– Nie będę dogorywać ze starą ruiną! – wrzasnął mąż – Dość! Mam tego dość! – Irek z hukiem zatrzasnął szafkę nocną, aż zadrżały flakoniki z wodą kolońską. – Mam po dziurki w nosie narzekań na bolące stawy i tabletki! Chcę żyć, a nie dogorywać w tym szpitalu! Walentina stała w drzwiach sypialni i patrzyła, jak mąż pakuje w torbę swoje skromne rzeczy. Trzydzieści dwa lata wspólnego małżeństwa mieściły się w jednym plecaku i reklamówce z adidasami. Ta myśl zabolała ją bardziej niż wszystkie wyrzuty. – Irek… – zaczęła cicho – Mama po udarze nie może zostać sama. Rozumiesz? – Twoja mama, twój problem! – syknął mąż, nie odrywając wzroku od plecaka. – Mam pięćdziesiąt osiem lat, a nie osiemdziesiąt! Nie zamierzam robić z domu oddziału intensywnej terapii! Walentina drgnęła. Ostatnie pół roku słowa „młodość” i „starość” stały się kością niezgody. Irek nagle zaczął farbować siwe włosy, kupił rower, skórzaną kurtkę. A potem pojawiła się Sylwia – rozwiedziona sąsiadka z piątego piętra, lat trzydzieści pięć. – Przeprowadzasz się do niej? – zapytała, choć znała już odpowiedź. Irek gwałtownie się odwrócił, przez moment zawahał, ale zaraz znów stwardniał: – Tak, do niej. I wiesz dlaczego? Bo z nią zapominam o wieku. Nie liczy moich siwych włosów i nie przypomina o chorym sercu. Ona po prostu jest wolna. Rozumiesz? „Wolna…” – to słowo ugodziło w samo serce. Walentina spojrzała w lustro na zmęczoną twarz z nową zmarszczką przy ustach. Kiedyś Irek mówił do niej „moja piękna”. A dziś… – Niedługo skończysz sześćdziesiąt lat, Irek – wymruczała cicho. – Naprawdę uważasz… – Co? – wybuchł. – Że nie zasługuję na szczęście? Na nową szansę? Wielu w moim wieku… – Ucieka do młodszych kochanek? – gorzko się uśmiechnęła. – Smutna statystyka. Irek zirytowany machnął ręką: – Znowu! Zawsze musisz wszystko obrzydzać! A ja chcę po prostu oddychać pełną piersią, rozumiesz? Zamek w plecaku zatrzasnął się jak wyrok. – Powiedz swojej mamie, iż życzę zdrowia – burknął, idąc do wyjścia. – Mam nadzieję, iż wam będzie wygodnie. Dwóm… – zaciął się, ale dokończył: – Dwóm starym przyjaciółkom. Drzwi trzasnęły. Walentina długo siedziała na łóżku, wpatrując się w jeden punkt. W głowie dudniło: „Dwóm starym przyjaciółkom”… A miała zaledwie pięćdziesiąt trzy lata. Czy to już starość? Z sąsiedniego pokoju dobiegł cichy głos: – Waluś, coś się stało? – Nie, mamusiu… – Walentina z trudem wstała. – Irek pojechał załatwić sprawy. Kłamać było ciężko, ale nie potrafiła powiedzieć prawdy. Jeszcze tego brakowało, żeby osiemdziesięcioletnia mama obwiniała się za rozpad małżeństwa córki. Następne dni płynęły jak szara rzeka. Walentina wykonywała codzienne rytuały: gotowanie, sprzątanie, opieka nad mamą. W głowie tylko jedna myśl: kiedy? Kiedy wyrosła między nimi ściana? Przypominała sobie, jak poznała Sylwię. Sąsiadka niedawno się rozwiodła, często spotykały się przy skrzynkach pocztowych. Energetyczna, kolorowa, z beztroskim śmiechem. Walentina choćby jej współczuła – samotnej z dzieckiem niełatwo. Ale potem zauważyła, jak Irek patrzy na Sylwię. Jak przesiaduje przy oknie, gdy Sylwia wyprowadza psa. Jak „przypadkiem” kręci się koło bloku, gdy ona wraca z pracy. Jak coraz częściej zostaje do późna w garażu. – Córciu – głos mamy przywrócił ją do rzeczywistości – od pół godziny myjesz jedną filiżankę. Usiądź ze mną. Walentina oprzytomniała – rzeczywiście stała przy zlewie, wpatrując się w okno, z jedną filiżanką w ręce. – Już kończę, mamusiu. – Walcia – mama przysiadła na krześle z trudem – wszystko rozumiem. Nie musisz mnie oszukiwać. – Mama… – Zostawił cię, prawda? Odchodzi do tej z piątego piętra? Walentina przytaknęła, czując, jak napływają łzy. – Głupiec – skwitowała mama filozoficznie. – Wiesz, co się dzieje z facetami pod sześćdziesiątkę? Jakby diabeł w nich wstąpił – szukają młodości tam, gdzie nigdy jej nie było. – Mama, wystarczy. – Wystarczy? – mama niespodziewanie zaśmiała się dźwięcznie. – Twój tata też wariował. W wieku pięćdziesięciu dwóch lat uznał, iż życie mu ucieka. Walentina spojrzała zdumiona: – Tata? Nigdy… – Po co było mówić? – wzruszyła ramionami mama. – Wrócił po dwóch miesiącach. Skruszony. Ale już nie czekałam. – Niemożliwe… – A jednak – mama puściła oczko. – Przez te dwa miesiące zrozumiałam, iż życie się nie skończyło. Poszłam na kurs haftu. I przede wszystkim – poczułam, iż bez niego żyje się łatwiej. Jakoś więcej powietrza… Przypatrywała się swoim starym dłoniom – w plamach i cienkiej skórze, a ciągle zręcznym. – Widzisz, Walcia, lata nieważne. Liczy się to, co w sercu. Mam już osiemdziesiąt pięć, ale ciągle siedzi we mnie ta dziewczynka. Walentina uśmiechnęła się mimowolnie. Tak, to prawda – jej mama, mimo wieku i chorób, promieniała życiową siłą. Może dlatego zawsze przyciągała ludzi? – Twój Irek – kontynuowała mama – nie uciekł od ciebie. Zbiega przed samym sobą. Boi się starości. Myśli, iż od młodej zrobi się młodszy. – Broni go mama? – zabulgotała w niej żal. – Nie bronię – pokręciła głową mama. – Żal mi go. Bo wiem – nie znajdzie tam tego, czego szuka. Przed czasem się nie ucieknie. W tym momencie zza okna dobiegł śmiech. Walentina zerknęła. Irek spacerował z Sylwią po podwórku, niósł jej torby. Ona opowiadała coś wesołego i gestykulowała, a on patrzył na nią z uwielbieniem, co zabolało w sercu. – Nie męcz się, – delikatnie zaprowadziła ją mama od okna. – Chodź na herbatę. Mam świeże pierniki. – Mama, jakie pierniki… – głos zadrżał jej w gardle. – A on głupiec – powtórzyła cierpliwie mama. – Ale to jego droga. Ty znajdź swoją. Wiesz co? Jutro idziemy do parku. Po remoncie jest naprawdę pięknie. Walentina chciała zaprotestować, ale coś w głosie mamy kazało jej zamilknąć. Może mama ma rację? Może czas po prostu żyć? Park był zaskakujący. Nowe chodniki, fontanny, wygodne ławeczki. W środku działał mały dom kultury, skąd płynęła muzyka. – Zobacz! – mama zatrzymała się przy tablicy ogłoszeń. – Nabór do klubu literackiego! I szkoła tańca! O, i joga dla seniorów! – Mama, tylko nie mów… – A co takiego? – mama figlarnie uniosła brew. – W moim wieku mogę jeszcze pokazać, co potrafię! Jakby na dowód, zrobiła gest ręką. Laska wypadła z dłoni i z łoskotem upadła. – Oj – zmieszała się mama. – Pozwól, pomogę – odezwał się łagodny głos mężczyzny. Elegancki pan w średnim wieku podał laskę i z ukłonem oddał mamie: – Proszę bardzo. – Dziękuję – mama aż się zarumieniła. – Bardzo miło z pana strony. – Michał Skrzypczak, prowadzę tu spotkania literackie. Widzę, iż interesują się panie naszymi wydarzeniami? – Nie, my tylko… – zaczęła Walentina, ale mama gwałtownie przerwała: – Oczywiście! Moja córka pięknie pisze wiersze. W studenckiej gazetce publikowała! – Mamo! – Walentina poczerwieniała. – To było lata temu! – Poezja jest ponadczasowa – uśmiechnął się Michał Skrzypczak. – Chcecie zajrzeć? Właśnie omawiamy nowe teksty. Tak Walentina trafiła do kółka literackiego. Sama nie wie, kiedy się wciągnęła – miała tylko wesprzeć mamę. Zapach książek, ciche rozmowy, zainteresowane twarze – tworzyły wyjątkową atmosferę. Nikt nie oceniał wyglądu ani wieku. Liczyły się myśli i uczucia. Potem przyszedł wieczór poetycki. Kameralny, dla swoich. Ale Walentina stresowała się jak przed egzaminem. Czytała wiersze – o miłości, o stracie, o tym, iż życie nie kończy się bólem. Z każdym wersem czuła, jak coś w niej się wyzwala i wraca do życia. Wracając do domu, natknęła się na Irka. Wyszedł od Sylwii. Przystanął na chybcika, pokręcił się niezręcznie jak dziecko. – Walka, pięknie wyglądasz. Patrzyła na niego obojętnie. Dziwnie – patrząc w te znajome oczy, nie czuła bólu. Tylko spokój. – Dziękuję. – I tyle. – Nie, posłuchaj… – podszedł bliżej. – Chciałem wyjaśnić… Zrozumiałem. – Rozczarowałeś się? Sylwia okazała się nieidealna? Irek się skrzywił: – To nie tak… Młoda jest, atrakcyjna, ale… – zamilkł. – Nie mamy o czym rozmawiać. – Myślałeś, iż dziewczyny z piątego piętra pasjonują się PRL-em? – Walentina nieoczekiwanie się roześmiała. – Irek, jesteś naiwny! – Nie o to chodzi… – spochmurniał. – Walka, narobiłem głupot. Może można… – Nie – stanowczo pokręciła głową. – Nic już nie można. Wiesz co? Jestem ci wdzięczna. – Za co? – zaskoczony zamrugał. – Za to, iż odszedłeś. Dzięki temu zrozumiałam, iż życie nie kończy się na gotowaniu i sprzątaniu. – Walka, zrozumiałem. Chcę wrócić, wszystko naprawić – wyciągnął rękę. Odsunęła się łagodnie, ale stanowczo: – Nie, Irek. Nie chcesz wracać do domu. Bo tego starego domu już nie ma. Tej Wali, która prała twoje skarpetki i milczała przy kolacji, już nie ma. Nowej choćby nie znasz. Obawiam się, iż by cię wystraszyła. – Dlaczego? – Bo ona żyje dla siebie. W tej chwili podeszła mama, już bez laski – pod rękę z Michałem Skrzypczakiem. – O, Irek – rzuciła chłodnym tonem. – Wciąż tu? – Dzień dobry, pani Elżbieto – mruknął. – Już sobie idę. – I dobrze. A wiesz co? Następnym razem, jak będziesz chciał uciekać od starości, pomyśl. Może to nie ludzie wokół, tylko ty sam? Irek aż się wzdrygnął, jakby dostał po głowie. Rzucił się do wyjścia. – Mamo! – upomniała ją Walentina. – Nie trzeba było… – Co nie trzeba? – wzruszyła ramionami mama. – Mówić prawdę? A pan Michał zaproponował mi prowadzenie kółka „Bajki z naszego dzieciństwa” dla wnuków. Ciekawe! – Pani Elżbieta jest urodzonym opowiadaczem – uśmiechnął się Michał Skrzypczak. – Dzieciaki będą zachwycone. Walentina patrzyła na mamę – odmłodzoną, pełną życia – i myślała: może to właśnie jest mądrość? Nie walczyć z upływem lat, tylko przyjąć je jako dar. Szansę, by odkryć siebie na nowo. Dwa miesiące później Irek rozstał się z Sylwią. Podobno znalazła młodszego. A miesiąc później napisał do Walentiny krótką, roztrzęsioną wiadomość – pełną skruchy i próśb o wybaczenie. Nie odpisała. Po co? Teraz miała własne życie. Dwa razy w tygodniu – spotkania literackie. A wiecie co? W swoje pięćdziesiąt trzy lata pierwszy raz od dawna czuła się naprawdę młoda. Bo młodość to nie gładka skóra. To odwaga być sobą – w każdym wieku.

polregion.pl 3 dni temu

Nie zamierzam dożywać u boku starej ruderki warknął mąż.

Wystarczy! Mam dość! Igor z trzaskiem zatrzasnął szufladę, aż flakoniki z wodą kolońską podskoczyły. Dosyć tego gadania o chorych stawach i lekach! Chcę żyć, a nie wegetować w tym szpitalu!

Stoję w drzwiach sypialni. Patrzę, jak Igor pakuje do torby nieliczne rzeczy. Trzydzieści dwa lata wspólnego życia mieszczą się w jednym plecaku i reklamówce z adidasami. Ta myśl boli bardziej niż wszystko inne.

Igor zaczynam cicho mama po udarze nie da rady być sama. Czy ty to rozumiesz?

Twoja mama to twoja sprawa! Nie będę mieszkał z niedołężną staruszką rzuca na mnie, nie oderwawszy wzroku od pakowania. Mam pięćdziesiąt osiem lat, a nie osiemdziesiąt! Nie zamierzam zamieniać mieszkania w oddział intensywnej terapii!

Drżę. Od pół roku słowa młodość i starość pojawiają się w domu coraz częściej. Igor zaczął farbować siwe włosy, kupił rower i kurtkę z prawdziwej skóry. A potem pojawiła się Sylwia rozwiedziona, pełna życia sąsiadka z piątego piętra.

Przeprowadzasz się do niej? pytam, choć odpowiedź brzmi znajomo.

Igor odwraca się gwałtownie. Przez chwilę przebiega mu po twarzy wstyd, ale zaraz znika i zostaje tylko upór.

Tak, do niej. I wiesz czemu? Bo przy niej zapominam o wieku. Ona nie liczy moich siwych włosów. Nie wypomina chorego serca. Jest wolna. Rozumiesz?

Wolna. Słowo uderza mnie prosto w serce. Zerkam mimowolnie w lustro zmęczona twarz, nowe zmarszczki wokół ust. Dawniej nazywał mnie swoją pięknością, a teraz…

Już niedługo skończysz sześćdziesiąt lat, Igor ledwie szepczę. Naprawdę myślisz…

Co? rzuca z gniewem. Że nie zasługuję na szczęście? Nowe życie? Wielu w moim wieku…

Ucieka do młodszych kochanek? uśmiecham się gorzko. Smutna statystyka.

Wzrusza ramionami z irytacją.

Znowu to robisz! Zawsze wszystko obracasz w błoto! A ja chcę po prostu oddychać pełną piersią, wiesz?

Zapinając plecak, zamek błyskawiczny dźwięczy niczym wyrok.

Powiedz mamie, iż życzę jej zdrowia mruczy, idąc ku wyjściu. Mam nadzieję, iż będzie wam miło. Dwóm… zawahał się, ale dokończył: Dwóm starszym koleżankom.

Drzwi zatrzaskują się z hukiem. Siadam na łóżku i gapię się w jeden punkt. Dwóm starszym koleżankom. Przecież mam tylko pięćdziesiąt trzy lata. Czy to już starość?

Z pokoju obok dobiega cichy głos:

Valuśka, coś się stało?

Nic, mamo z trudem się podnoszę. Igor wyjechał. Ma sprawy do załatwienia.

Kłamstwo ściska w gardle, ale nie mogę powiedzieć prawdy. Jeszcze brakowałoby, żeby osiemdziesięcioletnia mama zaczęła siebie obwiniać o rozpad mojego małżeństwa.

Kolejne dni płyną szaro. Robię wszystko, co trzeba: gotuję, sprzątam, opieką się mamą. W głowie kołacze się jedno pytanie: kiedy? Kiedy przestałam dostrzegać mur, który się między nami postawił?

Przypominam sobie Sylwię. Od niedawna rozwiedziona, widywałyśmy się pod skrzynkami pocztowymi. Pełna energii, kolorowe sukienki, głośny śmiech. Szczerze jej współczułam sama z dzieckiem.

Potem zauważyłam, jak Igor zerka przez okno, gdy Sylwia spaceruje z psem. Jak przypadkiem wita ją pod blokiem, gdy wraca z pracy. Jak coraz częściej przesiaduje w piwnicy.

Córeczko głos mamy wyrywa mnie z zamyślenia myjesz jedną filiżankę już pół godziny. Usiądź ze mną.

Faktycznie stoję przy zlewie z jedną filiżanką w dłoni i patrzę przez okno.

Już kończę, mamusiu.

Waluś siada miękko, podpiera się oparciem krzesła wszystko rozumiem. Nie okłamuj mnie.

Mamo…

Zostawił cię, tak? Przeszedł do tej z piątego piętra?

Przytakuję, a łzy cisną się do oczu.

Głupi stwierdza z przekąsem mama. Wiesz, co się dzieje z facetami po sześćdziesiątce? Jakby im się diabeł do ciała wdał zaczynają szukać młodości tam, gdzie jej nigdy nie było.

Mamo, już dość.

Ale co dość? nieoczekiwanie śmieje się głośno. Twój ojciec też tak zdurniał w wieku pięćdziesięciu dwóch lat. Myślał, iż życie mu ucieka.

Patrzę na mamę z niedowierzaniem.

Tata? Nigdy nie mówiłaś…

I po co miałam mówić? wzrusza ramionami. Po dwóch miesiącach wrócił. Z podkulonym ogonem. Ale już go nie chciałam.

Naprawdę?

Tak. Mama puszcza do mnie oko. Przez te dwa miesiące zrozumiałam życie się nie kończy. Zapisałam się na kurs haftu. I co najlepsze poczułam, iż łatwiej mi żyć bez niego. Więcej powietrza, rozumiesz?

Przez chwilę milczy, patrząc na swoje ręce stare, w plamach wątrobowych, ale przez cały czas zręczne.

Widzisz, Waluś, lata nie są najważniejsze. Najważniejsze, co się dzieje w sercu. Ja mam osiemdziesiąt pięć, a ciągle czuję się młodą dziewczyną.

Uśmiecham się mimowolnie. Tak, to prawda. Mama, mimo bolącego kręgosłupa i chorób, promieniuje jakąś niezwykłą siłą życiową. Dlatego wszyscy chcą być blisko niej?

Igor mówi dalej mama nie ucieka od ciebie. On ucieka od siebie. Od lęku przed starością. Myśli, iż mając młodą obok, sam się odmłodzi.

Bronisz go? czuję, jak narasta we mnie żal.

Gdzie tam. Kręci głową. Szkoda mi go. Bo dobrze wiem, iż nie znajdzie tam tego, czego szuka. Przed czasem nie uciekniesz, Waluś. On i tak cię dogoni.

Nagle za oknem słychać śmiech. Zerkam: Igor z Sylwią spacerują po podwórku, niesie jej siatki; coś mówi, ona z werwą gestykuluje, a on patrzy na nią z zachwytem a moje serce boleśnie się zaciska.

Nie zamęczaj się tym mama ciągnie mnie za rękę od okna. Chodźmy na herbatę. Mam jeszcze miodowe pierniki.

Mamo, jakie pierniki? mój głos drży.

On głupi, to jego wybór powtarza mama spokojnie. Ty szukaj swojej drogi. Wiesz co? Jutro pójdziemy do parku. Po remoncie jest tam naprawdę ładnie.

Chcę powiedzieć, iż nie mam siły na spacery. Ale w głosie mamy jest coś, co każe mi milczeć. Może naprawdę czas żyć?

Park zaskoczył. Po modernizacji jest zupełnie inny nowe alejki, fontanny, przytulne ławki. W centrum kulturalnym obok rozbrzmiewa cicha muzyka.

Spójrz mama zatrzymuje się przy tablicy ogłoszeń nabór do klubu literackiego. I do studia tańca. O, choćby joga dla seniorów!

Mamo, tylko nie mów, że…

A czemu nie? udaje poważną, a w jej oku błyska figlarnie. W moim wieku mogę jeszcze pokazać, co potrafię!

Na dowód macha ręką jej laska wysuwa się i spada z hukiem na chodnik.

Oj! mama zawstydzona.

Pozwoli pani pomóc ktoś mówi uprzejmie.

Elegancki mężczyzna podnosi laskę. Kłania się lekko.

Proszę bardzo.

Dziękuję, bardzo uprzejmie mama nieoczekiwanie się rumieni.

Michał Szymański przedstawia się. Prowadzę tu spotkania literackie. Widzę, iż interesuje się pani naszymi wydarzeniami?

No tak… zaczynam, ale mama mnie przerywa:

Oczywiście! Moja córka świetnie pisze wiersze. Jeszcze w czasach studenckich publikowała w gazetce.

Mamo! czerwienię się. To dawne czasy.

Poezja nie zna czasu mówi łagodnie Michał. jeżeli macie chęć, właśnie zaczynamy dyskusję nad nowymi tekstami. Zapraszam.

Tak właśnie trafiłam do klubu literackiego. Sama nie wiem, jak chciałam tylko towarzyszyć mamie, a wciągnęło mnie. Zapach starych książek, stonowane rozmowy, uważne twarze tworzyły inne życie. Tam nikt nie oceniał wyglądu czy wieku. Liczyły się myśli i uczucia.

Potem wieczór poetycki. Kameralny, tylko dla znajomych. A ja denerwowałam się jak przed maturą.

Czytałam wiersze o miłości, o stracie, o tym, iż życie nie kończy się na bólu. Z każdym wersem coś we mnie się rozluźniało, budziło, ożywało.

W drodze do domu wpadłam na Igora. Wracał od Sylwii. Stał niepewnie, jak winny chłopiec.

Waluś, świetnie wyglądasz.

Patrzę na niego milcząco. Dziwne, nie boli mnie już to spojrzenie. W środku tylko spokój i lekka rezygnacja.

Dziękuję mówię obojętnie. To już wszystko?

Nie, chciałem… przepraszam… chciałem wyjaśnić. Zrozumiałem wiele…

Że się rozczarowałeś? lekko unoszę brew. Czy Sylwia okazała się mniej idealna?

Skrzywił się niepewnie:

Nie to miałem na myśli. Ona jest młoda, atrakcyjna, ale… zawiesił głos. Nie mamy o czym rozmawiać.

Sądzisz, iż trzydziestopięcioletnie kobiety dyskutują o kulturze PRL? śmieję się z niedowierzaniem. Igor, naiwność cię zgubiła.

W ogóle nie o to chodzi marszczy brwi. Waluś, chyba zrobiłem coś głupiego. Może…

Nie mówię stanowczo. Nic nie może być. Wiesz, choćby jestem ci wdzięczna.

Za co? mruga zaskoczony.

Za to, iż odszedłeś. Za to, iż kazałeś mi zrozumieć, iż życie to nie tylko kuchnia i sprzątanie.

Chcę wrócić do domu wyciąga rękę. Naprawimy wszystko.

Cofam się łagodnie, ale zdecydowanie:

Nie, Igor. Nie chcesz wrócić do domu. Domu już nie ma. Tej Wali, która ci prała skarpetki i milczała przy kolacji, już nie ma. A z nową się nie znasz. I chyba by cię przestraszyła.

Dlaczego?

Bo ona żyje dla siebie.

W tym momencie podchodzi mama, bez laski pod rękę prowadzi ją Michał Szymański.

Och, Igor patrzy chłodno. przez cały czas tu jesteś?

Dzień dobry, pani Elżbieto bąka. Już wychodzę.

I słusznie kiwa głową. A następnym razem, gdy zachce ci się uciekać przed wiekiem, zastanów się: może problem nie w innych?

Igor drży, jakby dostał z liścia. Odwraca się i gwałtownie znika.

Mamo! szepczę nie trzeba było…

A czemu nie? wzrusza ramionami. Prawdę trzeba mówić. Michał Szymański zaproponował mi prowadzenie kółka Bajki z naszego dzieciństwa dla wnuków. Fajny pomysł.

Pani Elżbieta ma dar opowiadania uśmiecha się Michał. Dzieci będą zachwycone.

Patrzę na mamę odmłodzoną, z błyszczącymi oczami i myślę: może na tym polega mądrość? Nie walczyć z wiekiem, tylko przyjąć go jako dar? Szukać w sobie czegoś nowego?

Po dwóch miesiącach Igor rozstał się z Sylwią. Mówiono, iż ona znalazła sobie kogoś młodszego. A jeszcze miesiąc później przysłał mi wiadomość krótką, pełną żalu i próśb o wybaczenie. Nie odpisałam.

Po co? Mam własne życie. Dwa razy w tygodniu spotykam się z klubem literackim. I wiecie co? W wieku pięćdziesięciu trzech lat czuję się po raz pierwszy od dawna naprawdę młoda. Bo młodość to nie skóra bez zmarszczek. Młodość to odwaga bycia sobą. Niezależnie od metryki.

Idź do oryginalnego materiału