Nie waż się dotykać rzeczy mojej mamy powiedział mąż.
Te ubrania należą do mojej mamy. Czemu je zebrałaś? głos Łukasza zabrzmiał obco i chłodno.
Wyrzucimy je. Po co nam to wszystko, Łukasz? Zajmują pół szafy, a ja muszę gdzieś schować kołdry na zimę i zapasowe poduszki. Przecież wszystko wszędzie się wala odpowiedziała Julia, z wyraźną irytacją. Bez sentymentów zdejmowała z wieszaków skromne swetry, spódnice i sukienki swojej zmarłej teściowej, Zofii. Zofia zawsze troszczyła się o swoje ubrania, dbała, by każdy ciuch był na swoim miejscu. Tego samego nauczyła Łukasza. W szafach Julii panował jednak wieczny chaos: każdego ranka, przeklinając pod nosem, przetrząsała półki, bo przecież nie miała się w co ubrać, a potem sprasowywała zgniecione swetry parownicą, byle jakoś to wyglądało.
Od pogrzebu minęły dopiero trzy tygodnie. Zofia potrzebowała leczenia już raczej bez nadziei i spokoju. Czwarty stadium raka postępował błyskawicznie. Łukasz zabrał mamę do siebie. Odeszła po miesiącu, niespodziewanie szybko. Tego popołudnia, wracając z pracy, Łukasz zobaczył porozrzucane rzeczy mamy rzucone na środek korytarza, jakby były nic nieznaczącymi śmieciami. Serce mu stanęło. Czy to już wszystko? Takie właśnie będzie podejście do jego mamy? Wyrzucone to znaczy zapomniane?
Czego się gapisz na mnie jak sroka w gnat? Julia zrobiła krok w bok.
Nie tykaj tych rzeczy Łukasz syknął przez zaciśnięte zęby. Krew uderzyła mu do głowy tak mocno, iż na moment zdrętwiały mu dłonie.
Ale po co nam te stare graty? Julia przestawała panować nad sobą. Chcesz tu muzeum robić? Twojej mamy już nie ma, pogódź się z tym. Lepiej byś się nią zajmował, kiedy jeszcze żyła, odwiedzał częściej, może wtedy byś wiedział, jak bardzo była chora!
Słowa Julii uderzyły w Łukasza jak bat.
Odejdź, zanim zrobię coś, czego będę żałował wyszeptał drżącym głosem.
Julia wzruszyła ramionami.
No to sobie idź. Wariat…
Dla Julii każdy miał problem ze sobą, jeżeli nie zgadzał się z nią.
Nie ściągając butów, Łukasz przeszedł do szafy na korytarzu, otworzył górne drzwi i, wspiąwszy się na stołek, sięgnął po jedną z kraciastych toreb z lidla. Takich worków było kilka przydały się podczas przeprowadzki. Spokojnie i starannie złożył w nich ubrania Zofii: każde składane z ostrożnością, jakby jego dłonie przez cały czas bały się je uszkodzić. Na wierzchu położył kurtkę mamy i paczkę z jej butami. Mały trzyletni synek kręcił się obok, pomagając tacie, choćby wrzucił do torby swój plastikowy traktor. Na koniec Łukasz przekopał się przez szufladę w przedpokoju, znalazł klucz i wsunął go do kieszeni.
Tata, gdzie idziesz?
Łukasz smutno się uśmiechnął, chwytając za klamkę.
Zaraz wrócę, skarbie, leć do mamy.
Stój! Julia wybiegła z salonu zaniepokojona. Wyjeżdżasz? O tej porze? Obiad będzie zaraz!
Dzięki, wystarczy mi twoje podejście do mojej mamy.
Przestań, o co ta awantura? Rozbieraj się, proszę! Gdzie chcesz jechać wieczorem?
Łukasz nie odwracając się, wyszedł z torbą za drzwi. Wsiadł do samochodu, ruszył ze wspólnego parkingu i skierował się na trasę w stronę Nowołęki pod Łomżą, do rodzinnych stron. Samochód sunął po szosie, a Łukasz nie myślał o pracy ani o letnich planach czy postach z memami, które zwykle przeglądał dla odprężenia. Została tylko jedna, ciężka jak głaz myśl i wszystko inne zbladło w jej świetle. To, co ważne: dzieci, żona, mama. Dławiła go winą za śmierć matki był zbyt zapracowany, ciągle miał coś ważniejszego, zostawiał wizyty na później, rzadziej dzwonił. Ona sama nie chciała go martwić, nie chciała być ciężarem. I tak ich rozmowy stawały się coraz krótsze i rzadsze.
W połowie drogi zatrzymał się na Orlenie, zjadł coś na szybko, a potem jechał już bez przystanków. Tylko raz spojrzał na niebo, gdy nad zachodem popękały czerwone bruzdy jakby słońce resztką sił trzymało się skraju świata. Wjeżdżając w wieczornych ciemnościach do Nowołęki, długo błądził po piaszczystych uliczkach, aż wreszcie zgasił silnik przed dawnym domem. Tam spędził dzieciństwo i młodość.
W ciemności prawie nic nie było widać. Zamek w furtce nie chciał ustąpić, musiał pomóc sobie światłem telefonu. Pięć nieodebranych połączeń od żony. Nie, dziś nie będzie rozmawiał z nikim. Telefon zostawił wyciszony. Czuć było duszny zapach przekwitającej czeremchy, woń białych kwiatów przyciągała nocne ćmy. W oknach odbijało się mętne niebo. Łukasz wszedł do środka, przekręcił klucz, odnalazł przełącznik światła. W korytarzu zapaliła się stara żarówka.
Przy drzwiach stały domowe kapcie mamy te, w których chodziła po podwórku. Przy drzwiach do pokoi leżały jej znoszone, niebieskie pantofle z czerwonymi króliczkami na noskach. Łukasz kupił je jej jeszcze na imieniny osiem lat temu. Zatrzymał się, patrzył na nie chwilę, potem z ciężkim westchnieniem włożył klucz do zamka.
Witaj, mamo, czekałaś na mnie?
Nie, w tym domu już nikt na niego nie czekał.
W powietrzu unosił się zapach starych mebli i lekkiej wilgoci, jakby ciągnęło z piwnicy. Dom gwałtownie łapał wilgoć, więc trzeba było regularnie go ogrzewać, by nie wyszła pleśń. Na komodzie leżała szczotka i niewielki komplet kosmetyków, obok na wieszaku wisiała przezroczysta reklamówka z makaronem produkt polski. W salonie nowością rzucała się w oczy kanapa, którą Łukasz kupił mamie razem z telewizorem. Lodówka w kuchni miała uchylone drzwi, jakby czekała na ten, kto wróci. Pokój mamy, naprzeciwko jej łóżko, sterta poduszek pod śnieżnobiałą narzutą. Łukasz usiadł na brzegu.
Ten pokój kiedyś należał do niego, rodzice spali za ścianą. Przy oknie miał stać brat dzielili przestrzeń i biurko. Teraz tam, gdzie był blat, stoi maszyna do szycia mama uwielbiała haft i szycie. Drugie łóżko zamieniła na szafę, gdzie chowała swoje rzeczy.
Łukasz długo siedział w ciszy, patrząc na szafę, jakby widział duchy. Wbił palce we włosy, zgiął się wpół, z twarzą w kolanach. Całe ciało zaczęło mu drżeć. Opadł na łóżko i zaczął szlochać.
Płakał, iż nie zdążył wtedy nic odpowiedzieć, kiedy w ostatniej chwili ściskała jego dłoń. Siedział przy niej niemy, widząc jak zgasła, a gardło dławiły niewypowiedziane słowa. Szeptała: Nie patrz tak na mnie, Łukasz… Byłam z wami szczęśliwa. Tak chciał jej podziękować! Za dzieciństwo, za dom, za spokój, za tę wyspę bezpieczeństwa, na którą zawsze można się schronić… Za miejsce, gdzie zawsze czekają, kochają, wybaczają, choćby człowiek popełnił tysiąc błędów.
A on siedział nieruchomo jak marmur. Dlaczego w takich chwilach słowa są tak bezsilne? Wszystko, co przychodziło do głowy, brzmiało tak pompatycznie, przestarzale, nieprzystająco do czasów, w których przyszło żyć. Dziś łatwiej użyć przekleństw niż znaleźć czułe wyznanie.
Łukasz zgasił światło, położył się w ubraniu, by jak najmniej zmiąć łóżko mamy, nakrył się wełnianym kocem, który wygrzebał ze stołka i odleciał. Obudził się o siódmej, mimo nocy spędzonej w podróży. Ciało cudowna machina! Kiedy by nie zasnął, zawsze potrafił wstać punktualnie jakby przez cały czas szykował się do pracy.
Wyszedł do samochodu po torbę. Za drewnianym płotem, naprzeciwko domu, rządziły brzozy błyszczące soczystą zielenią, młode, filuterne, jak druhny wiosny. Na ich liściach igrały pierwsze promienie słońca. Oddychał głęboko, napawając się zapachem wsi, jakby chciał chłonąć dzieciństwo. Miał szczęście, iż wychował się tutaj, nie pośród miejskich bloków.
Wrócił z torbą do domu, otworzył szafę mamy i zaczął rozkładać jej ubrania jedno po drugim, starannie jak ona, wieszając każdą bluzkę, każdą sukienkę na wieszaku. Buty ułożył na dole. Kiedy wszystko już było jak należy, odsunął się o krok i spojrzał… Jakby mama stała tuż przed szafą w każdej z tych sukienek. Uśmiechała się, ciepło, matczynym uśmiechem. Łukasz przejechał dłonią po wieszakach, objął ubrania ramionami, wdzięczny, iż ktoś tak go kochał… Stał tak, nie mogąc się ruszyć, nie wiedząc, co zrobić dalej. Wreszcie znalazł telefon.
Panie Marianie, dziś mnie nie będzie w pracy. Sprawa rodzinna, bardzo pilna. Poradzicie sobie, prawda? Dzięki.
Do żony napisał: Wybacz, iż wybuchłem. Wrócę wieczorem. Ściskam.
Zaszedł jeszcze do ogródka. Narcyzy już przekwitały, tulipany właśnie się otwierały, zerwał kilka konwalii z końca rabaty. Uzbierał trzy bukiety brat, tata, mama czekają na niego na cmentarzu. Wstępując do sklepu, przypomniał sobie, iż nie jadł jeszcze śniadania. Kupił mleko, bułkę, a na deser czekoladę.
O, Łukasz! Znowu ty u nas? zagadnęła sprzedawczyni, pani Wiesia.
Tak… Przyjechałem do mamy odpowiedział, spuszczając wzrok.
Rozumiem. A przyda ci się bundz? Świeży, jak dawniej. Twoja mama zawsze u mnie brała.
Łukasz zadrżał. Zadrwiła z niego? Nie, prosta kobieta.
Daj pani, wezmę… A jak tam u pani, ciociu Wisiu?
Ech, szkoda gadać, synek mój do niczego, tylko się szwenda…
Na cmentarzu zjadł śniadanie przy ich grobach. Ułożył bukiety narcyzy, konwalie, tulipany. Brat zginął pierwszy spadł z dachu podczas remontu. Dwudziestoletni i tyle. Pięć lat później odszedł ojciec. Teraz mama. Położył im kawałki czekolady, a mamie jeszcze plasterek bundzu. Uśmiechali się do niego z nagrobkowych zdjęć. Łukasz rozmawiał z nimi w myślach.
Przypomniały mu się szelmostwa z bratem, poranne wyprawy z ojcem na ryby, machanie wędką jak kijem kowboja. Mama, która wołała na całe podwórko: Łuuukasz! Obiad! jak wstydził się wtedy przed kolegami! A dziś by dał wszystko, by jeszcze raz to usłyszeć.
Łukasz pogładził mokry, nie osiadły jeszcze grób mamy, czarną ziemię oświetloną słońcem.
Mamusiu, wybacz… Zaniedbałem cię. Niby żyliśmy osobno, a bez ciebie tak pusto… Tyle chciałbym wam teraz powiedzieć i tobie, tata, też. Byliście najlepsi, kocham was… Jak wy to robiliście? A my ja z Julią tylko o sobie. Ja, moje, dla mnie… Dziękuję wam za wszystko. I tobie, bracie, też.
Czas było wracać. Polną ścieżką szedł, żując młode źdźbła trawy. Na pierwszej ulicy trafił na Piotrka, syna pani Wiesi już nieźle wstawionego i zaniedbanego.
O, Łuki! Ty tu jeszcze? zabełkotał Piotrek.
Tak, byłem u swoich. Ty dalej pijesz?
A jak! Święto dzisiaj przecież.
Jakie znowu?
Piotrek wyciągnął z kieszeni szortów kartkę od kalendarza: chwycił na chybił-trafił.
Międzynarodowy Dzień Żółwia! wyrecytował z dumą.
Taa… Łukasz wzruszył się z przekąsem. Pilnuj matki, Piotrek. Dobra kobieta. Ale nie wieczna. Pamiętaj.
I poszedł dalej, zostawiając starego znajomego zaskoczonego i skonsternowanego. Ten dopiero po chwili wybełkotał za nim:
Dobra Zdrowia, Łukasz.
Trzymaj się, Piotrek odparł Łukasz, nie oglądając się za siebie.






