A ile twój były płaci ci alimentów?
Barbara zakrztusiła się herbatą. Pytanie przyszło znienacka, zupełnie jakby ktoś rzucił w nią śnieżką w środku lata. Niby nic strasznego, a jednak nieprzyjemnie.
Pani Helena Grzegorzewska siedziała naprzeciw i czekała na odpowiedź. Między nimi na stole stygnął szarlotka, którą Barbara specjalnie upiekła na przyjazd teściowej. To przecież Helena lubiła szarlotkę najbardziej. Teraz jednak wydawało się to całkiem bez znaczenia.
Radzimy sobie spróbowała się uśmiechnąć Barbara, ale jej usta jakby przywarły do twarzy.
Nie o to pytałam.
To dość osobista sprawa…
Helena odsunęła filiżankę, złożyła dłonie na obrusie. Paznokcie miała elegancko pomalowane na beżowo, a palce wystukiwały nerwowy rytm na kwiecistej serwetce.
Basiu, pytam nie z ciekawości. Staś w tym roku poszedł do szkoły, prawda?
Barbara skinęła głową, choć wyraźnie wiedziała już, do czego teściowa zmierza. adekwatnie rozumiała doskonale, choć nie chciała tego przyznać.
Mundurek, podręczniki, tornister. Zajęcia dodatkowe, świetlica… Wszystko kosztuje, i to niemało Helena wyliczała na palcach. Wydatków przybyło?
Przybyło przyznała cicho Barbara.
To kto na to wszystko wydaje więcej? Ojciec Stasia czy mój Marek?
Nad kuchnią zawisła ciężka, lepka cisza. Za oknem zatrąbił samochód, z wyższego piętra doleciał dziecięcy śmiech, a tu, w tej niewielkiej kuchni z zasłonkami szytymi własnoręcznie przez Barbarę zeszłej wiosny, powietrze gęstniało.
Barbara chrząknęła.
Radzimy sobie powtórzyła szeptem, a brzmiało to marnie. Marek nie narzeka.
Pani Helena prychnęła krótko, sucho, niemal jak kot, któremu ktoś nadepnął na ogon.
Pewnie, iż nie narzeka. Jest cierpliwy po ojcu. Wstała, poprawiła wełniany sweter. Ale wygląda na to, iż mój syn utrzymuje was wszystkich. I ciebie, i twojego Stasia.
Pani Heleno…
Lecz teściowa już szła do przedpokoju. Barbara ruszyła za nią, zagubiona, niepewna, co powiedzieć, jak się bronić. I czy w ogóle musi się tłumaczyć? Przecież są rodziną. Marek sam chciał, sam proponował…
Pani Helena zarzuciła na ramiona płaszcz, sprawdziła zawartość torebki. Zatrzymała się, a w jej spojrzeniu była tylko zmęczona troska i coś jeszcze, dla czego Barbara nie potrafiła znaleźć nazwy.
Rozejrzyj się za jakąś pracą, Basiu odezwała się łagodniej. Nie po to syna wychowałam, żeby miał utrzymywać nie swoje dziecko.
Drzwi zamknęły się cicho.
Barbara została w przedpokoju, patrząc na wycieraczkę z napisem Witaj w domu.
Minął dzień. Wieczorem mieszkanie zapełniło się zwykłymi dźwiękami: Staś układał klocki w pokoju, Marek krzątał się po kuchni, grzejąc kolację. Zwykły wieczór zwyczajnej rodziny. Ale Barbarze wciąż nie dawała spokoju popołudniowa rozmowa. Słowa teściowej powracały w myślach jak zacięta piosenka.
Poczekała, aż Staś zaśnie, żeby móc zostać z Markiem sam na sam przy kuchennym stole. Mąż czytał wiadomości na tablecie, pił herbatę, wyglądał tak spokojnie i domowo w rozciągniętym podkoszulku, iż Barbarze zrobiło się żal zaczynać rozmowę. Ale musiała.
Marku czy ciebie to wszystko nie denerwuje? Myślisz czasem, iż za dużo wydajesz na Stasia?
Marek uniósł brwi i spojrzał na żonę.
Basiu, co ty znów?
Tak tylko pytam.
Odłożył tablet, obrócił się do niej całym ciałem, szczerze zdziwiony, aż Barbarze zrobiło się wstyd, iż zadała to pytanie.
Staś to mój syn powiedział po prostu. To nie ważne, co jest w dokumentach. Wychowuję go, kocham, to jedyne, co się liczy. O jakich wydatkach mówisz? Nie rozumiem
Barbara kiwnęła głową i spróbowała się uśmiechnąć to były przecież słowa, których pragnęła usłyszeć. Jednak gdzieś głęboko zagnieździł się chłodny robaczek. Słowa teściowej, niesprawiedliwe i bolesne, nagle zaczęły ważyć coraz więcej, wręcz paliły, jak drzazga pod paznokciem.
Pół roku później…
Barbara siedziała na brzegu wanny, patrząc niewierząco na dwie kreski na teście ciążowym. Oboje z Markiem tańczyli po korytarzu, gdy mu pokazała wynik, niczym dzieci. Staś podskakiwał i pytał, o co chodzi, a gdy dowiedział się, iż będzie starszym bratem, zażądał siostrzyczki i od razu obiecał nauczyć ją budować z klocków.
Ciąża minęła gwałtownie i bez problemów. W marcu urodziła się Zosia malutka, pomarszczona, z oczami po Marku i nosem po Barbarze. Staś dotrzymał obietnicy godzinami siedział przy łóżeczku, pilnując snu siostry i uciszając wszystkich wokoło.
Barbara marzyła, iż teraz wszystko się ułoży. Że pani Helena zobaczy wnuczkę, zmięknie, zaakceptuje ich rodzinę taką, jaka jest. Myliła się.
Teściowa odwiedziła ich dwa tygodnie po powrocie ze szpitala. Zosia spała, Staś był w szkole, a oni we trójkę siedzieli przy kuchennym stole.
Helena odstawiła filiżankę.
Basiu, jesteś teraz na urlopie macierzyńskim, prawda? zaczęła. Więc dochód w rodzinie się zmniejszył, a wydatki na Stasia nie. Jak zamierzasz sobie z tym poradzić?
Barbara zamarła, czując ogromną pustkę w środku.
Może powinnaś zadzwonić do ojca Stasia kontynuowała Helena, nie zwracając uwagi na bladą jak ściana Barbarę. Niech płaci więcej. To jego obowiązek, nie Marka. Twój mąż nie musi was utrzymywać…
Nagle Marek uderzył dłonią w stół tak, iż filiżanki podskoczyły, a łyżeczka z brzękiem spadła na kafelki.
Mamo powiedział twardo, głosem, jakiego Barbara nigdy w nim nie słyszała dosyć.
Helena uniosła podbródek, zacięła usta, gotowa wojować, jak generał, który nie przywykł do klęsk.
Troszczę się tylko o ciebie i Zosię! jej głos drżał od żalu. Czy to zbrodnia? Jestem matką, mam prawo martwić się o syna!
O co się martwić? Że jestem szczęśliwy? Że mam rodzinę?
O to, iż wydajesz pieniądze i życie na nie swoje dziecko! wybuchnęła Helena. Przecież masz własną córkę! A przez cały czas utrzymujesz… tego.
Barbara skuliła się na krześle. Tego jej Staś, który tak kochał Marka, który mówił do niego Tato, który rysował mu laurki na każde święta.
Staś to mój syn wypowiedział twardo Marek. Nie interesuje mnie, co jest w papierach. Wychowuję go, kocham, jest dla mnie tak samo istotny jak Zosia. Jesteśmy rodziną, mamo. I jeżeli nie potrafisz tego zaakceptować, to już twój problem.
Helena zerwała się z krzesła tak gwałtownie, iż odsunęło się pod lodówkę.
Niszczysz sobie życie! wrzasnęła, jej głos przeszedł w pisk. Po co ci to wszystko? Przecież nie po to cię wychowałam!
Z dziecięcego pokoju dobiegł płacz najpierw cichy, potem coraz głośniejszy. Zosia obudziła się przez krzyki.
Barbara pobiegła po córkę, zostawiając za sobą kuchnię, teściową i męża, który coś jeszcze odpowiadał, ale ona nie słyszała żadnych słów. Otuliła Zosię, przytuliła do piersi, bujała, szeptała coś kojącego.
Gdzieś w mieszkaniu huknęły drzwi wejściowe i ściany, wydawało się, drżą razem z Barbarą.
Zapadła cisza.
Zosia powoli się uspokajała, wtulona w mamę. Barbara stała w dziecięcym pokoju, bojąc się poruszyć, spojrzeć za siebie, nie wiedząc, co będzie dalej.
Cicho skrzypnęły drzwi. Marek wszedł ostrożnie, zmęczony, ale spokojny. Przytulił żonę i córkę, obejmując je ramionami, trwali tak w milczeniu.
Mama jest trudnym człowiekiem powiedział cicho w końcu, całując Barbarę we włosy. Ale nie pozwolę jej już psuć ci nastroju. Przez jakiś czas nie przyjdzie z wizytą.
Barbara spojrzała na męża, a w oczach kręciły jej się łzy. Skinęła głową, nie mogąc wydobyć głosu.
Poradzili sobie. Ich mała rodzina przetrwała.








