Nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy za mąż – opowieść o losie, rodzinie i poszukiwaniu szczęścia w polskiej rzeczywistości: historia Wery z „babskim królestwem”, przeprowadzka z mazowieckiej wsi do miasta, rozczarowania miłosne, praca w restauracji, szkoła życia i wierność sobie aż po kres

newsempire24.com 2 godzin temu

Nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy

Życie to trudna droga i od przeznaczenia nie uciekniemy. Każdy ma swój los i swoją prawdę życiową. Weronika wychowywała się w rodzinie, gdzie rządziły kobiety. Trudno to było nazwać królestwem, bo mieszkały po prostu we własnym, niewielkim domu pod Opolem. Ogród, drwa do pieca, woda ze studni, zwierzęta i końca pracy nie było widać.

Babcia Felicja od dawna mieszkała na wsi sama wcześnie została wdową. Jej córka Marianna też była samotna mąż ją zostawił, gdy Weronika miała zaledwie dwa lata. Tak więc w ich domu rządziły kobiety. Od małego Weronika umiała doić krowę, plewić grządki, a z czasem nauczyła się też gotować proste wiejskie potrawy.

Felicja miała już dobre sześćdziesiąt lat, kiedy pewnego dnia wróciła zmęczona z gospodarstwa i westchnęła:

Mania, córciu, wszystko mi już obrzydło

Mama, co się stało? zapytała zaraz Marianna, a w salonie pojawiła się też Weronika.

No i co? Mam dość harówki, noszenia węgla i grzebania w oborniku. Czy nie mamy prawa do normalnego życia? mówiła, kładąc na kolanach swoje spracowane ręce.

I co zamierzasz, mamo?

Sprzedajmy ten dom, wyjedźmy do miasta. Trochę pieniędzy przez życie odłożyłam, kupimy w Opolu mieszkanie.

Babciu, ja się zgadzam! podskakiwała radośnie Weronika. Ja chcę do miasta, naprawdę chcę!

Tak zrobiły. Felicja miała w Opolu starszego brata, Stanisława, i zatrzymały się na początku u niego.

Damy wam na początek pokój. Jak znajdziecie mieszkanie, przeprowadzicie się starała się o nie ciotka Irena.

Rodzina przyjęła ich życzliwie. Marianna zaczęła od razu szukać mieszkania, pomagał jej też Stanisław. Wreszcie udało się i przeprowadziły się do bloku.

Przydałby się remont, ale całe oszczędności zeszły na to lokum… martwiła się Felicja.

Jakoś damy radę, mamo uspokajała ją Marianna. Znalazłam pracę w piekarni, jutro zaczynam pierwszy dzień. Musimy zapisać Weronikę do szkoły jeszcze półtora miesiąca i wakacje się kończą. Tu niedaleko jest szkoła, będę codziennie przechodzić obok, idąc do pracy.

Dobrze, moja złota, pójdziemy z Werą do szkoły, ty teraz nie będziesz mieć czasu skwitowała Felicja.

Weronikę przyjęto do szóstej klasy, bardzo się cieszyła, iż szkoła jest niedaleko.

Babciu, chcę się uczyć w miejskiej szkole! Obiecuję, iż będę się starać zapewniała.

Po pierwszym dniu w piekarni Marianna wróciła do domu, a matka oznajmiła jej:

Przyjęli mnie jako woźną do szkoły, gdzie Wera będzie się uczyć. Pracować muszę, przyda się każda złotówka.

Mamo, mogłabyś już odpoczywać, masz emeryturę.

Nie, córciu, póki mam zdrowie, wolę trochę popracować i mieć oko na Weronikę, ona pozostało nowa…

Mijały tygodnie. Felicja pracowała w szkole jako woźna. Zmęczona, ale zadowolona. Marianna też miała dobrą pracę, a Weronika uczyła się przeciętnie.

Po ósmej klasie Weronika zrezygnowała ze szkoły i zdecydowała się pomóc mamie i babci. Zrozumiała, iż trzeba pracować. Gdy przechodziła obok restauracji, zobaczyła ogłoszenie potrzebna zmywająca. Bez zastanowienia weszła i od razu dostała pracę.

Weronika była sumienna, pomagała też kucharkom obierała ziemniaki, podmieniała szefową kuchni, mieszała zupy. Po pracy chodziła z koleżankami na tańce do miejskiego klubu.

Mamo, idę na tańce, wrócę później.

Werciu, uważaj na chłopaków, nie wierz im przestrzegała babcia. Myśl głową!

No już, babciu, nie jestem dzieckiem!

Na zabawie poznała Anatola. Zaprosił ją do tańca, potem już nie odstępował na krok.

Odprowadzę cię do domu powiedział stanowczo. Nie mogła odmówić.

Zaczęli się spotykać, a niedługo Anatol oznajmił:

Werka, idę do wojska. Będziesz na mnie czekać? Będę pisał listy, odpisuj!

Dobrze, obiecuję! Weronika się uśmiechnęła.

Pożegnała Anatola na PKP, listy pisała pilnie na każdy odpowiadała. Anatol obiecał, iż przyjedzie na urlop za rok. Weronika czekała niecierpliwie. W końcu przyszedł ten dzień.

Cześć, Weronika, jeszcze nie wychodzisz za mąż? żartował Anatol.

Czekam, przecież obiecałam!

Ale Anatol był zdystansowany, unikał spojrzenia, mówił jakoś chłodno. Wyjechał. Później listy już nie przychodziły.

Wracał z wojska, ale choćby jej nie powiadomił. Weronika czekała na nim na placu do tańców nie pojawiał się. W końcu na spacerze z koleżankami zagadnęła:

Co się stało z Anatolem? Powinien już być, a ja choćby nie wiem, gdzie mieszka…

Werka, lepiej daj sobie spokój. Twój Anatol już się ożenił w wojsku i przywiózł żonę tutaj odparła jedna. Zapomnij o nim.

Weronika zmartwiła się, rozczarowana.

Czekałam, a on nie…

Po pewnym czasie spotkała Anatola przypadkiem w parku.

Cześć, Werka przepraszam. Popełniłem błąd. Cały czas o tobie myślę. Żony nie kocham, musiałem się ożenić, bo spodziewa się dziecka… Brakuje mi ciebie…

Weronika spojrzała mu w oczy:

A czego ty ode mnie chcesz? Żebym cię spotykała, a ty w domu z żoną? Nie! Okłamałeś mnie! Żyj z tą, którą wybrałeś. Bądź szczęśliwy, Anatolu! klepnęła go po ramieniu i odeszła.

Weronika dalej pracowała w restauracji. Dyrektor, widząc jej zapał, zaproponował:

Weronika, jesteś zdolna w kuchni. Wyślemy cię na kurs dla kucharzy, potem zostaniesz kucharką!

Naprawdę? Zgadzam się, bardzo lubię gotować!

I tak Weronika, modnie ubrana, pojechała pierwszy raz samodzielnie do dużego miasta na szkolenie. Była zdenerwowana. W tym czasie obok na peronie rozbrzmiewała gitara chłopaki żegnali kolegę wracającego z wojska.

Nagle jeden z nich w mundurze podszedł:

Cześć, poznajmy się! Ja jestem Jurek. A ty?

Weronika odparła.

Czekasz na pociąg? spytał, a ona kiwnęła głową.

Pociąg podjechał, chłopak pobiegł do kolegów.

Co za dziwak, po co mu moje imię pomyślała, wsiadając do wagonu.

Po chwili jednak ten sam Jurek ją odnalazł.

O, tu jesteś! Przeszedłem przez wszystkie wagony, a jednak znalazłem. Czasu mamy mało, ale chcę zapisać adres. Wróciłem na urlop z wojska i od razu się zauroczyłem Wymieńmy się adresami, będziemy pisać! Zgoda? A dokąd adekwatnie jedziesz?

Na kurs kucharski odpowiedziała nieco zaskoczona.

Całą drogę rozmawiali o życiu, zapisali adresy, pożegnali się. Weronika nie robiła sobie wielkich nadziei bała się powtórki historii z Anatolem. Ale Jurek był sympatyczny, nie rzucał pustych słów, listy pisało się łatwo.

Babcia Felicja zawsze powtarzała: nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy przypominała sobie Weronika. Nie liczyła, iż z Jurkiem coś się uda.

Przez rok pisali do siebie. Jurek wrócił z wojska i od razu przybiegł ją odwiedzić. Weronika miała wtedy akurat wolne. Oboje się ucieszyli czuła, iż można na nim polegać.

Czas mijał. Byli małżeństwem, Weronika gotowała w restauracji, Jurek pracował w fabryce. Ceniła porządek, w domu zawsze było czysto i poukładane, dwaj synowie bliźniacy chodzili do przedszkola zadbani i schludni.

Jedynie z mężem stale walczyła o porządek. Jurek zostawiał swoje narzędzia tam, gdzie popadnie, rzeczy rozrzucone wszędzie. Weronika ganiła go, zbierała po nim, aż w końcu zrozumiała:

Trzeba inaczej, trochę kobiecego uroku, trochę sprytu

Zaczęła łagodniej go przekonywać, okazywać więcej cierpliwości, aż w końcu Jurek sam już zostawiał robocze ubrania w ganku, narzędzia chował do garażu, podwórko zamiatał, choćby w szopie był porządek. Weronika była dumna.

Mimo słów babci tego spotkałam i za tego wyszłam! myślała.

Żyli szczęśliwie przez wiele lat. Pewnego dnia Jurek wracał z pracy i nie dotarł do domu. Zmarł na chodniku, niespodziewanie, serce nie wytrzymało. Weronika długo rozpaczała.

Została sama jak jej babcia Felicja i matka Marianna. Teraz Weronika też żyje samotnie, dzieci i wnuki ją odwiedzają. Taki los od przeznaczenia nie uciekniemy.

Idź do oryginalnego materiału