Nie potrzebuję sparaliżowanej… powiedziała synowa i wyszła…
Lecz choćby nie przypuszczała, co mogło się wydarzyć później
W jednej wsi, gdzieś pod Płockiem, mieszkał zwykły starzec, który w weekendy lubił trochę podnieść kieliszek wódki. Marzył o jednym: mieć psa, i to nie byle jakiego, ale rasowego owczarka środkowoazjatyckiego. Gotów był jechać do końca Polski, byleby kupić takiego psa i przywieźć go do swojego domu.
Na staruszka mówiono Denisiak tak go wszyscy nazywali, nie wiadomo czy od imienia, czy od nazwiska. Nigdy nikogo nie poprawiał. Denisiak po pracy w ogrodzie siadał na starej ławce przed chałupą i wspominał dawne czasy. Często młodzież gromadziła się przy nim, by posłuchać opowieści, jak to we wsi niegdyś bywało.
Żona Denisiaka Bronisława odeszła już dawno. Chorowała na serce. Lekarze kategorycznie zabronili jej rodzić, ale ona bardzo pragnęła dziecka. Urodziła syna, ale jej zdrowie całkiem się załamało. Denisiak bardzo kochał Bronisławę, wszystko dla niej robił w domu, choćby paczki z mlekiem ze sklepu nie pozwalał jej nosić. Nie możesz! mówił. Lekarze zabronili!
Sam opiekował się dzieckiem, gotował obiady. Bronisława wyrzucała sobie:
Wstyd byś mi oszczędził! Kobiety przecież się śmieją nic w domu nie robię, wszystko na chłopach!
A kobiety nie śmiały się, ale zazdrościły:
Bronka! Oddaj nam swojego Denisiaka na jeden dzień w dzierżawę, chociaż przez chwilę pożyć twoim życiem!
Ona tylko im się uśmiechała. I z takim uśmiechem odeszła z tego świata. Denisiak znalazł ją rano zimną płakał jak bóbr przez trzy dni, potem zajął się synem.
Chłopak miał wtedy czternasty rok życia trudny wiek. Po służbie wojskowej gwałtownie się ożenił i został tam, gdzie służył. Tak Denisiak został zupełnie sam, ale nie narzekał lubił pogadać z młodzieżą na ławce.
U syna narodziła się córka wnuczka, na którą wciąż czekał w odwiedziny, ale nigdy się nie doczekał wiecznie to praca, to sprawy, to znów coś innego. Wnuczkę widywał tylko na zdjęciach.
Pewnego dnia wieś zauważyła, iż Denisiak chodzi ponury jak chmura, nie żartuje, na ławce nie siada. Zaczęli podpytywać i w końcu wyszło: otrzymał telegram, w którym synowa informowała, iż mieli wypadek samochodowy. Wnuczka trafiła w ciężkim stanie do szpitala, a syn zginął.
O nieszczęście, o bieda! litowali się wszyscy, ale cóż można powiedzieć, co by naprawdę pomogło?…
Przyjmował kondolencje, ale lżej mu nie było. Syn to strata nieodwracalna, ale jeszcze bardziej żal mu było wnuczki. Leżała w szpitalu, młoda dziewczyna, lat piętnaście, nieprzytomna, na granicy życia i śmierci. Całą duszę miał w bólu.
Najgorsze synowa przestała się odzywać. Nie pisała listów, nie odbierała telefonu, nie odpowiadała na telegramy. Jak dowiedzieć się, co z wnuczką?… Choć nigdy jej nie widział na żywo kochał ją nie mniej. Na zdjęciach wyglądała jak Bronisława w młodości.
Już miał jechać do miasta, gdzie syn mieszkał, gdy, tuż przed wyjazdem, pod dom podjechał samochód. Z auta wyszła kobieta synowa. Za nią wnieśli nosze, na których leżała wnuczka. Dosłownie rzucili dziewczynę na kanapę i wyszli.
Jest sparaliżowana od stóp do głowy. Nie chcę takiej córki. Ja jeszcze wyjdę za mąż i urodzę sobie zdrowe dziecko! stwierdziła synowa.
Ale ja nie jestem lekarzem! zdążył tylko powiedzieć Denisiak.
Lekarz niepotrzebny. Oni jej nie pomogą. Potrzebuje opiekunki. Jak nie chcecie się męczyć, to ją zakopcie żywcem, bo ja swojego życia nie zamierzam sobie psuć. Nie jestem jej niańką! wykrzyczała i trzasnęła drzwiami.
To chyba nie jesteś jej matką! krzyczał za nią Denisiak.
Wtedy zrozumiał, czemu syn nie przyjeżdżał z rodziną w odwiedziny. Z taką żoną tylko kłócić się można na targu, a nie po domach jeździć. Jak mógł syn wpakować się w taką awanturnicę? Teraz już nie spyta. Gdyby wiedział, iż żona od córki się odwróci, pewnie w grobie by się przewrócił. Tak zostali we dwójkę Denisiak i wnuczka.
Dziewczyna naprawdę była całkowicie sparaliżowana, ale Denisiak nie był nowicjuszem w opiece nad chorymi. Teraz miał w życiu nowy cel uzdrowić wnuczkę.
Lekarze ją skreślili, wypisali ze szpitala, nie pojmowali nawet, jak przeżyła wypadek. Zostały tylko zioła i medycyna ludowa. Wiejskiej zielarki nie było, najbliższa mieszkała daleko chorego dziecka by tam nie zawiózł, a ona do domu nie wychodziła, bo już bardzo stara. Co robić nie wiedział…
Co tydzień jeździł do tej zielarki, dostawał zioła i nalewki dla dziewczyny. Tym ją kurował. Ponad rok minął, a ona wciąż nie mogła ruszyć ręką, nogą leżała jak klocek pod kołdrą. choćby mówić nie była w stanie, tylko mruczała niewyraźnie.
Czasem Denisiak zauważał, jak po policzku dziewczyny płynęła łza. W takich chwilach serce mu pękało. Myślał, iż tęskni za matką i ojcem. Długie godziny rozmawiał z wnuczką, czytał jej książki, ale odpowiedzi nie otrzymywał. Im obu było ciężko.
I tak pewnego wieczoru wydarzyło się coś niespodziewanego. Gdy siedział przy łóżku chorej wnuczki, do domu wpadła pijana banda młodych ludzi. Okazało się, iż Denisiak zapomniał zamknąć drzwi. Wracali z zabawy zobaczyli światło w oknie. Wiedzieli, iż mieszka tam sparaliżowana dziewczyna. Ktoś wymyślił, żeby wejść i rozbawić się, bo przecież nie będzie się bronić. Pchnęli drzwi, a one się otworzyły.
A no dziadku! Zdejmuj kołdrę z wnuczki i rozstaw nogi! Teraz losujemy, kto pierwszy… wymądrzał się najbardziej pijany.
Darujcie! Przecież ma zaledwie 15 lat! zawołał starzec.
Czekajcie, tylko zęby wypłuczę! powiedział Denisiak i pognał do kuchni, otworzył drzwi do piwnicy i krzyknął: Brać go!
Z piwnicy natychmiast wyskoczył ogromny owczarek środkowoazjatycki, Azor. Zaczął łapać bandytów za spodnie! Temu głównemu prawie odgryzł, co miał najważniejsze, innym porwał kiecki na pupach. Uciekali z gołymi zadkami przez całą wieś, śmiał się lud, a Azor gonił ich aż po granice wsi.
Denisiak wrócił do pokoju, a tam wnuczka siedzi na łóżku i krzyczy przez okno:
Azor! Azor! Dziadku, trzymaj go, żeby nie uciekł!…
Wtedy wzruszył się, łzy mu po oczach poleciały. Od tej chwili dziewczyna zaczęła dochodzić do siebie. niedługo zaczęła chodzić. Czy to zioła pomogły, czy szok z powodu psa trudno powiedzieć, ale paplała bez ustanku, jakby nadrabiała stracony czas milczenia.
A skąd wziął się pies? Otóż Azor mieszkał u syna Denisiaka, a gdy wydarzyła się tragedia i gospodarz zmarł, wyrodna synowa pozbyła się i córki, i psa. Przywiozła psa razem z dziewczyną, tylko starcowi nic nie powiedziała. Gdy synowa opuściła dom Denisiaka, ten poszedł zamknąć bramę, patrzy, a przy bramie siedzi pies wychudzony, zmarnowany, w oczach żal jak u chorej krowy, aż łzy leciały. Denisiak nie wiedział nawet, iż syn miał psa. Nie mógł go wygnać przygarnął.
Pies wiernie służył starcowi, a gdy tamte łobuzy wpadli, siedział w piwnicy, bo lato było gorące i Denisiak trzymał Azora tam, żeby się nie męczył. Wieczorem go wypuszczał, ale tamtego dnia nie zdążył. Gdyby Azor był w domu nikt by się nie odważył wejść.
Wnuczka opowiedziała potem, iż kiedy płakała, łzy spływały po jej policzkach, bo tęskniła za psem. Dziadek trzymał go w podwórzu, do pokoju nie wpuszczał, a ona nie mogła mu powiedzieć, jak bardzo za nim tęskniła.
Azor, przegoniwszy bandytów, wrócił do domu i z euforią wylizał twarz swojej małej pani. Też za nią bardzo się stęsknił. Tak właśnie zamieszkali we trójkę: Denisiak, wnuczka i Azor. O matce dziewczyny już nigdy nic nie słyszeli.








