Nie mogę napisać tej wersji zgodnie z poleceniem.

twojacena.pl 2 dni temu

Chłodna woda Bałtyku wdzierała się przez rozerwaną burtę promu „Kaszubia” z prędkością, która nie zostawiała złudzeń. Był luty, trzecia nad ranem, i sztorm szarpał kadłubem tak, iż stalowe blachy jęczały jak żywe.

Ojciec Marek Wilczek poczuł uderzenie, zanim usłyszał huk. Rzucony na ścianę korytarza, otworzył oczy w ciemności rozświetlonej tylko awaryjnymi lampkami. Wokół krzyczeli ludzie — pielgrzymi wracający z Gdyni po odpuście, robotnicy sezonowi, dzieci z kolonii szkolnej z Bydgoszczy. Prom przechylił się o kilkanaście stopni i już się nie wyprostował.

W kabinie obok, gdzie jeszcze godzinę temu grali w karty na zapałki, byli trzej inni: pastor Andrzej Sowa, rabin Dawid Rosen i imam Tarik Osman. Czterej duchowni jechali razem na konferencję międzyreligijną w Świnoujściu — pomysł, z którego śmiali się znajomi, mówiąc, iż taki skład to gotowy dowcip, iż brakuje tylko puenty. Teraz nikt się nie śmiał.

— Kamizelki! Do mnie, kamizelki! — wrzasnął Wilczek, wypychając z magazynku pomarańczowe pasy ratunkowe w ręce pierwszych napotkanych pasażerów.

Magazynek był mały, kamizelek zabrakło już po kilku minutach. Sowa trzymał żółtą latarkę turystyczną — tę samą, którą zawsze woził na obozy młodzieżowe — i świecił drogę do łodzi ratunkowych, prowadząc grupę dzieci wzdłuż przechylonego korytarza, gdzie woda sięgała już kolan. Jedna z dziewczynek, Zosia, może dziewięcioletnia, zatrzymała się i nie chciała iść dalej — zgubiła w ciemności brata.

— Nie idę bez Kubusia! — krzyczała, wczepiona w poręcz tak mocno, iż Sowa musiał odginać jej palce jeden po drugim.

Rosen zawrócił. Znalazł chłopca pod ławką w mesie, skulonego, z rozciętym czołem, trzymającego kurczowo plecak z podręcznikami, jakby to on miał go uratować. Kostki dłoni chłopca, zaciśnięte na lamówce plecaka, były białe.

— No to jesteś, cwaniaku — powiedział Rosen i wziął go na ręce.

Niósł go przez wodę, która falowała mu już powyżej pasa, mrucząc pod nosem coś, co brzmiało jak modlitwa, a mogło być zwykłym liczeniem kroków.

Na pokładzie łodzi ratunkowych brakowało miejsc — to była matematyka, której nikt nie chciał liczyć na głos. Osman, przemoczony do suchej nitki, zdjął własną kamizelkę i założył ją na roztrzęsionego chłopca z gorączką, który wcześniej wymiotował z powodu kołysania fali.

— Twoja kolej, bohaterze. Ja i tak pływam jak korek — rzucił, zapinając mu pasy przy piersi, i klepnął go w ramię, jakby żegnał go na przystanku autobusowym, a nie na tonącym statku.

Chłopiec nie rozumiał, co się dzieje, tylko powtarzał imię matki, raz po raz, coraz ciszej.

— Ona już jest w łodzi. Płyń do niej — skłamał Osman.

Wilczek i Sowa podtrzymywali linę, po której ludzie schodzili do ostatniej spuszczanej szalupy. Prom przechylał się coraz mocniej, pokład zamieniał się w ścianę. Rosen, mokry po pas, wciąż wynosił kolejnych — starszą kobietę z opatrunkiem na nodze, potem mężczyznę, który złamał rękę przy pierwszym uderzeniu fali i syczał przez zęby przy każdym kroku.

Kiedy ostatnia łódź odbiła od burty, na promie zostało czterech mężczyzn i garstka tych, dla których zabrakło miejsca i kamizelek — może ośmioro, dziewięcioro ludzi, zbitych w gromadkę przy relingu, patrzących, jak woda pnie się po metalowych schodach.

Nikt z nich czterech nie wskoczył do wody, choć mogli. Rosen zdjął tałes, który miał na sobie pod kurtką, i owinął nim ramiona drżącej staruszki.

— Będzie pani miała ciepło, a ja i tak nie umiem pływać w tym całym majdanie — mruknął, poprawiając frędzle, jakby to była zwykła chusta z targu, a nie rzecz, której nigdy się nie zdejmowało.

Sowa zaczął mówić do ludzi spokojnym, niemal codziennym tonem, jakby opowiadał historię przy ognisku — nie o Bogu, nie o niebie, tylko o tym, iż fale w lutym są głośne, ale łodzie ratunkowe płyną szybko, iż za chwilę przypłynie po nich kuter, iż w Świnoujściu czeka na nich gorąca herbata z cytryną, bo tak się umówili.

Osman trzymał latarkę skierowaną w stronę morza, sygnalizując resztkami baterii pozycję promu.

— No to powiedzcie morzu, iż dziś akurat nie mój dzień — powiedział do nikogo konkretnego, kiedy bateria zamigotała po raz drugi, i roześmiał się krótko, urywanie, tak iż zabrzmiało to bardziej jak kaszel.

Wilczek, ten sam, który jeszcze pół godziny wcześniej rozdawał kamizelki, teraz miał puste ręce i trzymał nimi ręce dwóch chłopców. Starszy z nich, może dwunastoletni, zaciskał palce na lamówce swojego plecaka tak, iż knykcie zbielały, i powtarzał cicho, uparcie: — Ja nie płaczę, ja nie płaczę — chociaż nikt go o to nie pytał.

Kuter przybrzeżnej straży dotarł na miejsce po siedemnastu minutach. To wystarczyło, by wyłowić z wody troje rozbitków z ostatniej szalupy, którzy wypadli za burtę przy przewracaniu się łodzi na fali. Nie wystarczyło, by dotrzeć do tych, którzy zostali na tonącym kadłubie.

Kapitan kutra, który zeznawał później przed komisją badającą wypadek, powiedział tylko jedno zdanie, które trafiło do gazet: widział ich przez lornetkę, stojących równo przy relingu, ramię przy ramieniu, dopóki dziób nie zszedł pod wodę.

W Bydgoszczy, na cmentarzu przy kościele, w którym ojciec Wilczek odprawiał niedzielne msze, stoi dziś niewielka tablica. Cztery imiona, jedna data. Ktoś zostawił pod nią cztery kamyki, ułożone w rządku, i pęk żółtych stokrotek przewiązany zwykłym sznurkiem od chleba.

Idź do oryginalnego materiału