Nie ma jej

twojacena.pl 1 dzień temu

Kiedy Wiktor po raz drugi w ciągu jednego wieczoru zapytał mnie, czy nie powinnam wziąć prysznica, siedziałam już z ręcznikiem na kolanach i mokrymi włosami skapującymi na bluzkę. Miałam dwadzieścia dziewięć lat, mieszkałam w Gdyni na Oksywiu, dwie przecznice od przystanku tramwajowego, i przez ostatnie trzy miesiące moje życie zaczęło się kręcić wokół jednej rzeczy: czy jestem dość czysta dla mężczyzny, którego kochałam.

Zaczęło się niewinnie. Poznaliśmy się na wystawie fotografii w BWA, on fotografował statki, ja pisałam podpisy do katalogu. Śmiał się z moich żartów o kiepskiej kawie z automatu, znał na pamięć rozkład promów na Hel i pamiętał, iż nie znoszę kolendry. Przez pierwsze tygodnie myślałam, iż w końcu trafiłam na kogoś normalnego. Że po Marcinie, który zniknął bez słowa, i po roku mieszkania samej z kotem imieniem Budyń, mogę wreszcie odetchnąć.

A potem, pewnego wtorku, kiedy jedliśmy pierogi z serwatką na moim balkonie, Wiktor odłożył widelec i powiedział, iż musi mi coś powiedzieć. Że kocha mnie, ale iż muszę zacząć brać prysznic dwa razy dziennie. Rano i wieczorem. Bez wyjątków.

Myślałam, iż żartuje. Śmiałam się, aż zobaczyłam jego twarz — nieruchomą, poważną, bez cienia rozbawienia.

— Nie żartuję, Kaśka. To dla mnie ważne.

Nie powiedział „śmierdzisz”. Nigdy nie użył tego słowa. Ale ton, jakim to mówił, i to, iż powtarzał to później niemal co dwa dni, wystarczyły, żeby zapadło mi się serce gdzieś między żebrami. Nikt wcześniej nie sugerował, iż mam z tym problem. Fryzjerka mnie przytulała przy myciu głowy. Koleżanki pożyczały moje bluzki bez wahania. A jednak głos jednego człowieka, którego kochałam, przekreślił te wszystkie dowody.

Zaczęłam się kontrolować obsesyjnie. Brałam prysznic o szóstej rano i o dwudziestej drugiej wieczorem, choćby kiedy bolało mnie gardło i miałam gorączkę trzydzieści osiem stopni. Prałam ubrania po jednym noszeniu, zamiast po trzech, jak zawsze. Kupowałam żele pod prysznic za czterdzieści złotych zamiast dziewięciu, dezodoranty z apteki, balsamy z ekstraktem z zielonej herbaty, bo sprzedawczyni w Rossmannie zapewniała, iż „neutralizują wszystko”. Umówiłam się choćby do endokrynologa, przekonana, iż mam jakąś chorobę hormonalną, której nikt jeszcze nie wykrył. Wyniki wróciły czyste. Lekarka spojrzała na mnie znad okularów i zapytała łagodnie, czy wszystko w domu w porządku. Skłamałam, iż tak.

Nocami leżałam obok śpiącego Wiktora i liczyłam plamy na suficie, próbując zrozumieć, co jest ze mną nie tak. W telewizorze u sąsiadów przez ścianę leciał wieczorny serial, słyszałam przytłumione głosy i muzykę z reklam, i myślałam sobie, iż oni tam, za tą ścianą, na pewno śpią spokojnie, nie zastanawiając się, czy pachną wystarczająco dobrze dla kogoś, kto twierdzi, iż ich kocha.

Kot ocierał mi się o kostki, kiedy siedziałam na brzegu wanny o drugiej w nocy, sprawdzając w internecie objawy rzadkich chorób metabolicznych. Budyń nie obchodziło, czy pachnę cytrusowym żelem czy zwykłym mydłem — po prostu chciał jeść. To była jedyna istota, przy której nie czułam się oceniana.

Kiedy Wiktor zaprosił mnie na obiad do rodziców do Redy, spędziłam dwie godziny na przygotowaniach. Prysznic o dwunastej, drugi o piętnastej. Świeża bluzka, którą prałam tego samego ranka. Perfumy nałożone trzy razy, potem starte, bo bałam się przesady. Patrzyłam w lustro w przedpokoju tak długo, iż Wiktor zapukał i zapytał, czy wszystko gra.

Jego matka, pani Grażyna, otworzyła nam drzwi w fartuchu pachnącym rosołem i uśmiechnęła się tak ciepło, iż na chwilę poczułam ulgę. A potem, zanim zdążyłam zdjąć płaszcz, powiedziała cicho, żebym się nie krępowała i skorzystała z łazienki, jeżeli chcę „się odświeżyć po drodze”.

Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie otwartą dłonią w twarz. Powiedziałam, iż oczywiście, dziękuję, i poszłam korytarzem wyłożonym starymi kafelkami w kwiatowy wzór, mijając zdjęcia Wiktora jako dziecka na rowerku, aż dotarłam do drzwi łazienki. Nacisnęłam klamkę.

W środku, na krawędzi wanny, siedziała starsza kobieta w szlafroku, z siwymi włosami związanymi w luźny kok, i patrzyła na mnie z takim samym przerażeniem, jakie musiało malować się na mojej twarzy.

— Przepraszam — wyjąkałam. — Nie wiedziałam, iż ktoś tu jest.

Kobieta, jak się okazało, nazywała się Halina i była siostrą pani Grażyny. Mieszkała z nimi od pół roku. I to jej, nie mnie, dotyczyła prośba o łazienkę — bo ciocia Halina, po udarze, miała problem z kontrolą pęcherza i czasem potrzebowała pomocy tuż po przyjeździe gości, zanim ktokolwiek zdążył zauważyć.

Nikt mi o tym nie powiedział. Wiktor nigdy nie wyjaśnił, dlaczego prysznic stał się dla niego obsesją — bo prawda była o wiele bardziej skomplikowana niż wstyd czy higiena. Jego ojciec, jak się później dowiedziałam siedząc przy kuchennym stole nad talerzem rosołu z makaronem, dwa lata wcześniej zaraził się w szpitalu bakterią gronkowca opornego na antybiotyki. Leczenie trwało jedenaście miesięcy. Odkąd wrócił do domu, cała rodzina żyła w strachu przed jakąkolwiek infekcją, którą mógłby ktoś przynieść z zewnątrz — a Wiktor, najstarszy syn, wziął na siebie rolę strażnika tego domu, nie umiejąc odróżnić troski o ojca od kontrolowania kobiety, którą kochał.

Powiedział mi to później, tego samego wieczoru, w samochodzie zaparkowanym pod moim blokiem, z silnikiem wciąż pracującym i światłami reflektorów odbijającymi się w kałuży po deszczu. Powiedział, iż bał się powiedzieć mi wprost o ojcu, bo to brzmiało zbyt osobiście, zbyt ciężko na początku związku. Że łatwiej było ukryć strach za żądaniem, niż przyznać się do niego.

Zrozumiałam, skąd się to wzięło. Ale zrozumienie nie leczy jedenastu tygodni, w których nienawidziłam własnego ciała.

Trzy dni później zadzwoniłam do niego z pracy, w przerwie na lunch, siedząc na ławce przy Skwerze Kościuszki z kubkiem kawy z termosu, i powiedziałam, iż potrzebuję przerwy w związku. Nie zerwania na zawsze — przerwy. Powiedziałam mu wprost, iż nie obwiniam go za strach o ojca, ale iż nie zamierzam dłużej płacić ciałem i głową za coś, czego choćby mi nie wyjaśnił.

Tego samego popołudnia poszłam do apteki przy ulicy Świętojańskiej i kupiłam zwykły żel pod prysznic za dziewięć złotych dziewięćdziesiąt, ten sam, którego używałam, zanim poznałam Wiktora. Wieczorem wzięłam jeden prysznic. Jeden. Bez chronometrażu, bez liczenia minut, bez sprawdzania w lustrze, czy zapach się utrzymał.

Wiktor zadzwonił jeszcze cztery razy tego tygodnia. Za piątym razem odebrałam i powiedziałam, iż jestem gotowa porozmawiać — ale nie o moim ciele, tylko o jego ojcu, o strachu, który przez pół roku nosił sam, i o tym, iż terapeuta, do którego umówiłam dla niego wizytę w poradni przy alei Niepodległości, czeka na niego w czwartek o siedemnastej. Zapisałam go bez pytania, bo wiedziałam, iż sam nigdy by tego nie zrobił.

Nie wiem, czy pójdzie. To już nie jest coś, co mogę za niego zdecydować.

Idź do oryginalnego materiału