Nie waż się dotykać rzeczy mojej mamy — powiedział mąż — Te ubrania należą do mojej mamy. Po co je …

twojacena.pl 4 dni temu

Nie waż się dotykać rzeczy mojej mamy powiedział mąż.

Te ubrania należą do mojej mamy. Po co je zebrałaś? zapytał mąż tonem, jakiego nie znałam.

Wyrzucimy. Po co nam te rzeczy, Przemek? Połowę szafy zajmują, a mi jest potrzebne miejsce na zimowe kołdry i zapasowe poduszki, bo wszystko mamy rozrzucone, nigdzie nie mogę się połapać.

Małgorzata z praktycznym spokojem zdejmowała z wieszaków skromne bluzki, spódnice i lekkie sukienki swojej zmarłej teściowej. Jadwiga Zawadzka zawsze dbała o porządek w swojej garderobie i tego nauczyła również syna. U Małgorzaty w szafach na ogół panowała istna burza co rano przekopywała się przez zawartość półek, narzekała, iż nie ma co na siebie włożyć”, a potem walczyła z pogniecionymi ubraniami żelazkiem wyglądały, jakby przeżuła je krasnoludka.

Minęły dopiero trzy tygodnie odkąd Przemek pożegnał mamę na zawsze. Jadwiga długo walczyła z chorobą, ale rak trzustki w czwartym stadium nie dał wielkich szans. Przemek zabrał ją do siebie do mieszkania. Odeszła szybko, podczas zaledwie miesiąca. Dziś, wracając zmęczony po pracy, Przemek zobaczył jej rzeczy rzucone byle jak na środku korytarza jak śmieci. Stanął jak wryty. Czy to już wszystko? Takie podejście do jego mamy? Wyrzucić i zapomnieć?

Czemu się gapisz na mnie jakbyś zobaczył ducha? odparła Małgorzata, cofając się nieco.

Nie waż się dotykać tych rzeczy warknął przez zaciśnięte zęby Przemek. Serce waliło mu tak mocno, iż aż czuł drętwienie kończyn.

Po co nam te stare graty! wybuchła Małgorzata Muzeum chcesz tu urządzić? Nie ma już twojej mamy, zrozum! Lepiej jakbyś tak o nią dbał, gdy żyła. Może wtedy dowiedziałbyś się, jak poważnie chorowała!

Te słowa uderzyły w niego jak bat.

Odsuń się stąd, póki nie zrobię czegoś, czego pożałuję wykrztusił z trudem.

Małgorzata prychnęła:

Proszę bardzo. Przewrażliwiony

Każdy, kto miał inne zdanie niż ona, automatycznie stawał się według niej wariatem.

Nie zdejmując butów, Przemek przeszedł do przedpokoju, otworzył górne drzwiczki dużej szafy i stając na stołku sięgnął po jedną z kraciastych toreb. Było ich kilka jeszcze po przeprowadzce do mieszkania. Pakował w nią rzeczy po Jadwidze nie wrzucał bezładnie, tylko każdą starannie składał w prostokąty. Na wierzchu znalazła się kurtka mamy i worek z jej butami. Cały czas kręcił się przy nim trzyletni syn Kuba pomagał tacie upchnąć choćby swój zabawkowy traktor. Potem Przemek pogmerał w szufladzie w korytarzu, odnalazł klucz i schował go do kieszeni spodni.

Tata, gdzie idziesz? zapytał chłopczyk.

Przemek gorzko się uśmiechnął, chwytając za klamkę.

Wrócę niedługo, synku, leć do mamy.

Zaczekaj! zmartwiła się Małgorzata, pojawiając się w drzwiach salonu. Wyjeżdżasz? Gdzie? A kolacja?

Dzięki, już się najadłem twoim stosunkiem do mojej mamy.

Przestań się wygłupiać. Rozbieraj się i chodź jeść. Po co robisz aferę o byle co?

Nie zważając na jej słowa, Przemek wyszedł z torbą. Odpalił samochód i ruszył w stronę obwodnicy Warszawy. Jechał szybko, zagłuszając własne myśli szumem drogi. Wszystkie inne sprawy projekty w pracy, plany na urlop czy żartobliwe strony w internecie, które czasem przeglądał, odpłynęły gdzieś daleko. Liczyła się tylko jedna, przejmująca myśl, która nagle, niczym ciężki głaz, zdominowała całą rzeczywistość. Z całego życia niezmienne pozostały tylko dzieci, żona i mama. Przemek sam siebie obwiniał nie dopilnował, nie zdążył, zawsze coś innego było ważniejsze. A ona nie chciała sprawiać kłopotu synowi, zbywała wizyty i rozmowy, a on coraz rzadziej dzwonił, coraz mniej słuchał, rozmowy były krótkie.

Przejechał dużą część trasy, po drodze zatrzymał się na małą przekąskę w barze mlecznym. Potem już bez przerw jechał kolejne godziny. Dopiero gdy na zachodzie niebo przecięły krwawe smugi zachodu, na moment się zamyślił. Późnym wieczorem dotarł do rodzinnej wsi, błądził chwilę po żwirowych uliczkach i w końcu zatrzymał się pod domem mamy. Tu spędził dzieciństwo i młodość.

W ciemności prawie nic nie było widać. Przemek musiał pomóc sobie latarką w telefonie, by otworzyć furtkę. Pięć nieodebranych od żony. Ale dziś nie zamierzał oddzwaniać, niech telefon pozostanie na cichym. Pachniała duszno przekwitająca czeremcha, odbijając się echem w nocy, a jej kwiaty śmiały się do księżyca. W zamglonych szybach odbijało się ciemne niebo. Przemek odnalazł klucz i zapalił światło w sieni.

Przy drzwiach stały domowe kapcie mamy, a przed wejściem do pokoju jej znoszone pantofle z dwoma czerwonymi zającami. To on je przyniósł mamie na urodziny jakieś osiem lat temu. Zawahał się chwilę, patrząc na nie, po czym podszedł do kolejnych drzwi.

Cześć, mamo. Jeszcze liczysz na mój powrót?

Teraz już nikt na niego tu nie czekał.

W domu pachniało starą komodą i piwniczną wilgocią trzeba było regularnie palić w piecu, bo ściany gwałtownie łapały grzyba. Na komodzie leżał grzebień i oszczędna kosmetyczka, obok na wieszaku przezroczysta reklamówka z makaronem Cieniutki makaron tani jak barszcz!. Przemek od razu poznał wersję z Biedronki ulubioną mamy. W salonie nowa kanapa i telewizor, które Przemek kupił mamie przed śmiercią. Pusta lodówka na kuchni wszystko mówiła sama za siebie. W dawnym dziecięcym pokoiku łóżko z górą poduszek pod narzutą, a naprzeciwko szafa.

Kiedyś, za komuny, ten pokój był jego; rodzice spali w większym, a przy ścianie stało łóżko młodszego brata. Było też biurko pod oknem teraz stoi tam maszyna do szycia. Mama uwielbiała szycie i haftowanie. Druga cześć pokoju zajęta została przez szafę, do której mama chowała najważniejsze rzeczy.

Przemek siedział w zupełnej ciszy, wpatrzony w szafę, jakby pojawił się przed nim duch mamy. W pewnym momencie objął głowę dłońmi i pochylił się, twarz opadła na kolana. Jego ramiona zadrżały, zawył cicho. Upadł na śnieżnobiałą narzutę i rozpłakał się.

Płakał, bo nie zdążył jej odpowiedzieć, gdy na ostatnim spotkaniu ściskała jego dłoń. Siedział nad nią milczący, widząc, jak gaśnie, i choćby nie umiał wypowiedzieć tylu potrzebnych słów. Mama szepnęła: Nie patrz tak na mnie, synku Byłam z was dumna. On tymczasem tyle chciał powiedzieć! Podziękować za dzieciństwo, za miłość, za dom i łagodność, za to poczucie bezpieczeństwa za to, co jest fundamentem całego jego życia. Tyle wdzięczności, ale choćby proste dziękuję” okazało się niewyobrażalnie trudne do wypowiedzenia. Słowa wydawały mu się za wielkie, niepasujące do współczesności. Epoka, w której żyje, nie stworzyła języka dla tego, co naprawdę ważne tylko dla cynizmu i obojętności.

Przemek zgasił światło, nie zdejmując ubrania, przykrył się znalezionym na krześle kocem i zasnął szybko. choćby go zaskoczyło, iż tak mocno. Rano jak zawsze obudził się tuż przed siódmą, jakby miał w głowie budzik.

Wyszedł pod dom, odebrać torbę z auta. Po drugiej stronie drewnianego płotu, w szeregu, rosły brzozy w jasnozielonym listowiu, jak druhny wiosny. Na gałęziach rozkwitało słońce. Przemek przystanął na ganku rześko, pachniało wiosną i ptasim śpiewem. Jakże dobrze, iż dorastał tu, a nie wśród miejskich bloków. Rozprostował ciało i wrócił do domu, z torbą do szafy mamy.

Jedno po drugim wyjmował ubrania, starannie je rozkładał na półkach. Część zawiesił na wieszakach, jak uczyła mama. Jej buty ustawił na dnie. Kiedy wszystko było gotowe, odsunął się o krok i spojrzał czy wszystko jest odpowiednio porządne. Wyobraził sobie mamę, jak przymierza te swoje garsonki. Uśmiechała się zawsze tą dobrą, matczyną miną. Przemek przesunął dłonią po rzędzie bluzek, objął je wszystkie, wciągnął znajomy zapach i trwał przez chwilę bez ruchu. Co dalej z tymi rzeczami? Tego nie wiedział. Zasępił się na chwilę, potem wrócił do rzeczywistości i wyjął telefon.

Dzień dobry, panie Henryku. Dzisiaj mnie nie będzie. Rodzinna sprawa. Dacie radę beze mnie? Dzięki.

I do żony napisał: Przepraszam, iż się wściekłem. Będę wieczorem. Buziak.

Wzdłuż ogrodowych ścieżek kwitły kwiaty. Narcyzy już rozwinęły płatki, tulipany dopiero się otwierały. Przemek zerwał jedne i drugie, zabrał też konwalie spod starego krzewu porzeczki. Bukiet wyszedł, powiedzmy, specyficzny. Postanowił podzielić go na trzy części na cmentarzu będą czekać trzy osoby. Wstąpił do sklepu po drodze, przypomniało mu się, iż nie jadł śniadania. Kupił mleko, bułkę, a także tabliczkę czekolady.

O, Przemek! Co, znowu przyjechałeś? zdziwiła się pani Wiesia za ladą.

Tak Do mamy odrzekł cicho.

Wiem, rozumiem. Może chcesz świeżego twarogu? Mam od gospodarza, twoja mama zawsze brała.

Spojrzał na nią zaskoczony. Czy ona sobie żartuje? Nie, taka już prosta kobieta.

Nie, nie trzeba. A adekwatnie może niech pani da. A u pani wszystko w porządku, pani Wiesiu?

Eee tam machnęła ręką Lepiej nie pytaj. Mój Adaś znowu narozrabiał, pije cały czas.

Śniadanie zjadł na cmentarzu, przy grobach. Po kolei ułożył narcyzy, konwalie, tulipany. Brat, ojciec i mama. Brat zginął pierwszy spadł z dachu domu, gdy poprawiał dachówki. Był młody, dwadzieścia lat. Potem pięć lat temu zmarł ojciec. A teraz mama. Przemek podzielił kawałki czekolady i mamie włożył jeszcze kawałeczek twarogu. Uśmiechali się z fotografii na nagrobkach. Przemek myślami rozmawiał z nimi.

Przypomniał sobie wybryki z bratem.

Pamiętał, jak o świcie chodził z tatą na leszcza i szczupaki tata zarzucał wędki jak prawdziwy kowboj.

A mama! Jak krzyknęła przez wieś: Przemuś! Obiad! głos poniósł się po polach. Wstydził się wtedy przed kolegami. Jakby dziś mogła go tak zawołać.

Przemek dotknął ręką krzyża na świeżym grobie mamy. Ciemna ziemia świeciła w słońcu.

Mamusiu, przepraszam Nie przypilnowałem Cię. Niby każdy już dorosły, wszyscy żyliśmy osobno, ale bez Ciebie jest pusto. Tyle chciałem Ci powiedzieć, i Tacie też. Jakimi byliście cudownymi rodzicami, jak bardzo Wam dziękuję Skąd wy to braliście? My z Gosią zupełnie nie umiemy, jesteśmy egocentryczni. Dziękuję Wam za wszystko. I Tobie też, braciszku.

Czas wrócić. Przemek szedł polną dróżką, żując młodą trawę. Na pierwszej ulicy natknął się na Adama, syna pani Wiesi, już pijanego i zaniedbanego.

Oj, Przemek Znowu tutaj? bełkotał Adam.

Tak Byłem u swoich. A ty wciąż pijesz?

A jak! W końcu dziś święto.

Jakie znowu święto?

Adam wyjął z kieszeni ścienny kalendarzyk, przeleciał kartki.

Światowy Dzień Żółwia! odczytał z dumą.

Tia uśmiechnął się krzywo Przemek. Adam Dbaj o swoją mamę. Jest złotą kobietą. I nie będzie wiecznie. Zapamiętaj.

Przemek poszedł dalej, a dawny kolega został w lekkim szoku. Półgłosem mruknął za nim:

Dobra Zdrowia, Przemek.

Do widzenia odpowiedział Przemek, nie oglądając się za siebie.

Idź do oryginalnego materiału