Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć, bo do tej pory siedzi mi to w głowie. Wiesz, mieszkamy z Anką na stałe w Warszawie, ale jej rodzice mieli przed laty dom na wsi, niedaleko Skierniewic. Kiedy jeszcze żyli teściowie, często tam wpadałem z Anką wieczorne siedzenie pod wielką gruszą, gadki do zmierzchu, swojskie kolacje No bajka, takie sielskie klimaty, których się nie zapomina. Zimą u teściowej zawsze pachniało ciastem drożdżowym i jabłecznikiem, a w piecu trzaskał ogień. Cudownie było.
Kiedyś z Anką razem lubiliśmy pojeździć na nartach, poszaleć na sankach na pagórku za stodołą. Ale potem rodzice Anki umarli. Zostawiliśmy dom tak, jak był, bo mieliśmy plan jeździć tam tak samo często jak dawniej. Życie jednak napisało inny scenariusz.
Zawsze się coś znalazło do roboty. Później przestaliśmy już o tym domu w ogóle rozmawiać. Minęły lata, nie wiadomo kiedy. Syn dorósł, ożenił się z Jolą. Jola, tak między nami, nieraz rzucała, iż fajnie by było choć latem zamieszkać na wsi. Przypomnieliśmy sobie właśnie wtedy o tej chałupie. I wiesz co? Pojechaliśmy pierwszym możliwym terminem we dwójkę z Anką zobaczyć, jak to wygląda po takiej przerwie.
Dom stał, jak stał, ale mocno zaniedbany. No to wzięliśmy się za sprzątanie Anka w domu, ja na podwórku. Szczerze mówiąc, byłem przekonany, iż po tylu latach zarosło to wszystko na amen i będzie już tylko gorzej. A tu wystarczyło trochę roboty: tu wyplewić, tam przetrzeć i od razu inny klimat! Następnego dnia zjechały dzieciaki. Też się wzięli za sprzątanie, a w jeden dzień chałupa zrobiła się jak malowanie. Kobiety pichciły w kuchni, a ja z synem dłubaliśmy przy starej ławie i ławkach pod tą gruszą.
No i wtedy właśnie pojawiła się nasza nowa sąsiadka Jeszcze tego dnia zauważyłem, iż ktoś podgląda nas zza płotu. Podeszła, przedstawiła się, mówi, iż kupiła dom obok, chciała się przywitać. Polska gościnność nie pozwala tak po prostu odejść, więc zaprosiliśmy ją na kolację. Barbara tak miała na imię, typowa Basia z miasta, po rozwodzie, córka z trójką dzieci mieszka gdzie indziej. No i słuchaj, zagadywała nas wszystkich, a przy okazji pod stołem zaczęła mnie szturchać nogą! Przysięgam, jeszcze takich cyrków nie miałem. Od razu cofnąłem nogę, nieswojo mi się zrobiło, bo jeszcze Anka zauważy Ale Barbara cały czas nawijała, zupełnie jakby nic się nie stało.
Dzieci już trochę marudziły, każdy miał dość. Przy sprzątaniu stołu Anka rzuciła tylko cicho, iż Basia to lekkodusza i trudno się z tym było nie zgodzić. Nie przyznałem się, co się działo pod stołem, wstyd mi było okropnie. Mam wrażenie, iż ta kobieta nie pierwszy raz takie rzeczy wyprawiała.
A następnego dnia Basia znów wisiała na naszym płocie. Przyszła z gadką, iż może wpadniemy na kawę. Anka, zanim się rozkręciła, powiedziała wprost:
Basia, mamy dzisiaj mnóstwo roboty, nie damy rady się spotykać jak wczoraj.
Basia na to:
A może jutro?
A Anka spokojnie:
Jutro też się nie uda. Prosimy, nie przychodź do nas więcej.
I tyle. Dzielna była, nie? Basia jeszcze coś burknęła pod nosem i poszła obrażona, ale już mnie to nie obeszło. Moim zdaniem Anka zrobiła, co trzeba. Jesteśmy otwarci, ale od razu czujemy, komu można ufać, a komu nie. No i na pewno z Basią więcej kontaktów mieć nie będziemy.
Ach, życie na polskiej wsi ma swoje smaczki nudzić się nie ma kiedy.













