Nie chce mi się przy dziecku, ale opowiem, bo mnie to nie odpuszcza.

newskey24.com 2 godzin temu

Pracuję w przychodni na Bemowie, rejestracja, dwadzieścia dwa lata stażu. Widziałam różne matki. Ale pani Basię z synem zapamiętam.

Przyszła do nas pierwszy raz gdzieś w kwietniu, z chłopakiem – on miał na oko siedemnaście, osiemnaście lat, wysoki, chudy, w za dużej kurtce, jakby ojca. Przyszli po wyniki. Ja akurat kończyłam zmianę, chciałam już zamknąć okienko i lecieć na przystanek – tramwaj dwadzieścia dwa jeździ co dwadzieścia minut, jak się spóźnisz, to stoisz w deszczu. Ale coś mnie zatrzymało przy tym oknie.

Chłopak siedział, ręce między kolanami, i mówił do matki, iż nie chce już żadnych badań, iż ma dość, iż ona zawsze musi wszystko kontrolować. Głośno, na cały korytarz, tak iż pani z apteczki obok wystawiła głowę zza rogu. A ona – w tym swoim starym płaszczu, torebka na kolanach – nic. Nie podniosła tonu. Powiedziała tylko: dobrze, ale na to jedno badanie pojedziemy, bo lekarz kazał, i tyle.

Chłopak trzasnął drzwiami na korytarzu. Ona zaczęła zbierać papiery do teczki, ręce jej się trzęsły, ale poukładała wszystko równo, kartka do kartki, jakby to był jedyny sposób, żeby się nie rozsypać.

Później dowiedziałam się od pielęgniarki z drugiego piętra, iż u chłopaka podejrzewali coś z sercem, jakąś arytmię, i iż matka woziła go na konsultacje do Warszawy i raz choćby do Krakowa, bo tam był lekarz, który się na tym znał. Sama, bez męża – zmarł, jak syn miał jedenaście lat. Sprzątała biura wieczorami, żeby było na dojazdy i na prywatne wizyty, bo w kolejce na NFZ czekało się osiem miesięcy, a ona nie chciała czekać.

Chłopak tego wtedy nie widział. Widział tylko, iż matka go ciągle pilnuje, dzwoni, sprawdza, czy wziął tabletki, czy nie biega za gwałtownie na treningach piłki, czy nie pije energetyków. Kłócili się, ja to słyszałam z okienka nieraz, bo przychodzili co dwa miesiące. Raz krzyknął na korytarzu, iż ona go dusi, iż inni chłopcy mają normalne matki, które się nie wtrącają. Ona wtedy usiadła na tej plastikowej krzesełce pod automatem z kawą i spojrzała w podłogę, i tylko powiedziała cicho do siebie – tak, iż ja to usłyszałam, bo stałam za nią z kubkiem – iż lepiej, żeby ją znienawidził teraz, niż żeby go nie było za rok.

Minęło z sześć lat. Nie widywałam ich, bo chłopak przecież dorósł, przeszedł pod opiekę innej poradni. Aż w zeszłym tygodniu, w środę, przyszedł sam, już mężczyzna, z obrączką na palcu, i z dzieckiem na ręku – dziewczynka, może roczek, w różowym kombinezonie. Poznałam go od razu po tych samych ciemnych oczach.

Zapytał, czy nie mam przypadkiem starych kart pacjenta, bo szuka wyników z tamtych lat – jego córka urodziła się z podobną wadą serca, lekarze pytają o historię rodzinną, a on chce wiedzieć dokładnie, co matka wtedy robiła, jakie badania, do jakich lekarzy jeździła, bo ona sama nie chce już o tym mówić, mówi, iż to przeszłość.

Poszłam do archiwum, w piwnicy, tam jeszcze trzymamy stare teczki sprzed cyfryzacji. Znalazłam jego kartę – gruba, pożółkła, spięta starym zszywaczem, ze skierowaniami do Krakowa, z odręcznymi notatkami lekarza o "matce bardzo zaangażowanej, dopytującej o każdy szczegół". Podałam mu tę teczkę przez okienko. Otworzył ją tam, na korytarzu, z córką na drugiej ręce, i długo przeglądał kartka po kartce.

Powiedział tylko, iż zadzwoni do matki, zanim wyjdzie z budynku. Wyszedł na zewnątrz, do palarni przed wejściem, i widziałam przez szybę, jak stoi z telefonem przy uchu, a córka śpi mu na ramieniu. Nie słyszałam, co mówił. Ale stał tam z tą teczką pod pachą chyba z dziesięć minut, choć na dworze było ze cztery stopnie i wiał wiatr od strony Bemowa.

Idź do oryginalnego materiału