– Mamo, no znowu swoje! – z irytacją uderzyła dłonią w stół Weronika. – Przecież się umówiłyśmy, iż pomożesz nam z kredytem!
– Nie umówiłyśmy się – spokojnie odparła Krystyna, nie przestając mieszać herbaty. – Ty sama zdecydowałaś, iż ci pomogę.
– Jak to nie? – oburzyła się córka. – Powiedziałaś, iż się zastanowisz!
– Zastanowiłam się. I postanowiłam, iż nie pomogę.
W kuchni zapadła napięta cisza. Weronika patrzyła na matkę szeroko otwartymi oczami, jakby nie wierzyła w to, co usłyszała. Zięć Mariusz nerwowo przestępował z nogi na nogę przy lodówce, wyraźnie czując się nieswojo.
– Mamo, ale my mamy trudną sytuację – zaczęła znowu Weronika, starając się mówić łagodniej. – Mariusz stracił pracę, ja jestem na macierzyńskim z Zosią. Pieniędzy brak, a bank nie czeka.
– A czemu wcześniej o tym nie pomyśleliście? – Krystyna postawiła filiżankę na spodku. – Jak braliście ten kredyt na wasze auto, przecież was ostrzegałam.
– Jakie auto? – wybuchnęła Weronika. – To nie auto, tylko stare gruchot! Nie mieliśmy czym jeździć!
– Autobusem byście jeździli. Ja czterdzieści lat jeździłam autobusami i żyję.
– Mamo! – Weronika wstała od stołu i zaczęła nerwowo chodzić po kuchni. – Naprawdę uważasz, iż mamy z dzieckiem jeździć autobusami?
– A dlaczego nie? Ciebie jedną wychowywałam, pracowałam od świtu do nocy i nikogo o pomoc nie prosiłam.
Mariusz w końcu zdecydował się wtrącić.
– Krystyno, nie prosimy o darowiznę. Oddamy, jak tylko znajdę pracę.
– Kiedy znajdziesz? – zapytała bez złości, ale stanowczo. – Miesiąc szukasz, dwa, pół roku? A kredyt trzeba spłacać co miesiąc.
– Na pewno znajdę. Mam dyplom, doświadczenie.
– Jasne, iż znajdziesz – skinęła głową Krystyna. – Tylko nie wiadomo, kiedy. A ja co, bez pieniędzy będę żyła? Na powietrzu?
Weronika gwałtownie odwróciła się do matki.
– Masz dobrą emeryturę! Dwa tysiące złotych! Prosimy tylko o pomoc z ratą – osiemset złotych. Przecież zostanie ci tysiąc dwieście!
– Na co zostanie? – Krystyna wyjęła z szuflady zeszyt i okulary. – Policzmy. Rachunki – sześćset złotych. Leki – trzysta, a może i więcej. Jedzenie – pięćset minimum. To już tysiąc czterysta. A ubrania? A jak coś się zepsuje? A jeżeli zachoruję i trzeba iść do prywatnego lekarza?
– Mamo, przecież nie kupujesz ubrań co miesiąc – próbowała się sprzeciwić Weronika.
– A buty? A bielizna? A jak pralka się zepsuje albo lodówka? Skąd wezmę na nową?
– Wtedy pomożemy – obiecał Mariusz.
Krystyna spojrzała na zięcia z lekkim uśmieszkiem.
– Mariusz, jesteś dobrym człowiekiem, ale pomagać wam nie będzie czym. Sami prosicie.
Z pokoju popłakało się dziecko. Weronika rzuciła matce gniewne spojrzenie i poszła do córki. Mariusz został w kuchni z teściową.
– Krystyno, rozumiem, iż to niewygodne – cicho powiedział. – Ale naprawdę jesteśmy w kropce. Bank już dzwoni codziennie, grozi, iż zabierze auto.
– I słusznie – spokojnie odparła. – Nie trzeba było brać kredytu na coś, na co was nie stać.
– Ale jesteśmy rodziną. Czy rodzina nie powinna sobie pomagać?
– Powinna. Tyle iż ja już pomogłam. Trzydzieści pięć lat wychowywałam córkę, postawiłam na nogi, dałam wykształcenie. Dałam wam mieszkanie, gdy wychodziła za mąż. Myślałam, iż teraz moja kolej żyć spokojnie.
Mariusz spuścił głowę. Weronika wróciła do kuchni z dzieckiem na rękach.
– Mamo, naprawdę nie żal ci wnuczki? – spytała, kołysząc malutką. – Co, jeżeli nas wyrzucą na ulicę?
– Nikt was nie wyrzuci – zmęczonym głosem powiedziała Krystyna. – Przestań z tym teatrem.
– Jak to nie? A jeżeli nie zapłacimy kredytu?
– Auto zabiorą, i tyle. A mieszkać będziecie w tym mieszkaniu, które wam dałam.
– A jak będziemy bez auta do pracy dojeżdżać?
– Tak jak miliony ludzi. Metrem, autobusami.
Weronika usiadła na krześle i mocniej przytuliła córeczkę.
– Mamo, dlaczego stałaś się taka twarda? Zawsze nam pomagałaś.
– Bo wcześniej pracowałam i mogłam sobie na to pozwolić. Teraz żyję z emerytury, na którą zapracowałam.
– Ale przecież nie jesteś biedna! Masz i oszczędności!
Krystyna uważnie spojrzała na córkę.
– A skąd wiesz o moich oszczędnościach?
Weronika spłonęła rumieńcem i odwróciła wzrok.
– No… przypadkiem widziałam twoją książeczkę oszczędnościową.
– Przypadkiem? – głos Krystyny stał się zimny. – Grzebałaś w moich rzeczach?
– Nie! Po prostu leżała na stole, gdy byłam u ciebie.
– Leżała w zamkniętej szufladzie. Więc jednak grzebałaś.
– Mamo, co za różnica! – machnęła ręką Weronika. – Ważne, iż masz pieniądze, a my toniemy w długach!
– I co z tego? To moja poduszka na starość, na leki, na czarną godzinę.
– Jaką czarną godzinę? – nie wytrzymała córka. – Dla nas już nadeszła!
– Dla was nadeszła, bo żyjecie ponad stan – stanowczo powiedziała Krystyna. – Mój czarny dzień dopiero przede mną. Co będzie, gdy całkiem zachoruję? Kto się mną zaopiekuje? Kto leki kupi?
– My się zaopiekujemy – obiecała Weronika.
– Za co? – uśmiechnęła się gorzko matka. – Z mojej emerytury, którą mi zabierzecie?
– Nie zabierzemy, tylko poprosimy o chwilową pomoc!
– Tak, chwilową. A potem wam się spodoba i co miesiąc będziecie z wyciągniętą ręką przychodzić.
Mariusz znów próbował załagodzić sytuację.
– Krystyno, moglibyśmy dać ci pisemne zobowiązanie. Notarialnie.
– Nie potrzebuję waszych papierów – machnęła ręką. – Papier wszystko przyjmie.
Dziecko znów zapłakało. Weronika wstała i zaczęła je kołysać.
– Mamo, dobrze,Weronika przytuliła małą mocniej i po raz pierwszy od dawna poczuła, iż może matka ma rację – czas wziąć życie we własne ręce.