noc i cisza w niej, zaburzona swojskim klekotem
przejeżdżającego traktora. oho, myślę, ktoś
nakradł drewna i przemyka się pod osłoną.
a może nie mam racji, to wielki kaszaniciel
naładował całą bitkę przedwiecznych arrasów,
gobelinów tkanych najzłotszą z nici i wiezie do lasu,
by tam zgniły, mech je obrósł i grzyb pokrył,
aby stały się butwozą przykrego kształtu.
zamykam oczy, ćwiczę zdolności jasnowidcze.
choroba, rosną mi pod powiekami sęki, z łez
wytrąca się żywica. a więc miałem rację,
ktoś transportuje bogato zdobione tkaniny,
postaci wyszyte na jedwabiach.












