Nie zamierzam dożywać z jakąś starą ruiną warknął mąż.
Dość! Wystarczy! Jerzy z trzaskiem zatrzasnął szafkę nocną, a flakony po wodzie kolońskiej zadrżały jak zimne ryby. Mam dosyć słuchania o bolących stawach i tabletkach! Chcę żyć, a nie tu wegetować w tym sanatorium!
Zofia stała w drzwiach sypialni i patrzyła, jak Jerzy pcha do plecaka swoje nieliczne rzeczy. Trzydzieści dwa lata wspólnego życia mieściły się w jednym plecaku i reklamówce z trampkami. Ta myśl bolała mocniej niż wszystkie wcześniejsze urazy.
Jerzy zaczęła cicho mama po udarze nie może zostać sama. Rozumiesz?
Twoja mama, twój kłopot! Ja nie zamierzam zamieniać się w opiekuna starej ruiny warknął, nie patrząc jej w oczy. Mam pięćdziesiąt osiem lat, a nie osiemdziesiąt! Nie chcę zamieniać naszego domu w oddział geriatrii!
Zofia zadrżała. Ostatnie pół roku to były ciągłe kłótnie o młodość i starość. Jerzy nagle zaczął farbować siwe włosy, kupił rower i skórzaną kurtkę. A potem pojawiła się Grażyna rozwiedziona sąsiadka z piątego piętra, zawsze w kolorowych sukienkach.
Przenosisz się do niej? Zofia znała odpowiedź, ale musiała zapytać.
Jerzy odwrócił się gwałtownie. Przez moment wyglądał na zawstydzonego, ale zaraz zastąpiła to upartość:
Tak, do niej. I wiesz, dlaczego? Bo z nią zapominam o swoim wieku. Nie liczy moich siwych włosów i nie wspomina o słabym sercu. Ona jest wolna, rozumiesz?
„Wolna”. To słowo zakuło ją w serce. Spojrzała w lustro na swoje zmęczone oblicze z nowymi zmarszczkami przy ustach. Kiedyś Jerzy mówił jej, iż jest jego pięknością. Teraz…
Niedługo skończysz sześćdziesiąt lat, Jerzy wyszeptała. Naprawdę myślisz…
Co? rzucił gwałtownie. Że nie zasługuję na szczęście? Nowe życie? Wiesz, wielu w moim wieku…
Ucieka do młodszych kochanek? gorzko się uśmiechnęła. Smutna statystyka.
Jerzy zirytowany machnął ręką:
Znowu! Ty wszystko taplasz w błocie! Ja tylko chcę oddychać pełną piersią, słyszysz?
Zaskoczył plecak. Dźwięk zamka zabrzmiał jak wyrok.
Powiedz swojej mamie, iż życzę zdrowia mruknął, ruszając do drzwi. Mam nadzieję, iż będzie wam wygodnie. Dwóm… zawahał się, ale dokończył: Dwóm starym przyjaciółkom.
Trzasnęły drzwi. Zofia długo siedziała na łóżku, wpatrując się w jeden punkt. W uszach brzmiało: „Dwóm starym przyjaciółkom”. Miała przecież dopiero pięćdziesiąt trzy lata. Czy to już starość?
Z sąsiedniego pokoju dobiegł cichy głos:
Zosiu? Coś się stało?
Nic, mamo Zofia z trudem podniosła się. Jerzy wyjechał. Ma sprawy.
Kłamać było obrzydliwe, ale teraz nie potrafiła powiedzieć prawdy. Nie chciała, żeby osiemdziesięcioletnia mama obwiniała się za rozpad małżeństwa córki.
Kolejne dni wlokły się jak szary strumień. Zofia trzymała się codziennych rytuałów: gotowała, sprzątała, opiekowała się mamą. W głowie wciąż kołatała myśl: kiedy? Kiedy przestała zauważać tę ścianę między nimi?
Wspominała, jak poznała Grażynę. Sąsiadka niedawno się rozwiodła, często spotykały się przy skrzynkach pocztowych. Energiczna, swobodna, zawsze z figlarnym śmiechem. Zofia jej szczerze współczuła niełatwo samej z dzieckiem.
Potem zwróciła uwagę na spojrzenia Jerzego. Jak zostawał przy oknie, gdy Grażyna wyprowadzała psa. Jak „przypadkiem” był w bramie, gdy wracała z pracy. Jak coraz częściej siedział do późna w garażu.
Córeczko głos mamy wyrwał ją z zamyślenia już pół godziny myjesz jedną filiżankę. Usiądź do mnie.
Zofia spojrzała. Rzeczywiście stała przy zlewie z jedną filiżanką, zapatrzona w okno.
Już, mamo. Kończę.
Zośka mama przysiadła na krześle, trzymając się mocno za oparcie wszystko rozumiem. Nie musisz mnie okłamywać.
Mamo…
Zostawił cię, prawda? Poszedł do tej z piątego piętra?
Zofia przytaknęła, czując narastające łzy.
Głupi, co się z chłopami dzieje pod sześćdziesiątkę? Jakby im diabeł wlazł w serce chcą szukać młodości tam, gdzie jej nigdy nie było.
Mamo, dosyć…
Co dosyć? mama nagle zaśmiała się dźwięcznie. Twój ojciec tak samo zgłupiał przy pięćdziesiątce. Uznał, iż życie go omija.
Zofia patrzyła zszokowana:
Tata? Ale nigdy…
A po co było opowiadać? mama wzruszyła ramionami. Po dwóch miesiącach wrócił. Z ogonem między nogami. Tyle, iż już na niego nie czekałam.
Jak to?
A tak właśnie mama puściła oko. Przez dwa miesiące odkryłam, iż żyje się łatwiej bez niego. Było więcej powietrza czy coś.
Oprzytomniała, patrząc na swoje stare dłonie w plamach, z cienką skórą, ale wciąż sprawne.
Widzisz, Zosiu, lata są nieważne. Najważniejsze, co dzieje się w środku. Ja mam osiemdziesiąt pięć, a w środku przez cały czas mieszka ta sama nastolatka.
Zofia nie mogła powstrzymać uśmiechu. Tak, to była prawda jej mama mimo wieku i chorób emanowała jakąś szczególną siłą życia. Pewnie dlatego ludzie do niej lgnęli?
Twój Jerzy nie od ciebie ucieka mówiła dalej mama. Ucieka od siebie samego. Od lęku przed starością. Myśli, iż z młodą kobietą i on stanie się młodszy.
Bronisz go? poczuła ukłucie żalu.
E tam mama pokręciła głową. Żal mi go. Bo wiem, iż nie znajdzie tego, czego szuka. Od czasu się nie ucieknie.
W tej chwili zza okna dobiegł śmiech. Zofia odruchowo zerknęła. Jerzy z Grażyną spacerowali po podwórku. On niósł jej siatki. Ona gadała wesoło gestykulując, a on patrzył na nią z zachwytem. Serce ścisnęło się bolesnym skurczem.
Nie dręcz się mama łagodnie odciągnęła ją od okna. Chodź na herbatę. Upiekłam miodowe pierniki.
Mamo, jakie pierniki? głos Zofii drżał.
On głupi powtórzyła mama ze spokojem. Ale to jego droga. Ty swoją znajdź. Wiesz co? Jutro pójdziemy do parku. Po remoncie jest pięknie.
Zofia chciała odpierać, iż nie ma na to siły, ale coś w matczynym głosie kazało jej zamilknąć. Może rzeczywiście czas po prostu żyć?
Park zdumiewał. Po remoncie wyglądał jak z bajki kręte ścieżki, fontanny, wygodne ławki. W centrum tętnił niewielki Dom Kultury, skąd płynęła muzyka.
O, patrz mama zatrzymała się przy tablicy z ogłoszeniami nabór do klubu literackiego. I do studia tańca. O, choćby joga dla seniorów!
Mamo Zofia skrzywiła się tylko nie mów, że…
A co w tym złego? zaśmiała się mama, unosząc brwi. Ja jeszcze potrafię pokazać coś niezwykłego w swoim wieku!
Jakby potwierdzając słowa, wykonała gest dłonią. Laska wypadła i stuknęła z hukiem o chodnik.
Och zmieszała się.
Proszę pozwolić pomóc usłyszały miękki głos mężczyzny.
Elegancki pan z połyskującym zegarkiem podniósł laskę i z ukłonem oddał matce.
Proszę bardzo.
Bardzo dziękuję mama aż się zarumieniła. To bardzo miłe.
Tadeusz Kamiński przedstawił się. Prowadzę tutaj spotkania literackie. Widzę, iż interesują panie nasze wydarzenia?
Nie, my tak tylko… zaczęła Zofia, ale mama uparcie wtrąciła:
Oczywiście! Moja córka rewelacyjnie pisze wiersze. Na studiach publikowali ją w gazetce ściennej.
Mamo! Zofia się oburzyła. To było sto lat temu.
Poezja jest ponadczasowa łagodnie przypomniał pan Tadeusz. Zapraszam na spotkanie. Właśnie omawiamy nowe teksty.
Tak Zofia trafiła do klubu literackiego. Sama nie wiedziała, jak przyszła dla mamy, a została dla siebie. Zapach książek, ciche rozmowy, skupione twarze wszystko sprawiało, iż tam czas płynął inaczej. Nikt nie patrzył na wygląd czy wiek. Liczyły się myśli, wrażliwość.
Potem był wieczór poezji. Kameralny, dla swoich. Zofia była spięta jak nigdy.
Czytała wiersze o miłości, o stracie, o tym, iż życie nie kończy się na bólu. Z każdym wersem czuła, jak coś w niej łagodnieje, rozkwita, budzi się.
Wracając do domu, wpadła na Jerzego. Był z Grażyną. Stanął z boku, nieśmiały jak uczeń.
Zosiu, świetnie wyglądasz.
Patrzyła na niego. Dziwne patrząc teraz w te znane, piwne oczy, nie czuła już bólu. Tylko spokojne zmęczenie.
Dziękuję powiedziała spokojnie. To wszystko?
Nie, poczekaj podszedł bliżej. Chciałem wyjaśnić… Wiesz, zrozumiałem.
Że się rozczarowałeś? uniosła brew. Grażyna nie jest taka idealna?
Jerzy skrzywił się:
Nie rozumiesz. Ona inna. Młoda tak, atrakcyjna tak, ale… zamilkł. Nie ma o czym rozmawiać.
Myślałeś, iż trzydziestopięciolatki pasjonują się PRL-em? uśmiechnęła się nagle. Jerzy, jesteś naiwny.
Nie o tym mówię zmarszczył się Mozę popełniłem błąd. Może…
Nie odparła stanowczo, cofając dłoń. Nic z tego, Jerzy. Dzięki tobie zrozumiałam, iż życie to nie tylko gotowanie i sprzątanie.
Zosiu, wszystko zrozumiałem. Chcę wrócić do domu próbował chwycić jej rękę. Naprawimy wszystko.
Mimo łagodnego tonu, jej odpowiedź była twarda:
Nie wrócisz, bo domu już nie ma. Tamtej Zosi, która milczała przy obiedzie i prała ci skarpetki, już nie ma. A z nową Zosią się nie znasz. I może by cię przestraszyła.
Dlaczego?
Bo żyje dla siebie.
W tej chwili podeszła mama, bez laski wsparta pod ramię przez pana Tadeusza.
O, Jerzy objęła go chłodnym spojrzeniem. Jeszcze tu jesteś?
Dzień dobry, pani Heleno wymamrotał. Już idę.
I dobrze przytaknęła matka. Ale pamiętaj jak następnym razem będziesz chciał uciekać przed wiekiem, może warto się zastanowić, czy problem nie jest w tobie?
Jerzy jakby dostał obuchem, gwałtownie się odwrócił i zniknął za drzwiami.
Mamo! Zofia z wyrzutem nie trzeba było…
Prawdę mówić nie można? wzruszyła ramionami. Pan Tadeusz zaprosił mnie do prowadzenia „Bajek z naszego dzieciństwa” dla wnuków. Ciekawe, co?
Pani Helena to urodzona opowiadaczka uśmiechnął się pan Tadeusz. Dzieci będą zachwycone.
Patrzyła na mamę promienną, z żywym błyskiem w oczach i myślała: może na tym polega mądrość? Nie walczyć z czasem, ale traktować go jak dar? Szansę na nową siebie?
Dwa miesiące później Jerzy rozstał się z Grażyną. Mówili, iż ona znalazła kogoś młodszego. Miesiąc później napisał Zofii wiadomość krótką, chaotyczną, pełną skruchy i próśb. Nie odpisała.
Po co? Miała już własne życie. Dwa razy w tygodniu spotkania literackie. I wiecie co? W wieku pięćdziesięciu trzech lat czuła się młoda jak nigdy. Młodość to nie gładka skóra, ale odwaga być sobą. W każdym wieku.









