Pamiętam, jak dawno temu odwiedziła nas rodzina zjawiła się z prezentami. Po chwili jednak domagali się, abyśmy wystawili je na stół.
Tamten dzień przypominam sobie doskonale. Uprzedzili nas wcześniej o wizycie, więc bez ogródek uprzedziłam ich, iż ledwo wiążemy koniec z końcem. Nie umieraliśmy z głodu, ale żyliśmy bardzo skromnie. Byłam już wtedy na emeryturze, a mój syn Marek zarabiał tyle, co nic. Ledwie wystarczało nam na najpotrzebniejsze rzeczy, a o przyjmowaniu gości nie było mowy. Mimo to przyjechali, nie z pustymi rękami przynieśli mnóstwo smakołyków i upominki.
Marek podziękował za prezenty i gwałtownie schował je do szafki. Tak jak tłumaczyłam, jasno dałam do zrozumienia, iż biedujemy. Na obiad na stole pojawił się chleb z masłem, herbatniki i herbata z lipy. Rodzina zjadła z grymasami na twarzach, ale nie powiedzieli ani słowa. Nie obchodziło mnie to, bo ostrzegałam, iż nie stać nas na wystawne przyjęcie. Mieliśmy, co mieliśmy, nic ponadto.
Na kolację była lekka zupa, kromki chleba, serek topiony, kanapki z zimnym mięsem i znowu herbata. Widać było, iż liczyli na coś lepszego twarze mieli naburmuszone i niezadowolone.
W końcu jedna z kuzynek, Zofia, zaczęła dopytywać, czemu nie podaliśmy tego, co przywieźli. Nie mogłam się nadziwić jej pytaniu. Przecież przywieźli dary czy raczej przynieśli coś dla siebie? jeżeli to miało być dla nich, mogli poprosić, by schować do lodówki.
Kłócili się z nami dość długo, a następnego dnia spakowali manatki i wyszli bez słowa. Szczerze? Niespecjalnie mnie to obeszło, nie pragnęłam mieć ich znów pod dachem. Cóż, zostawili po sobie przynajmniej trochę pożytecznych rzeczy: ciastka, wątróbkę, beziki, owoce zawsze coś. Wieczorem usiadłam z Markiem przy herbacie, wyciągnęliśmy po kawałku ciasta i pomyśleliśmy, iż z takich wizyt lepiej jest już tylko wspominać teczący się zapach domowego ciasta niż kolejne sprzeczki.











