Nie była mi pisana… Pociąg sunął już drugi dzień – ludzie już się poznali, wypili niejedną herbatę…

twojacena.pl 4 dni temu

Nie pisane w gwiazdach

Pociąg jechał już drugi dzień. Ludzie zdążyli się ze sobą zapoznać, wypić morze herbaty z termosu, rozwiązać ze dwadzieścia krzyżówek. Zaczęły się rozmowy o życiu bo jak wiadomo, syndrom współpasażera najlepiej wychodzi właśnie w pociągu. Ludzie opowiadają takie historie, których nigdzie indziej nie usłyszysz.

Siedziałam na bocznym siedzeniu, a w sąsiednim przedziale trzy starsze panie dzieliły się przepisami na ciasto i różnymi finezyjnymi sposobami dziergania skarpet na drutach. Pociąg akurat wjechał na most, z którego rozpościerał się bajeczny widok. Pogodne niebo, pełna słońca wiosenna niedziela, szeroka Wisła z lekką falą. Na wysokim brzegu, porośniętym jedwabistą trawą, stał biały kościół z pozłacanymi kopułami.

Panie zamilkły. Jedna przeżegnała się.

Och, muszę wam opowiedzieć pewną historię odezwała się jej koleżanka Wierzcie lub nie, jak tam chcecie.

Zdarzyło się to kilka lat temu, wiosną. Mieszkam sama, dzieci nigdy nie miałam, mąż już dawno świętej pamięci. Nasza wieś malutka, ale rozciąga się po obu stronach rzeki. Żeby dojść do sklepu albo na pocztę, trzeba przejść przez mostek. Tamtego dnia, skoro świt, zadzwonił mój brat i powiedział, iż jedzie służbowo do Warszawy i specjalnie nadłoży drogi, żeby mnie odwiedzić. Pięć lat się nie widzieliśmy, bo mieszka aż pod Szczecinem.

No to jak wariatka się ucieszyłam! Myślę sobie: trzeba lecieć do sklepu, kupić coś konkretnego, mąki i cukru, upiekę mu placek, a i jakiegoś śledzika się znajdzie, żeby goście nie klepali głodem po brzuszku. Narzuciłam płaszczyk, choćby się nie zapięłam na guziki byle szybciej, buciki na nogi i biegiem!

Dobiegam do rzeki, patrzę do mostu kawałeczek trzeba przejść. Myślę: po co takie kółko obchodzić? Może przejdę po lodzie? Chociaż bywało ciepło, w nocy trzymał jeszcze mróz. A i wędkarze, siedzący nieopodal mostku, dodali mi odwagi skoro faceci z całym sprzętem się nie zapadli, to, myślę, ja, taka filigranowa, tym bardziej się utrzymam.

Ostrożnie zeszłam do rzeki. Stawiam jeden krok, drugi lód nie trzaska. Wszystko gra. Rzeczka akurat robi tam zakręt, a więc miejsce nie jest szerokie no to śmigam.

No i wyobraźcie sobie, prawie choćby nie poczułam, kiedy wpadłam pod lód kontynuowała pani. Jakby mnie prądem poraziło, z piersi wyrwał się krótki krzyk i tyle. Szarpię się do góry, a płaszcz ciągnie mnie na dno. Dobrze, iż się nim tylko owinęłam, a nie zapięłam. Udało mi się go zrzucić pod wodą, łatwiej mi było wypłynąć. Strach taki, iż jak się łapiesz krawędzi lodu, a on trzaska z potwornym hukiem i znów lądujesz pod wodą. Krzyczeć nie mogłam głos jakby odcięło.

Patrzę sąsiadka stoi na brzegu i patrzy na mnie, jakby oglądała serial w telewizji. Macham do niej z nadzieją, iż zaraz przywoła wędkarzy. A ta wycofała się tyłem i poszła sobie! No to myślę: No to koniec. Szkoda, utopię się, brat przyjedzie i mnie nie znajdzie.

Ostatni zryw znów lód się łamie. I nagle widzę facet biegnie w moją stronę. Chwilę temu nikogo nie było, a tu jak spod ziemi się zjawił. Skąd mnie w ogóle zauważył?!

Kładzie się na brzuchu, rękę wyciąga, wrzeszczy:

Chodźże, dasz radę!

Nie wiem skąd mi się siły wzięły, ale wtedy lód pod nim też trzeszczy. Biegiem do brzegu, rwie młodą brzozę i zaraz z powrotem do mnie. Kładzie się, podsuwa mi to drzewko, ja łapię się za gałęzie ale zmarznięte, śliskie, łapy mi się zsuwają, bo gałęzie lodem oblepione od zimna wody.

Facet przysuwa drzewko bliżej siebie, odwraca korzeniem w moją stronę. Jeszcze raz popycha w lód, znowu wrzeszczy:

Chwyć się za korzeń!

Złapałam się za korzeń, a on mnie jak rzepę wyrwał z tej przerębli. Leżę na lodzie, łzy mi zamarzają na policzku. Nad głową facet się pochyla.

Żywa, pani? pyta.

Kiwam tylko głową, bo mówić nie mogę.

No i dzięki Bogu odpowiada. Leć już do domu, nic ci nie będzie.

Wytarłam oczy, podniosłam się. Oglądam się, a jego już nie ma. Gdzie on się podział? Ledwie kilka chwil, a rozległe pole widać na kilometr, do zakrętu daleko widziałam zresztą, jak wędkarze do mnie biegli.

Jeden z wędkarzy odprowadził mnie do domu. Przebrałam się, wypiłam kubek herbaty na rozgrzanie. Ale co tam do sklepu iść trzeba, gość się nie obsłuży sam.

Poszłam drugi raz, przechodzę przez most. Podchodzę do sklepu, a na schodach ta sama sąsiadka. Patrzy na mnie jak na ducha i się żegna.

Ty co, nie utopiłaś się?

A dlaczego nie krzyczałaś po pomoc?! pytam.

Bo pomyślałam, iż jak podejdę, to razem wpadniemy, a do wędkarzy i tak nie zdążę dolecieć. Utoniesz znaczy taka twoja dola. Ale patrz, nie utonęłaś. To chyba dobrze się skończyło.

Brat był tylko dzień, nic mu nie powiedziałam. Kiedy już wyjechał, obeszłam wieś pytam, do kogo wczoraj przyjechał jakiś obcy chłop. Przecież naszych to znam na pamięć a ten dziwnie ubrany, jakby pelerynę miał albo jakiś kaptur. Nikt nikogo nie widział, choćby sąsiedzi nie przyjmowali żadnych gości.

Pojechałam następnego dnia do pobliskiego miasteczka, do kościoła. Chciałam świeczkę zapalić za cudowne ocalenie. Wchodzę, patrzę na ikonę nad ołtarzem a tam mój wybawca! Ten sam mężczyzna! Święty Mikołaj nie mylić z tym od prezentów pod poduszką. No padłam przed ikoną plackiem. A potem sobie z księdzem długo pogawędziłam.

Ot, takie rzeczy się dzieją. I wiecie co, od tamtego dnia choćby raz nie kichnęłam! zakończyła kobieta. Wierzyć nie musicie, ale jakby co, to dobrze mieć anioła stróża na oku.

Idź do oryginalnego materiału