choćby nie waż mi się dotykać rzeczy mojej mamy, rzucił mąż.
A te ubrania? Przecież to wszystko należało do mojej mamy. Po co to znowu wyciągasz? jego głos już dawno stracił znajomą ciepłość.
Wyrzucimy to. Po co nam taki graciarnia, Stasiu? Połowa szafy zajęta, a ja nie mam gdzie wsadzić tych zimowych kołder i zapasowych poduszek. Wszystko się wala po kątach, jak po remoncie.
Malwina uporczywie zdejmowała z wieszaków skromne bluzeczki, spódnice i sukienki po zmarłej teściowej, Janinie. Janina zawsze trzymała swoje rzeczy schludnie i wiszące, czego syn też się nauczył. Malwinę natomiast w szafach zawsze spotykał istny armagedon: co rano nurkowała wśród stosów, szukając bluzki lub sweterka, narzekała, iż nie ma w co się ubrać i z zapałem prasowała powyginane ubrania parownicą wyglądały, jakby ktoś je przeżuł i wypluł.
Minęły zaledwie trzy tygodnie odkąd Staszek pożegnał mamę na cmentarzu. Janinie Pilarskiej już od dawna potrzebne było leczenie głównie bez szans na powodzenie i spokój. Rak w czwartym stadium postępował błyskawicznie. Staszek zabrał mamę do siebie. Odeszła po miesiącu. Teraz, wracając z pracy, widząc jej rzeczy rzucone na podłogę w przedpokoju jak śmieci, dosłownie zaniemówił z szoku. To już wszystko? Takie podejście do matki? Wyrzucone więc zapomniane?
Co się tak gapisz, jakby ci nagle Bonaparte z szafy wyskoczył? Malwina się odsunęła w bok.
Zostaw te rzeczy, wysyczał Staszek przez zaciśnięte zęby. Poczuł, jak krew uderza mu do głowy i na moment zdrętwiały mu ręce.
No ile można trzymać te starocie! warknęła Malwina, zaczynając się irytować. Co, muzeum sobie chcesz urządzić? Twojej mamy już nie ma, zaakceptuj to wreszcie! Byś się tak przejmował, jak jeszcze żyła i odwiedzał ją częściej, to może byś wiedział, jak bardzo wtedy chorowała!
Te słowa uderzyły Staszka prosto w serce.
Idź, zanim zrobię coś głupiego, wykrztusił z trudem.
Malwina prychnęła:
Proszę bardzo. Wariat…
U Malwiny wariatami byli wszyscy, którzy myśleli inaczej niż ona.
Staszek, nie zdejmując butów, poszedł do szafy na korytarzu, otworzył górne drzwiczki i wspiął się na taboret. Sięgnął po dużą torbę w kratę takich mieli około siedmiu, wykorzystywali przy przeprowadzce do nowego mieszkania. Każdą z maminek rzeczy ułożył starannie, z czułością zwijał w kosteczkę. Na samą górę położył maminą kurtkę i reklamówkę z butami. Obok kręcił się trzyletni synek, pomagając tacie i podrzucając do torby swój zabawkowy traktor. Na koniec Staszek odszukał w szufladzie klucz i schował go do kieszeni spodni.
Tata, a dokąd idziesz?
Staszek gorzko się uśmiechnął, chwytając za klamkę.
Zaraz wrócę, synku, leć do mamy.
Stój! zatroskana Malwina wyskoczyła w progu salonu, Gdzie ty się wybierasz? Przecież kolacja za chwilę!
Dzięki, już się najadłem twoim podejściem do mojej mamy.
Przestań! No co ty się tak rozemocjonowałeś o nic? Rozbieraj się. Gdzie ty jeszcze łazisz wieczorem?
Staszek nie odpowiedział, tylko wyszedł z torbą. Wsiadł w auto, wyjechał spod bloku i skierował się w stronę obwodnicy Warszawy. Jechał w potoku aut, zagłuszając szum myśli. Cała reszta zeszła na dalszy plan: projekty z pracy, urlopowe plany, śmiesznostki z memów, które lubił oglądać przed snem. Jedna uparta myśl sunęła mu po głowie jak ślimak: co jest w życiu ważne. Cała reszta mogła się kurzyć i znikać dzieci, żona, mama. I tylko mamę już stracił. Był na siebie wściekły bo nie dopilnował, nie dowiedział się, nie był na czas. Ona nie chciała mu zawracać głowy, być ciężarem. A on rzadziej dzwonił, coraz rzadziej wpadał.
Zatrzymał się po jednej trzeciej drogi pod barem U Gienia, zjadł gwałtownie pieroga, a kolejne trzy godziny przejechał bez zatrzymywania. Tylko raz spojrzał na zachód słońca, gdy niebo rozdarły pomarańczowe pasy, jakby słońce ostatkiem sił trzymało się widnokręgu. Dojechał w zupełnej ciemności do rodzinnej wsi, pokręcił się po błotnistych uliczkach aż do końca i wyłączył silnik pod starym domem. Tam, gdzie spędził dzieciństwo.
W ciemności kilka było widać. Mocował się z zasuwą furtki, świecąc sobie komórką. Pięć nieodebranych od Malwiny. Nie dziś nie będzie z nikim rozmawiał. Komórka zostaje wyciszona. Pachniała przekwitająca dzika czereśnia, do okien kleiły się wielkie ćmy. W szybach domu jakby mglisto odbijało się nocne niebo. Staszek wygrzebał klucz, otworzył pierwsze drzwi, po omacku znalazł światło zakurzone żarówki w sieni zamigotały.
Przy drzwiach stały domowe pantofle mamy, w których wychodziła na podwórko. Przy drugich drzwiach błękitne kapcie z czerwonymi królikami on sam jej je kupił osiem lat wcześniej. Zamarł chwilę, po czym zdecydowanie wszedł głębiej.
Cześć, mamo. Czekałaś na mnie?
Nie, już w tym domu nikt na niego nie czekał.
Unosił się tu zapach PRL-owskich mebli i lekkiej wilgoci, jak z piwnicy. W domu gwałtownie łapało wilgoć, trzeba go było codziennie palić w piecu, żeby nie przyszedł grzyb. Na komodzie leżała szczotka i zestaw tanich kosmetyków, na wieszaku transparentna torba z makaronem, promocyjna cena. W salonie rzucała się w oczy nowa kanapa on ją kupił mamie z telewizorem. Otwarta lodówka w kuchni dobitnie świadczyła, iż nikt tu już nie mieszka. W sypialni łóżko z piramidą poduszek pod narzutą. Staszek przysiadł na brzegu.
Dawniej to był jego pokój, rodzice spali obok. Zawsze była też druga prycza brata. Biurko przy oknie. Teraz w miejscu biurka stoi maszyna do szycia mama kochała szyć i haftować. Zamiast łóżka brata, stoi szafa, do której układała własne rzeczy.
Siedział w zupełnej ciszy, patrzył tępo w szafę, jakby to był duch matki. Zaplótł palce we włosy, pochylił się, wsparł czołem o kolana i rozszlochał się bezgłośnie… Zalała go fala szlochu.
Płakał, bo nie zdążył odpowiedzieć jej, gdy w ostatni dzień ściskała jego dłoń. Siedział sparaliżowany, widział gaśnięcie w jej oczach, a tysiące słów ugrzęzło mu w gardle. Mama szepnęła: Nie patrz na mnie tak… Byłam z wami szczęśliwa. Chciał jej dziękować za dzieciństwo, za miłość, za domową czułość i za poczucie bezpieczeństwa, które buduje się brick po brick. Za wyspę spokoju, do której można wracać, ile razy się zechce. Za miejsce, gdzie zawsze czekają, kochają, przyjmą niezależnie ile się nabroiło.
Ale siedział jak zamurowany. Ze wszystkich pięknych słów żadne nie nadawało się na tę chwilę. Wszystko wydawało się napuszone i nienaturalne. Nasza epoka wyćwiczyła tylko ironizowanie i przekleństwa, własnych wzniosłych słów jeszcze nie wymyśliła.
Staszek pogasił światła i padł na łóżko, choćby się nie rozbierając, by jak najmniej pogiąć narzutę. Nakrył się wełnianym pledem, który znalazł na krześle. Nie spodziewał się, iż zaśnie tak twardo. Obudził się jak w zegarku siódma rano, jak zawsze od lat. Niezawodny organizm nieważne, czy zasnął o północy czy o piątej, i tak wstanie o siódmej na szóstej fali rannego śpiewu ptaków.
Wyszedł po torbę do samochodu. Po drugiej stronie drogi pod płotem stały młode brzózki, zielone niczym dworskie pannice. Słońce już śmiało grzało w ich gałęzie. Staszek przeciągnął się, zaciągnął wiejskim powietrzem i poczuł wdzięczność, iż dorastał, gdzie trzepak wygrywał z komputerami. Z torbą wrócił do domu i podreptał do maminej szafy.
Powoli, z czułością, wyciągał równo złożone ubrania i układał na półkach. Sukienki i bluzki na wieszaki, buty pod spód. Kiedy wszystko było już na miejscu, zrobił krok w tył. W tych ubraniach widział mamę, jej uśmiech zawsze ciepły i tulący. Przesunął dłonią po wieszakach, objął je wszystkie, wciągnął zapach, który był jej… Stał tak, nie wiedząc, co dalej. Dopiero po chwili wrócił do rzeczywistości i sięgnął po telefon.
Dzień dobry, panie Stefan rzucił do szefa. Dzisiaj mnie nie będzie, sprawa rodzinna, bardzo ważna. Dacie sobie radę? Dzięki.
Malwinie napisał SMS: Wybacz wybuch, będę wieczorem. Całuję.
Przy ścieżce w ogrodzie kwitły kwiaty, żółte narcyzy rozkwitły na całego, a tulipany dopiero się otwierały. Staszek nazbierał jednych i drugich, dołożył jeszcze konwalii zza krzaku porzeczek. Wyszedł z tym bukietem a adekwatnie trzema, bo na cmentarzu czekały na niego trzy osoby. W sklepie spożywczym przypomniał sobie, iż nic jeszcze nie jadł, więc kupił mleko, bułkę i czekoladę.
O, Staszek! A cóż znowu tu robisz? spytała pani z kasy.
A, do mamy przyjechałem, wymamrotał, uciekając wzrokiem.
Rozumiem. Może sera twarogowego chcesz? Mam świeżutki, zamawiam od chłopa spod Łowicza. Twoja mama zawsze u mnie brała.
Staszek spojrzał na nią podejrzliwie. Zgrywa się? Nie, po prostu szczera kobieta.
Nie trzeba… Chociaż, w sumie, proszę. A jak pani, pani Irenko, daje sobie radę?
E tam machnęła ręką Lepiej nie pytaj. Mój Serek całkiem się stoczył, wciąż pije…
Śniadanie zjadł na cmentarzu, przed grobami ojca, matki i brata. Położył kolorowe bukiety, każdemu po kawałku czekolady, a mamie jeszcze trochę twarogu. Uśmiechali się do niego z portretów na nagrobkach. Staszek rozmawiał z nimi w myślach.
Przypominał sobie psikusy z bratem.
Pamiętał, jak o świcie chodzili z ojcem na ryby leszcze, szczupaki. Ojciec rzucał wędkę lepiej niż kowboj lasso.
A mama! Jak potrafiła wrzasnąć przez całą wieś: Staszek! Obiad! Głos miała taki, iż pół parafii słyszało. Wtedy mu było wstyd dziś oddałby wszystko, żeby go jeszcze tak zawołała.
Staszek pochylił się, pogładził tymczasowy krzyż na grobie mamy. Czarna, świeża jeszcze ziemia lśniła w słońcu.
Mamusiu, przepraszam… Zaniedbałem cię. Niby każdy żyje osobno, a bez ciebie tak pusto. Tyle rzeczy chciałbym ci powiedzieć i tobie, tato, też. Jakimi byliście cudownymi rodzicami, ile wam zawdzięczam… Jak wyście to wszystko ogarniali? A my z Malwiną samolubni. Ja, ja, dla mnie, moje… Dziękuję wam za wszystko. I tobie, Wiktor, braciszku, dziękuję.
Czas wracać. Staszek ruszył polną drogą, żując młodą trawę spod nogi. Na pierwszej ulicy trafił na Serka, syna pani Ireny. Serek już mocno po spożyciu, wyglądał żałośnie.
E, Stahoo! Znowu przyjechałeś? bełkotał Serek.
No… Do swoich. A ty dalej pijesz?
A jak, jest okazja.
Jaka znowu?
Serek wyciągnął z kieszeni mały kalendarz i przekartkował.
Dzień żółwia! z triumfem ogłosił.
Ta… skrzywił się Staszek. Serek, pamiętaj o matce swojej. Złota kobieta. Nie wieczna. Zapamiętaj to.
I poszedł dalej, zostawiając kolegę w trudnym zamyśleniu. Tamten dopiero po chwili machnął ręką i wymamrotał za nim:
Dobra, dobra… Trzymaj się, Staszek.
No, trzymaj się, odpowiedział Staszek, choćby się nie oglądając.







