwarte”.
Mama powiedziała wtedy jedno zdanie. Cicho, jakby z drugiego końca sali:
— To nie jest moja wnuczka.
I rozłączyła się.
Na drugi dzień przyszła pod drzwi. Nie zadzwoniła. Stała i czekała. Widziałam ją przez wizjer: płaszcz zapięty pod szyję, w rękach nic. Nie otworzyłam. Nie otwierałam przez cały tydzień.
Po dziesięciu dniach przyszła decyzja. Otworzyłam kopertę w kuchni, przy czajniku. Przeczytałam: „postanawia się dopisać w akcie urodzenia dziecka drugie imię: Wanda”. Złożyłam pismo i wsunęłam do segregatora z dokumentami Emilii.
Tego samego dnia mama zostawiła na wycieraczce słoik ogórków. Bez kartki. Otworzyłam drzwi, kiedy już jej nie było, i zabrałam słoik do środka. Ustawiłam go w kuchennej szafce, obok innych, po prostu jako słoik ogórków.
Minął rok. Emilka zaczęła siadać. Wózek stał w przedpokoju, a kukułka na ścianie wciąż wychodziła o pięć minut za późno. Któregoś dnia mama zadzwoniła do drzwi. Nie wiem, skąd wiedziała, iż jestem sama z dzieckiem. Mąż był w delegacji w Toruniu.
Otwarłam. Stała bez torby, bez słoika, bez kartki. Tylko w tej swojej granatowej chuście na głowie.
— Przyszłam powiedzieć, iż się myliłam — powiedziała.
Nie zapraszałam do środka. Czekałam.
— Ale nie chodzi mi o imię. Chodzi mi o to, iż się bałam. Że nie będę miała z nią nic wspólnego, jeżeli nie będzie po mnie nazwana.
Za moimi plecami Emilka uderzyła grzechotką o podłogę. Trzy razy.
Mama powiedziała, iż oddała łyżeczkę z grawerem „Zofia” do przetopienia. Że zamówiła nową, z napisem „Emilia Wanda”. Że czeka dziesięć dni.
— To nie jest takie proste — powiedziałam. — Nie przetopisz tak łatwo.
— Przetopiłam — powiedziała. — Dziś odebrałam. Jest w biżuterii u zegarmistrza, w szufladzie.
Nie uścisnęłam jej. Nie powiedziałam „wchodź”. Powiedziałam tylko: „Pokaż”.
Poszłyśmy do zakładu jubilerskiego przy ulicy Mostowej. Zegarmistrz otworzył szufladę i wyjął srebrną łyżeczkę. Na rączce był wygrawerowany napis: „Emilia Wanda, córka mojej córki”.
Mama zapłaciła gotówką. Trzymała łyżeczkę tak, jakby to była hostia. Potem podała mi ją nad szklaną ladą.
— Możesz jej dać — powiedziała. — Ale nie musisz.
Wzięłam łyżeczkę. Była zimna. Obie wyszłyśmy na ulicę. Zegar na wieży pokazał piętnaście po czwartej. Mama poprawiła chustę i poszła w stronę przystanku. Ja skręciłam w stronę Starego Rynku.
Na placu grał kataryniarz. Emilka spała w wózku. Włożyłam łyżeczkę do kieszeni płaszcza.
Wieczorem, kiedy Emilka już spała, wyjęłam łyżeczkę z kieszeni i umyłam ją pod ciepłą wodą, powoli, palcem przecierając każdą literę grawerunku. Postawiłam ją na parapecie, przy doniczce z fiołkiem, który dopiero wypuszczał pierwszy pąk. Zapaliłam lampkę nad przewijakiem, sprawdziłam oddech córki i poszłam spać, zostawiając drzwi do jej pokoju uchylone na szerokość dłoni.












