Właściwie, to nie wiadomo, jak on to zrobił, ale dotarł na przystanek. Zszedł po schodach i wyszedł odpowiednimi schodami w górę. Stał tak, jak inni podróżni. Poruszał się ich poruszeniem, na pewno kierował się też słuchem, choć w tak gęsto uczęszczanym miejscu w godzinie szczytu, to naprawdę trzeba umieć podzielić dźwięki na te istotne, zmierzające we właściwym kierunku i te, które należy wyrzucić z pola zainteresowań. Segregacja w tak krótkim okresie czasu, już sama w sobie jest wyzwaniem.
Proszę spróbuj sam/a być przez chwilę jak on. Stań w tłumie, zamknij oczy i mając po jednej stronie ryk silników, po drugiej też, naokoło – rozmowy prowadzone na rozmaite tematy, często w kilku językach, dzieci coś tam głośno komentujące, tramwaj który ma jakiś numer, jedzie w prawo albo w lewo. Jest chodnik, są walizki, bo to są okolice dworca głównego, psy na długich smyczach, popychający się dla zgrywu nastolatkowie, osoby zapatrzone w telefony, zamknięci w świecie muzyki, na słuchawkach istni dj-e… to wszystko, a choćby więcej ulokowało się obok ciebie, a ty masz tylko minutę, może mniej na reakcję, na wejście tam, gdzie trzeba. Musisz znaleźć drzwi i poręcz, drzwi i poręcz… poręcz i drzwi. Wchodzisz, kolebiąc się jak pijak, szukając oparcia w tych wszystkich dźwiękach, zapachach… i nie szukając go jednocześnie, bo przecież uczono cię, iż trzeba być samodzielnym… a co to znaczy być samodzielnym? No co dla ciebie znaczy bycie samodzielnym, kiedy jesteś obok takiej osoby?
No więc wszedł do tramwaju. Jednego człowieka wymacał laską, drugiego. Ktoś mu zwolnił miejsce, ale zapomniał, iż ten oto obdarowany możliwością przycupnięcia, nie ma pojęcia o tym, iż czeka na niego owo dobrodziejstwo. Przechodzi dalej, kolejni ludzie wstają w porywie serca, ale żaden z nich, tych tak głośno mówiących w towarzystwie, żaden z ustępujących nie mówi, nie zaprasza go na wolne krzesełko. Kilka osób się na niego skrzywiło, bo łazi i nie zajmuje miejsca, a każdy się przesuwa, bo on ma laskę, bo wymaga uwagi. W końcu dotarł do miejsca, jakie jak mniema upolował sobie, bo było wolne… wolne, a nie zwolnione… tak musi myśleć, skoro nikt się do niego nie odezwał… milczący tramwaj pełen ludzi jedzie, dla niego milczący, a dla siebie rozmowny. Ów człowiek na pewno liczył przystanki, a może słyszał jak z głośnika miły głos oznajmiał, gdzie akurat dojeżdża tramwaj linii siedemnaście.
Przyznam, iż zapomniałam już o nim, jechałam dalej, jak cała reszta ludzi, obok dwie ukraińskie nastolatki coś tam rozprawiały o włosach, pani w okularach właśnie zbierała się do wyjścia, więc odsunęłam się trochę, żeby ją przepuścić, a ten pan z laską, o dziwo czarną, znów się pojawił za moimi plecami. Obejrzałam się. Jedno oko miał przymknięte, drugie mu dziwnie odpływało. Dwa razy próbował stwierdzić czym są moje nogi, a metr dalej, drzwi wyjściowe już były otwarte, ostatni podróżni wysiadali, i ta cisza. Nic tylko się wyrwać. To się wyrwałam.
– Pan tu wysiada?
– Tak – szepnął, nieśmiało skinąwszy głową
– Wyjście pozostało kawałek dalej – odpowiedziałam i delikatnie przesunęłam go w kierunku wyjścia.
To było trudne, bo naraz zdałam sobie sprawę, iż nie mam żadnych narzędzi oprócz dłoni, a to tak nieładnie dotykać obcych ludzi, może sobie nie życzy, może mnie źle zrozumie, może… jeju, nie dam rady – pomyślałam, nie dam rady wśród tych znieczulonych ludzi, sama z tym człowiekiem. Na szczęście ta wysiadająca kobieta w okularach, która poprzednio nie potrafiła mu powiedzieć, iż zwalnia dla niego miejsce, okazała się nareszcie rozumieć, iż ten pan może i nie widzi, a może niedowidzi, ale na pewno słyszy. Chyba chciała pomóc lepiej niż poprzednio, zrobiła drugie podejście i podjęła za mną temat.
– Wysiada pan? – zapytała stojąc już na ostatnich stopniach schodów tramwajowych – znów skinął głową.
Nie był zbyt waleczny, sam chyba nie poprosiłby o pomoc, a tak wspólnymi siłami wyprowadziłyśmy go z pojazdu, ja delikatnie go nakierowując, ona biorąc go za rękę i pomagając mu zejść.
Dziwne to doświadczenie, zobaczyć jak wielu ludzi nie ma pojęcia o tym jak pomóc, choćby jeżeli mają chęci, to coś się w nich blokuje. Ja tą swoją „wielką gębę” czasami otwieram i tak sobie myślę, iż to mama mnie tego nauczyła, ona zawsze pomagała takim ludziom… hmm. Kiedyś nie uważałam tego za jakiś szczególny wyczyn, dziś zobaczyłam, iż to jednak coś dużego umieć komuś w taki prosty sposób pomóc. Poczułam się w tym tłumie jakaś inna, ale ta moja inność nie była zła.