Wychowujesz z niego słabeusza
Po co zapisałaś go do szkoły muzycznej?
Pani Lucyna Szczepańska przeszła obok mnie w przedpokoju, zdejmując po drodze rękawiczki.
Dzień dobry, pani Lucyno. Proszę wejść, naprawdę cieszę się, iż pani przyszła.
Sarkazm wyparował w powietrzu, nie trafiając do adresatki. Teściowa rzuciła rękawiczki na szafkę, odwróciła się do mnie:
Pawełek do mnie dzwonił. Cały rozpromieniony mówi: będę grał na pianinie! A co to ma być? On ci dziewczynką jest?
Zamknąłem drzwi wejściowe, powoli, uważnie, żeby nie wybuchnąć i nie wrzasnąć na cały dom.
To znaczy, iż wasz wnuk będzie się uczył muzyki. Bardzo go to cieszy.
Cieszy! prychnęła jakby właśnie palnąłem największą głupotę pod słońcem. On ma sześć lat, sam nie wie, co lubi. Ty masz go prowadzić. Chłopak, dziedzic, mój wnuk a kogo z niego robisz?
Weszła do kuchni, nacisnęła guzik czajnika z miną gospodyni na swoich włościach. Poszedłem za nią, zaciskając szczęki tak mocno, iż aż mnie rozbolały.
Chcę, żeby był szczęśliwy.
Wychowujesz z niego mięczaka! odwróciła się, ręce na biodrach. Lepiej byś go na piłkę nożną zapisała! Albo na zapasy! Niech rośnie na faceta, a nie jakiegoś pianistę!
Oparłem się o framugę. Policzylem do pięciu. Nie pomogło.
To Paweł sam chciał. Sam prosił. Uwielbia muzykę.
Uwielbia, phi! machnęła ręką. Andrzej w jego wieku biegał na podwórku z chłopakami, grał w hokeja na betonie! A twój czym się zajmie? Gamy będzie ćwiczył? Co za wstyd!
Coś we mnie pękło. Odepchnąłem się od framugi i podszedłem bliżej.
Już skończyła pani?
Nie, nie skończyłam! Od dawna chciałam ci powiedzieć
A ja od dawna wam chciałem powiedzieć mój ton obniżył się do szeptu. Paweł jest moim synem. MOIM. I sam zdecyduję, jak go wychowywać. Proszę się nie wtrącać.
Pani Lucyna się zaczerwieniła.
Jak ty się do mnie odzywasz?!
Proszę wyjść.
Co?
Przeszedłem do przedpokoju, zdjąłem z wieszaka jej płaszcz i wcisnąłem jej w ręce.
Proszę wyjść z mojego domu.
Wyrzucasz mnie?! Mnie?!
Otworzyłem drzwi. Chwyciłem ją za łokieć i wyprowadziłem na klatkę schodową. Szarpnęła się, próbowała wyrwać, ale nie ustąpiłem. Wreszcie znalazła się za progiem.
Jeszcze zobaczysz! odwróciła się, twarz wykrzywiona złością. Nie pozwolę ci zrujnować mojego jedynego wnuka!
Do widzenia, pani Lucyno.
Andrzej się dowie! Wszystko mu opowiem!
Zatrzasnąłem drzwi. Oparłem się plecami i długo wypuszczałem powietrze.
Za drzwiami przez chwilę słychać było krzyki, potem tupot schodów w dół, w końcu cisza. Dwie minuty później usiadłem na kanapie.
Doprowadziła mnie do granic. Ciągłe zaczepki, dobre rady, wykłady co wybierać, jak żywić, w co ubierać. Andrzej problemu nie widział. Mama chce dobrze, Ma doświadczenie, To nic nie kosztuje posłuchać. Uwielbiał ją, każde słowo dla niego było święte. A ja musiałem znosić to wszystko dzień po dniu, wizytę za wizytą.
Tylko, iż nie tym razem.
Wrócił z pracy około ósmej. Usłyszałem klik zamka i od razu wiedziałem mama już zdążyła zadzwonić. Po tym, jak rzucił kluczami na szafkę. Po tym, jak ciężko przeszedł do kuchni, nie zaglądając do pokoju, gdzie Pawełek oglądał bajki.
Paweł, syneczku, posiedź tutaj przykucnąłem przy synu, nałożyłem mu duże słuchawki, włączyłem na tablecie ulubiony serial o robotach. Pogadam z tatą.
Synek kiwnął głową, zatopił się w ekran. Zamknąłem drzwi i poszedłem do kuchni.
Andrzej stał przy oknie, ramiona skrzyżowane. choćby się nie odwrócił.
Wyrzuciłeś moją mamę za drzwi.
Nie pytał. Stwierdził.
Poprosiłem, żeby wyszła.
Wyrzuciłeś ją! odwrócił się, szczęki mu chodziły. Dwie godziny płakała do słuchawki! Dwie godziny, Marcin!
Usiadłem przy stole. Nogi bolały po całym dniu w pracy, a teraz jeszcze to.
Nie przeszkadza ci, iż ona mnie obraziła?
Zaciął się na moment. Potem machnął ręką.
Martwi się o wnuka. Co w tym złego?
Nazwała naszego syna słabeuszem i mięczakiem. Naszego, Andrzej. Sześciolatka.
No, może przesadziła, ale trochę ma racji, Marcin. Chłopcu sport potrzebny. Zespół, charakter…
Patrzyłem mu w oczy długo, aż odwrócił wzrok.
Mnie w dzieciństwie zmuszali do gimnastyki. Mama postanowiła będziesz sportowcem, i koniec. Pięć lat, Andrzej. Pięć lat płakałem przed każdym treningiem. Rozciągałem się do bólu, chudłem od wysiłku, błagałem, by przestać.
Milczał.
Do dziś nie mogę patrzeć na sale gimnastyczne. I nie chcę, by mój syn przechodził to samo. Jak sam zechce grać w piłkę proszę bardzo. Ale tylko jeżeli SAM będzie chciał. Nigdy na siłę.
Mama chce dobrze
Niech sobie sama urodzi syna i wychowuje, jak jej się podoba wstałem od stołu. Ale do Pawła już się nie wtrąci. Tobie też nie pozwolę, jeżeli jesteś po jej stronie.
Zadrżał, jakby chciał coś powiedzieć, ale już wyszedłem z kuchni.
Resztę wieczoru nie rozmawialiśmy. Położyłem Pawła spać, potem długo siedziałem w ciemności, słuchając jego spokojnego oddechu.
Dwa następne dni przebiegły w cichej atmosferze. Potem, jakby od niechcenia zażartował przy kolacji, uśmiechnąłem się powoli lody zaczęły topnieć. W piątek rozmawialiśmy po ludzku, choć temat teściowej omijaliśmy szerokim łukiem.
W sobotę obudziłem się nagle. Przez chwilę leżałem, mrużąc oczy na budzik ósma rano. Zdecydowanie za wcześnie jak na weekend. Andrzej jeszcze spał, Paweł pewnie też.
Dlaczego się obudziłem?
I wtedy usłyszałem metaliczny dźwięk w przedpokoju. Przekręcenie zamka.
Serce zabiło mi mocno, pomyślałem o złodziejach. Chwyciłem telefon i na palcach wyszedłem do korytarza.
Drzwi wejściowe się otworzyły.
W progu stała pani Lucyna, pęk kluczy w dłoni, na twarzy zwycięska mina.
Dzień dobry, zięciu.
Stałem boso na zimnych płytkach, w rozciągniętej koszulce i spodniach od piżamy, a ona patrzyła na mnie z wyższością, jakby miała pełne prawo wejść do cudzego domu w sobotni poranek.
Skąd pani ma klucze?
Pani Lucyna pomachała pękiem kluczy przed moim nosem.
Andrzej mi dał. Dwa dni temu przywiózł, mówił: mama, wybacz jej, nie chciała cię urazić. Tak właśnie przepraszał za twoje wybryki.
Mrugnąłem raz, drugi, próbując poukładać w głowie to, co słyszę.
Co pani tu robi o tej porze?
Po wnuka przyszłam już rozbierała płaszcz. Pawełku, zbieraj się! Babcia cię zapisała na piłkę nożną, dziś pierwszy trening!
Zalała mnie złość. Gorąca, duszna, taka iż aż wzrok miałem zamglony. Odwróciłem się i pobiegłem do sypialni.
Andrzej leżał bokiem, udając iż śpi widziałem w napięciu jego ramion pod kołdrą.
Wstawaj!
Marcin, daj mi spokój
Zdjąłem z niego kołdrę, złapałem za rękę i wyciągnąłem do salonu. Szarpał się, ale nie puściłem.
Pani Lucyna już rozsiadła się na kanapie, przeglądając czasopismo.
Dałeś jej klucze zatrzymałem się na środku salonu, wciąż trzymając Andrzeja za nadgarstek. Do mojej kawalerki.
Milczał, wiercił się.
To jest moje mieszkanie, Andrzej. Kupiłem je przed ślubem, za własne pieniądze. Jak mogłeś dać matce klucze do mojego domu?
Ojej, ależ drobiazgowy jesteś! teściowa odłożyła gazetę. Moje, nie moje Tylko o sobie potrafisz myśleć! A Andrzej pomyślał o synu, stąd klucze żebym mogła normalnie widywać wnuka, skoro mi nie pozwalasz wejść.
Proszę się zamknąć!
Teściowa aż zaniemówiła z oburzenia, ale ja patrzyłem tylko na Andrzeja.
Paweł nie pójdzie na żaden trening. Dopóki sam nie zechce.
Nie ty o tym decydujesz! podniosła się. Jesteś tu tylko chwilowo! Myślisz, iż jesteś niezastąpiony? Andrzej cię trzyma tylko dla syna!
Zapadła cisza.
Odwróciłem się w stronę Andrzeja. Stał z głową spuszczoną. Nic.
Andrzej?
Nie powiedział ani jednego słowa w mojej obronie. Ani jednego.
Dobrze powiedziałem cicho, nagle spokojny, zimny. Chwilowy. I właśnie się kończy. Zabierajcie sobie syna, pani Lucyno. Andrzej nie będzie już moim mężem.
Nie śmiesz! pobladła. Nie masz prawa!
Andrzej patrzyłem mu w oczy. Masz pół godziny. Spakuj rzeczy i wyjdź. Albo wystawię cię w piżamie wszystko mi jedno.
Marcin, proszę, porozmawiajmy
Już rozmawialiśmy.
Odwróciłem się do teściowej i uśmiechnąłem z krzywym grymasem.
Klucze proszę zachować. Dziś wymienię zamki.
…Rozwód trwał cztery miesiące. Andrzej próbował wracać, dzwonił, pisał, zjawiał się z kwiatami. Lucyna groziła sądem, odebraniem praw, kontaktami u notariusza. Zatrudniłem dobrego adwokata i przestałem odbierać telefony.
Dwa lata minęły w mgnieniu oka
Sala koncertowa szkoły muzycznej tętniła życiem. Siedziałem w trzecim rzędzie, ściskając program. Paweł Szczepański, 8 lat. Beethoven, Oda do radości.
Syn wszedł na scenę poważny, skupiony, w białej koszuli i czarnych spodniach. Usiadł przy fortepianie, położył palce na klawiszach.
Pierwsze dźwięki rozlały się po sali, a ja straciłem oddech.
Mój chłopak grał utwory Beethovena. Sam poprosił o szkołę muzyczną, sam ćwiczył godzinami, sam wybrał ten utwór na występ.
Gdy wybrzmiał ostatni akord, sala wybuchła brawami. Paweł wstał, ukłonił się, odnalazł mnie wzrokiem i uśmiechnął się szeroko, radośnie.
Klaskałem razem z wszystkimi, a łzy płynęły mi po policzkach.
Zrobiłem dobrze. Postawiłem dziecko ponad wszystko ponad cudze opinie, ponad małżeństwo, ponad własny lęk przed samotnością.
Nauczyłem się, co powinien zrobić ojciec. I nigdy nie żałowałem tej decyzji.













