Wrocław, koniec listopada. Za oknem kuchennym ciemno, choć dopiero minęła piąta po południu. Na parapecie usiadła wrona i dziobie coś, czego nie widać. Mieszkam na trzecim piętrze przy ulicy Jedności Narodowej, w kamienicy, gdzie winda działa co drugi dzień. Tego dnia akurat nie działała.
Teściowa, Krystyna, stała nad stołem i liczyła moje gołąbki, jakby to były puste butelki do zwrotu.
— Jeszcze z sześćdziesiąt by się przydało — powiedziała, choćby na mnie nie patrząc. — Obiecałam wszystkim sto pięćdziesiąt.
— To nie ja obiecałam — odpowiedziałam, wycierając ręce w ścierkę. — Ja już nie robię ani jednego więcej.
Parsknęła.
— Nie bądź śmieszna, Aneta. To przecież urodziny mojego brata. Siedemdziesiątka to raz w życiu.
Zaczął się zwykły cyrk. Gdybym miała złotówkę za każdy raz, kiedy słyszałam „będzie skromnie”, „tylko najbliżsi”, „każdy coś przyniesie” — nie stałabym teraz w tej kuchni, tylko gdzieś nad morzem.
A było tak: trzy tygodnie wcześniej Krystyna wpadła do nas w niedzielę po kościele. Płaszcz w kratę, w ręku ciasto z cukierni przy placu Bema, które zawsze kupuje, żeby nie przychodzić z pustymi rękami.
— U mnie się nie zmieścimy — oznajmiła, zdejmując buty. — Może być u was? Proszę, Anetko, ty masz taki duży salon.
Zapytałam, ilu gości.
— Dwanaście, najwyżej czternaście osób. Sami swoi.
Zgodziłam się. Bo co miałam zrobić. Mąż, Marek, patrzył na mnie tym wzrokiem, który znaczy „nie rób afery, to moja mama”.
Marek i ja jesteśmy razem dwanaście lat. Remont mieszkania, kredyt we frankach, który przez cztery lata nie dawał nam spać, dwoje dzieci. Przez ten czas urządziliśmy w tym salonie chyba z piętnaście rodzinnych imprez. Za każdym razem kończyło się tak samo: ja przy garach, oni przy stole.
Trzy dni przed imprezą Marek wrócił z pracy i od progu powiedział:
— Anetka, musimy dokupić alkohol.
— Mamy dwa kartony — przypomniałam mu.
— No właśnie. To za mało.
Odłożył klucze na szafkę, która się kiwa, i wtedy zrozumiałam, iż coś się zmieniło.
— Marek. Ilu ludzi przyjdzie?
Zaczął grzebać w telefonie, udając, iż sprawdza wiadomości.
— No… trochę się lista rozrosła.
— Na ile?
— Nie wiem dokładnie.
— Marek.
— Dwadzieścia siedem. Matka dzwoniła do kuzynów z Ostrowa i z Kłodzka. Wiesz, jaka ona jest.
Znałam. Krystyna potrafi zaprosić na cudze mieszkanie pół wsi, z której pochodzi, i jeszcze dołożyć sąsiadów, bo „jakoś im głupio odmówić”.
Wtedy powiedziałam jasno:
— Ja dla dwudziestu siedmiu osób sama gotować nie będę.
— Nie musisz. Ja ci pomogę.
Uwierzyłam. Bo niby czemu nie. Dwanaście lat razem.
W dniu imprezy wstałam o piątej czterdzieści. O szóstej Marek wyszedł po lód, bo „zabrakło”. Wrócił po dwóch godzinach. Potem musiał ustawić stoły. Potem pojechał do sąsiada po krzesła. Potem dzwonił ktoś, komu trzeba było tłumaczyć drogę, bo nawigacja go zawiodła pod Wrocławiem i stał gdzieś w okolicach Psiego Pola.
Ja robiłam wszystko. Śledzie w oleju, sałatkę jarzynową, pieczeń, bigos, ciasto. I te gołąbki.
Krystyna zjawiła się przed dwunastą. Nie gotować. Kontrolować.
— Połóż tę tacę na tamtej. — Chleb się kończy. — Nie za mało śmietany do mizerii? — Uważaj, żeby mięso nie wyschło.
W pewnym momencie podałam jej miskę z liśćmi kapusty.
— Skoro już tu jesteś, pomóż mi zawijać.
— Teraz nie mogę. Muszę przypilnować, żeby chłopaki dobrze ustawili stoły.
I zniknęła.
Teraz była prawie piąta i Krystyna stała nade mną, niezadowolona, iż gołąbków jest tylko dziewięćdziesiąt cztery. Policzona co do jednego — sama je układała w garnku, żeby sprawdzić.
— Dlaczego akurat sto pięćdziesiąt? — zapytałam.
— Bo tak powiedziałam rodzinie.
— Powiedziałaś rodzinie, ile gołąbków zrobię?
— No… każdy wie, jakie robisz. Marek zawsze się nimi chwali.
— Więc obiecałaś w moim imieniu sto pięćdziesiąt?
Westchnęła teatralnie.
— Aneta, nie przesadzaj. To tylko gołąbki. Jeszcze jedna miska i po sprawie.
— Nie.
Spojrzała na mnie, jakbym powiedziała, iż wychodzę z domu w kapciach.
— Jak to nie?
— Nie będę robić ani jednego więcej.
Wtedy do kuchni wszedł Marek.
— Co tu się dzieje? Goście zaczynają się schodzić.
Krystyna natychmiast mu doniosła:
— Twoja żona mówi, iż koniec gołąbków.
Marek popatrzył na stół. Wszystko rozłożone: liście, farsz, pusta blacha.
— Przecież masz tego pełno — powiedział. — Kilka jeszcze i starczy.
— Dziewięćdziesiąt cztery — poprawiłam go. — Zostało pięćdziesiąt sześć. Kto je zrobi?
— No… my? — powiedział i położył mi rękę na ramieniu.
Zrzuciłam ją.
— Kto stał w tej kuchni od piątej rano? — zapytałam. — Kto lepił te wszystkie pierogi, choć na liście miało ich nie być? Kto obrał trzy kilo ziemniaków, bo twoja matka zadzwoniła, iż „ludzie będą głodni”?
Cisza.
Krystyna przewróciła oczami.
— Znowu zaczynasz liczyć.
— A co, mam nie liczyć? Ktoś musi.
Wtedy stuknęła szpilka w przedpokoju. Ktoś zadzwonił do drzwi. Z salonu dobiegły głosy: „Sto lat!” — ktoś fałszował. Krystyna zerknęła w tamtą stronę.
— No dobra, Anetka — powiedziała tonem, jakim mówi się do dziecka, które nie chce zjeść obiadu. — Ubierz ładną bluzkę i wstaw jeszcze jeden garnek. Będziesz miała święty spokój.
To zdanie. „Będziesz miała święty spokój”. Jakby chodziło o pokój, a nie o to, iż od dwunastu lat jestem zapleczem tego teatru. Nie złościłam się już nawet. Byłam zmęczona w ten sposób, w który nie pomaga kawa ani sen.
Odwiązałam fartuch. Wolno, żeby zobaczyli. Marek zrobił krok w moją stronę.
— Anetka, co ty wyprawiasz.
Podałam mu fartuch.
— Trzymaj.
— Po co?
— Nadaje się. W sam raz. W pasie regulowany.
Krystyna wyglądała, jakby miała zemdleć.
— Kto dokończy gołąbki?
Wskazałam na stół, na farsz, na liście.
— Ty. Albo twój syn. Albo ci wszyscy kuzyni z Ostrowa. Goście wasi, obietnica wasza, sto pięćdziesiąt gołąbków wasze.
— A ty gdzie idziesz? — zapytał Marek, wciąż trzymając fartuch w ręce.
Przeszłam obok nich, otworzyłam drzwi od kuchni. W salonie siedziało już może piętnaście osób. Ktoś zdejmował płaszcz. Ktoś ściskał Krystynę, choć jej tam nie było. Pachniało perfumami i kapustą z bigosu.
Odwróciłam się w progu i uśmiechnęłam.
— Jestem gościem. Ty tyle o tym mówiłeś, to teraz masz swoją imprezę.
W salonie zrobiło się cicho. Nie całkiem — ktoś w telewizorze krzyczał z meczu, bo nie wyłączono od rana. Ale ci bliżej kuchni zamilkli.
Marek stał z tym fartuchem, cały czerwony. Krystyna złapała go za łokieć.
— Zobaczysz, za dziesięć minut wróci — syknęła, ale tak, żeby wszyscy słyszeli.
Nie wróciłam.
Nie od razu w każdym razie. Podeszłam do wieszaka, zdjęłam kurtkę. Ktoś z gości zapytał: „A co z ciastem?”. Odpowiedziałam, iż stoi na kredensie, trzeba tylko rozdzielić. Potem znalazłam w przedpokoju buty, włożyłam je powoli, jakby miały się przydać na długim spacerze. I wyszłam.
Zeszłam po schodach. Winda dalej nie działała. Na dole, przy drzwiach wejściowych, stała sąsiadka z siatką z Biedronki i patrzyła na mnie, jakby wiedziała więcej, niż powinna.
Poszłam w stronę Odry. Listopadowe powietrze — wilgotne, ostre. Nad rzeką paliły się pierwsze lampy. Na bulwarze minęłam gościa z psem. Pies stanął, żeby obwąchać moją kurtkę. W kieszeni znalazłam garść drobniaków i jeden zapomniany kasztan, który syn wkładał mi tam dwa miesiące temu. Zacisnęłam go w dłoni.
Nie planowałam, dokąd idę. Minęłam most Piaskowy, potem chyba Młyński. Wszystko wyglądało inaczej niż zwykle, jakby miasto po ciemku było zrobione z tektury.
Wróciłam po niecałej godzinie. Nie dlatego, iż mi przeszło. Po prostu zrobiło się chłodno, a w kurtce miała dziurę w lewej kieszeni, więc drobne dzwoniły mi o kolano.
Przed bramą stał Marek. Czekał. W dłoni wciąż trzymał mój fartuch. Zmięty, z mokrymi plamami.
— Cały czas tu stoisz? — zapytałam.
— Gdzie byłaś?
— Na spacerze.
— Aneta, wejdź. Ludzie pytają, gdzie jesteś.
— Niech pytają.
— Matka płacze.
Wtedy zrobiło mi się go prawie żal. Ale tylko prawie. Bo znowu chodziło o nią. O to, co ludzie powiedzą. O to, iż ktoś zobaczył mnie bez uśmiechu i zaraz obgada.
— Marek — powiedziałam spokojnie. — Policzmy. Od piątej rano do teraz minęło dwanaście godzin. Ile z nich spędziłeś w kuchni?
Milczał.
— Twoja matka obiecała ludziom moje gołąbki. Twoja matka rozszerzyła listę o trzynaście osób. Twoja matka powiedziała, iż to będzie czternaście osób, a teraz w salonie siedzi dwadzieścia siedem.
— No i? — odparł, bo tylko tyle mu zostało.
— No i ja dzisiaj gotowałam ostatni raz. Nie uroczystość, nie niedziela, nie imieniny. Koniec.
Chrząknął.
— Chyba nie chcesz powiedzieć, iż już nigdy…
— Chcę. I mówię.
Potem zrobiliśmy tak: ja weszłam do mieszkania, on za mną, a w salonie zapadła cisza, taka, jakby ktoś wyłączył telewizor. Krystyna siedziała na fotelu pod oknem, w ręku trzymała kieliszek, ale nie piła. Wszyscy patrzyli na mnie.
Podeszłam do kredensu. Na środku stała taca z gołąbkami. Obok leżały sztućce. Zdjęłam z talerza jeden gołąbek, włożyłam go na mały talerzyk i zaniosłam do stołu.
— Smacznego — powiedziałam i usiadłam na wolnym krześle między jakąś starszą kobietą w fioletowym swetrze a mężczyzną, który trzymał pod stołem reklamówkę z butelką.
Nie wiem, jak długo trwała cisza. Może pół minuty. Potem ktoś zakasłał, ktoś stuknął łyżeczką o szklankę, ktoś się roześmiał. I jakoś się porobiło. Krystyna dalej siedziała sztywno. Marek kręcił się między kuchnią a salonem, donosił chleb, którego zapomniał pokroić.
Koło dwudziestej pierwszej goście zaczęli się zbierać. Część przyszła się pożegnać. Podawali rękę. Starsza kobieta w fioletowym swetrze powiedziała mi na odchodne:
— Pani Aneto, te gołąbki są naprawdę dobre.
Zostawiła mi na stoliku telefon, bo chciała, żebym jej przepisała przepis. Zapisałam go na kartce z bloczku, który leżał pod korkociągiem. Kiedy skończyła, złożyła kartkę na cztery i schowała do torebki, a ja po raz pierwszy tego dnia pomyślałam, iż może nie wszystko jest zepsute.
Po imprezie Krystyna powiedziała tylko: „Dobrze się stało? Zadowolona?”. Nie odpowiedziałam.
Marek zmywał do pierwszej w nocy. Ja poszłam spać.
Minął tydzień. Krystyna próbowała zaprosić nas na obiad w niedzielę. Nie poszłam. Wysłałam Marka z dziećmi.
Minął miesiąc. Krystyna zadzwoniła z tekstem, iż na Boże Narodzenie „będzie skromnie — tylko my i dzieci”. Nie odebrałam. Odpisałam SMS-em: „Może być u was. Ja nie gotuję”.
Okazało się to największym problemem. Nie to, iż coś powiedziałam. Tylko to, iż nikt inny nie umiał zrobić ciasta z makiem tak jak ja. Ani uszek. Ani karpia, żeby nie cuchnął. Ani kutii, którą Krystyna uważała za „tę swoją”.
W Wigilię siedziałam u teściowej na kanapie jak gość. Bez fartucha, bez obierania ziemniaków, bez kręcenia się między kuchnią a stołem. Sąsiadka z naprzeciwka, która wpadała na chwilę jak co roku, zapytała, kto gotował. Krystyna nabrała powietrza i powiedziała: „Zamówiliśmy catering”. Zauważyłam, iż w rogu kartonu, w którym dostarczono pierogi, dalej była naklejka z ceną: czterysta osiemdziesiąt złotych. Krystyna zapłaciła za Wigilię. Nie chciała, ale zapłaciła.
Pod koniec wieczoru znalazł mnie w sypialni Marek. Usiadł na brzegu łóżka.
— Nie wiedziałem, iż to dla ciebie takie ważne — powiedział.
— Wiedziałeś. Po prostu ci się nie chciało.
— I co teraz?
— Teraz — powiedziałam — gotuję, kiedy chcę. I dla kogo chcę.
Nie dodałam nic więcej. Patrzyłam w okno. Na parapecie za firanką leżały tekturowe gwiazdki, które dzieci wycięły w sobotę. Jedna miała urwany jeden wierzchołek.
Na Trzech Króli Krystyna zorganizowała obiad u siebie. Pierwszy raz od lat nie znalazł się w nim ani jeden mój garnek. Drugi raz z rzędu zamówiła jedzenie, tym razem schab ze śliwką i pieczone ziemniaki. Podała wszystko na talerzach, które przywiozła kiedyś z wczasów w Zakopanem. Zauważyłam, iż jednego nie domyła. Na brzegu było coś brązowego, może resztka sosu. Oblizała palec i wytarła rant.
W połowie obiadu Krystyna odłożyła widelec.
— No dobrze — powiedziała do stołu, choć patrzyła na mnie. — Musimy porozmawiać o tym, jak się dzielimy kuchnią na święta.
Nikt nie odpowiedział. Marek trzymał w ręku kromkę chleba i udawał, iż szuka biletu wstępu na cmentarz. Dzieci kopały się pod stołem.
— Może tak: ty bierzesz główne dania, ja ciasta? — zaproponowała, jakby to był kompromis, na który łaskawie przystaje.
Pokiwałam głową.
— W ten sposób mnie nie potrzebujecie.
— Nie o to chodzi — zaprzeczyła.
— O to.
I wtedy powiedziałam jej to, co dopiero w tamtej chwili ułożyło mi się w głowie.
— Krystyno. Ja dwanaście lat gotowałam wam święta. Za darmo, z uśmiechem, bez pytania, czy mi się chce. Przez dwanaście lat ani razu nie zapytałaś, co ja adekwatnie lubię. Może karpia w ogóle nie znoszę.
Spojrzała na mnie, jakby naprawdę pierwszy raz przyszło jej to do głowy.
— No… a co lubisz? — zapytała cicho.
Wzięłam z półmiska ziemniaka i odstawiłam widelec.
— Sernik — powiedziałam. — Z rodzynkami i brzoskwiniową galaretką. I lubię, jak mi się nie liczy, ile czego ma być.
Dwa tygodnie później, w niedzielę, Krystyna przyszła do nas bez zapowiedzi. W ręku niosła nowy wałek do ciasta.
— Dla ciebie — powiedziała, kładąc go na stole w kuchni.
Spojrzałam na nią bez słowa.
— Żeby ci się lepiej pracowało — dodała. — Jak będziesz robić tego sernika.
Zostawiła wałek i poszła do dzieci. Wałek dalej leży w szufladzie, tam gdzie trzymam ścierki. Czasem robię sernik. Czasem nie. Teraz to już moja decyzja, z ilu jajek i dla kogo.
Marek czasem siada w kuchni, kiedy gotuję. Nie pomaga, ale siedzi. Kiedyś zapytałam, po co tu jest. Powiedział, iż „żeby nie uciekło mu to, co najważniejsze”. Ja tam wiem swoje: zapach kapusty go przyciąga.
A na drzwiach kuchni wciąż wisi mój fartuch. Ten z plamą od barszczu, której niczym nie zeszło. Marek go nie rusza. Może czeka, aż sięgnę po niego sama. Nie sięgam. I w tym roku na Wielkanoc zamówimy żurek z cukierni przy placu Bema. Wszyscy się złożyliśmy. Krystyna też — dała sześćdziesiąt złotych i powiedziała, iż jej starczy za pracę. Wyszło jej dokładnie po złotówce za miesiąc, którego nie gotowała. Za dwanaście lat. Za gołąbki, których nikt nigdy nie policzy, chociaż każdy je jadł.







