Nie otwieraj!

twojacena.pl 2 godzin temu

**Nie otwieraj**

Stałam przy oknie, dłonią przytulona do szyby, i patrzyłam, jak woźny Stasiek zgrabia ostatnie żółte liście. Październik był wyjątkowo deszczowy, a w moim sercu panowała ta sama szarość i wilgoć.

— Mamo, znowu stoisz przy oknie? — do pokoju weszła Ewa, moja córka, już niemłoda, pod czterdziestkę. — Herbaty się napijesz?

— Napiję — odparłam, nie odwrócona. — Ewuniu, a co to stuka w naszej spiżarni? Wczoraj wieczorem słyszałam, dziś rano znowu.

Ewa zmarszczyła brwi, postawiła czajnik na kuchence.

— Pewnie mysz. Albo stare rury. Mamo, nie wymyślaj. Dom stoi od lat sześćdziesiątych, wszystko tu skrzypi i puka.

— Nie, to nie mysz. Mysz inaczej szeleści, a tu wyraźne stukanie. Jakby ktoś od środka. — Odwróciłam się do córki. — Może zajrzymy?

— Mamo, przecież wczoraj sprawdzaliśmy! Tam są stare rzeczy, narzędzia po tacie, słoiki z ogórkami. Nic więcej. Po prostu jesteś zdenerwowana po szpitalu.

Westchnęłam ciężko. Miesiąc temu trafiłam do szpitala z sercem, a teraz Ewa kręci się wokół mnie jak kwoka, boi się zostawić samą. Wyprowadziła się z swojego mieszkania, wzięła urlop. A ja czuję się jak balast.

— Ewciu, może wrócisz do domu? Czuję się już lepiej. A poza tym, twój Krzysiek tęskni.

— Krzysiek przeżyje. Ale jeżeli coś ci się stanie, nigdy sobie tego nie wybaczę — Ewa zalała wrzątkiem fusy, podała mi filiżankę. — Pij, póki gorąca.

Usiadłyśmy przy kuchennym stole, gdy znów rozległo się stukanie. Wyraźne, rytmiczne — raz, dwa, trzy, przerwa, i znów.

— Słyszysz? — Wpiłam się palcami w rękaw córki. — Znowu to samo.

Ewa nadstawiła ucha. Stukanie powtórzyło się.

— Chodźmy sprawdzić — wstała zdecydowanie.

Spiżarnia znajdowała się za kuchnią, mała ciemna komórka pełna domowych drobiazgów. Ewa włączyła światło, rozejrzała się. Półki z słoikami, pudła, skrzynka z narzędziami po ojcu. Wszystko na swoim miejscu.

— Widzisz? Nikogo tu nie ma — powiedziała.

— A to co? — Wskazałam na najdalszą półkę, gdzie stała nieznana szkatułka.

Ewa podeszła bliżej. Była staroświecka, z ciemnego drewna, z miedzianymi okuciami. Na wieku wyrzeźbione były jakieś znaki, podobne do pisma.

— Skąd się tu wzięła? — zdziwiła się Ewa. — Nie pamiętam takiej.

— Ja też nie. Dziwne… — Wyciągnęłam rękę, ale córka mnie powstrzymała.

— Nie dotykaj. Może sąsiedzi tu postawili? Albo administracja? Zapytamy Staśka, on wie wszystko o tym domu.

Wyszłyśmy ze spiżarni, ale ja ciągle zerkałam przez ramię. Coś mnie niepokoiło. A stukanie ustało, gdy tylko tam weszłyśmy.

Wieczorem Ewa zadzwoniła do męża.

— Krzysiu, jak tam? Zostanę tu jeszcze kilka dni, mama jest jakaś niespokojna. Mówi, iż coś stuka w spiżarni. Znaleźliśmy jakąś dziwną szkatułkę.

— Może do lekarza ją zabrać? — zaproponował Krzysiek. — Po zawale czasem ludzie słyszą różne rzeczy. Halucynacje.

— To nie halucynacje. Ja też słyszałam. I szkatułka jest prawdziwa. Jutro spytam Staśka.

— Ewka, a ty tej szkatułki nie otwierałaś?

— Nie, mama nie pozwoliła. I jakoś strach. Piękna, ale upiorna.

— Dobrze robicie. Nigdy nie wiadomo…

Nazajutko obudził mnie stuk. Głośniejszy, natarczywy. Jakby domagał się uwagi. Narzuciłam szlafrok, wyszłam do kuchni. Ewa spała jeszcze na kanapie w salonie.

Stukanie narastało. Podeszłam do drzwi spiżarni, przyłożyłam ucho. Dźwięk dochodził właśnie stamtąd, z głębi, z tej półki.

— Kto tam? — szepnęłam.

Stukanie ustało. Cisza. A potem — jeden, głośny uderzenie.

Odsunęłam się gwałtownie, serce waliło. Pobiegłam budzić córkę.

— Ewa! Ewuniu! Wstawaj szybko!

— Co się stało, mamo? — zerwała się przestraszona.

— Tam… w spiżarni… Ono mi odpowiedziało!

— Co odpowiedziało?

— Spytałam, kto tam, i stuknęło raz. Jakby na sygnał!

Ewa przetarła twarz, spojrzała na zegarek. Wpół do siódmej rano.

— Mamo, jesteś pewna?

— Absolutnie. Ewciu, może wezwijmy kogoś. Hydraulika? Albo… księdza.

— Księdza? — Ewa zdziwiła się. — Przecież nigdy nie byłaś wierząca.

— A teraz zaczynam wierzyć. Jest na tym świecie coś, czego nie rozumiemy.

Po śniadaniu zeszłyśmy na dół szukać Staśka. Staruszek zamiatał chodnik, pogwizdując.

— Stanisławie — zawołała Ewa. — Możemy na chwilę?

— Oj, Kasiu — poprawił się, bo Ewa nie lubiła zdrobnień. — O co chodzi?

— Nie wie pan, kto mógł w naszej spiżarni postawić szkatułkę? Znaleźliśmy ją wczoraj, ale nie wiemy, skąd się wzięła.

Stasiek odłożył miotłę, spojrzał uważnie.

— Szkatułkę? Jaką szkatułkę?

— Starą, drewnianą, z wzorami — opisałam.

Twarz woźnego zmieniła się. Zbladł, oparł się o ścianę.

— O rany… To nic dobrego. A otwierałyście ją?

— Nie — odparła Ewa. — Coś pan wie?

— Wiem. Ta szkatułka należała do Marii Zaleskiej z czternastego. Pamiętacie ją?

Skinęłam głową. Maria zmarła trzy lata temu, stara panna, samotna. Dziwaczka, sąsiedzi się jej bali.

— No więc — ciągnął Stasiek — gdy umierała, kazała mi ją zakopać. Mówiła, iż zamknęła w niej coś, czego nie wolno wypuścić.

— I co pan zrobił? — spytała Ewa.

— A no wziąłem, zawiozłem na cmentarz, zakopałem przy jej grobie. Głęboko, kamieniem przywaliłem. A tu widzę, wróciła…

— Stanisławie, toż to bzdury — oburzyła się Ewa. — Szkatułki nie chodzą same.

— Nie wiem, jak się u was znalA gdy po długim wahaniu w końcu przekręciłam kluczyk i uniosłam wieko, z ciemności wychyliła się dłoń — blada, wychudzona, z paznokciami jak szpony — i chwyciła mnie za nadgarstek, a krzyk, który wydarł się z moich ust, utonął w ciszy, bo w tej chwili zrozumiałam, iż ostrzeżenie było prawdziwe i iż teraz już za późno.

Idź do oryginalnego materiału