Najważniejsze w życiu Gorączka u Leny pojawiła się nagle – termometr wskazał 40,5°C, a chwilę późni…

polregion.pl 6 dni temu

Najważniejsze

Temperatura u Celiny wzrosła w mgnieniu oka. Termometr pokazał 40,5 stopni, a niemal równocześnie zaczęły targać nią drgawki. Jej ciało wyginało się tak gwałtownie, iż Irmina zastygła na chwilę, nie wierząc własnym oczom, a potem rzuciła się do córki, ledwo powstrzymując drżenie rąk.

Celina zaczęła się dławić pianą, jej oddech urywał się, jakby coś ściskało ją od środka. Irmina próbowała rozchylić jej usta palce ślizgały się, nie słuchały, ale w końcu jej się udało. Dziewczynka nagle zwiotczała i zapadła w głęboką nieświadomość. Pięć czy dziesięć minut nikt by nie powiedział, czas płynął wyłącznie według uderzeń Irminy serca, dudniących głucho w skroniach.

Pilnowała, by język Celiny nie zapadł się do gardła, trzymała jej głowę, gdy drgawki były gorsze niż rażenie prądem. Cały świat kurczył się do jednej myśli: Celina musi zaczerpnąć oddechu. Celina musi wrócić.

Irmina krzyczała do kuchni, do ścian, w pustkę i w niebo. Krzyczała w telefonie, wykrzykując przez łzy imię córki do dyspozytorki pogotowia, jakby głos mógł zawrócić dziecko z tamtej strony.

Gdy dodzwoniła się do Michała, łkając, ledwo zdołała wydusić z siebie tylko:

Celina… Celina prawie umarła…

Lecz w słuchawce Michał usłyszał inne słowo krótkie, lodowate: umarła.

Chwycił się za serce; ból przeszył go jak rozpalony nóż. Kolana ugięły się pod nim i niemal bezgłośnie zsunął się z fotela na podłogę, jakby nagle zabrakło w nim wszystkiego sił, myśli, przyszłości

Próbowano go podnieść, ktoś podał krople, ktoś szklankę wody, ktoś głaskał po plecach wszyscy mówili coś łagodzącego, ale słowa rozbijały się o jego rozpacz jak bałtyckie fale o molo w Sopocie.

Michał nie panował nad sobą. Palce drżały nerwowo, szkło dzwoniło o zęby, a z gardła wyrywały się urwane sylaby, jak z zepsutego zegara:

U-u… umm… r-r… ła… Ce-ce-lina… u-umar-ła…

Usta zbielały, oddech stał się płytki, dłonie obce i sztywne.

Szef, pan Witalis Jarosiewicz, nie tracąc ani sekundy, podtrzymał Michała pod ramiona i niemal wciągnął go do swojego masywnego suv-a. Drzwi zatrzasnęły się echem.

Dokąd?! Gdzie jechać?! krzyczał mu prosto w twarz, próbując przebić się przez mgłę Michałowego przerażenia.

Ten siedział jak oślepły, szeroko otwartymi oczami wlepiony w pustkę. Przez chwilę choćby nie mrugał, jakby utkwił gdzieś pomiędzy snem a jawą, rzeczywistością i koszmarem.

Na dziecięcy… do miejskiego szpitala… wykrztusił Michał, każde słowo wyciskał przez ból i strach, który rwał mu gardło.

Szpital był daleko za daleko dla kogoś, kto przed chwilą usłyszał najgorsze słowo w swoim życiu.

Witalis Jarosiewicz dodał gazu, samochód rzucało od pasa do pasa, a światła sygnalizacji rozpływały się w czerwonych i zielonych plamach. Czerwone, zielone wszystko jedno!

Na jednym skrzyżowaniu ślizgnęli się bokiem tak raptownie, iż czarny, błyszczący jeep wyrósł nagle tuż obok, jakby wyrosły z ulicznego asfaltu.

Od zderzenia dzieliły ich milimetry. Witalis szarpnął kierownicą, auto obróciło się bokiem, opony pisnęły, poleciały iskry. Drugi samochód przeleciał tuż obok, zostawiając w powietrzu smród spalonej gumy i poczucie, iż śmierć przeszła tuż obok, niemal dotykając.

Michał tego nie zauważył.

Łzy ciekły nieprzerwanie. Skulony, przyciskał pięść do ust, by nie rozpłakać się na cały głos.

I wtedy rozbłysk. Jakby jakiś wewnętrzny seans wspomnień włączył się na sekundę.

Celina, trzyletnia, chora na anginę, tak ciężko, iż termometr pokazał cyfry, od których dorosłym miękną kolana. Pogotowie zrobiło zastrzyk, zalecili czopki.

Mała Celinka stoi na łóżku w piżamce w biedronki, cała rozpalona, zapłakana od łez. Irmina już pół godziny ją namawia. Celina szlocha, przeciera oczka piąstkami, wreszcie poddaje się i smutnym głosem mówi:

No dobrze, wsadź… tylko nie zapalaj!

Michał prawie osunął się wtedy ze śmiechu pod łóżko. Przecież kilka dni wcześniej byli w kościele. I zapamiętała, iż świecę trzeba podpalić.

Witalis wyciągnął samochód na szeroką aleję długą, zalaną światłami, zimną jak ostrze brzytwy.

A pamięć, jakby na przekór, podrzuciła kolejny obraz.

Po paru tygodniach Celinka wspina się na ogromną szafę. Zwinna, niepokorna małpka. Wdrapuje się pod sam sufit i piszczy tam z dumą.

W następnym ułamku sekundy szafa zaczyna się niebezpiecznie przechylać. Huk. Ciężki mebel upada. Irmina krzyczy, Michał rzuca się naprzód, ale za późno. Grzmot trzęsie pokojem.

Celina przeżyła. Siniaki, strach, łzy i ogromna wedlowska czekolada, którą próbowali uciszyć jej szloch.

Na widok czekolady Celinka nagle przestała łkać jakby ktoś przełączył niewidzialny przycisk. Otarła nos rękawem i spytała poważnie:

Można dwie na raz?

Czekolada była jej guzikiem szczęścia.

Michał wtedy pomyślał, iż gdyby czekolady wydawano w szpitalach, ludzie wymyśliliby już życie wieczne.

A potem

Cisza domu, wieczór, lampka żarzy się ciepło.

Irmina mówi:

Jutro pójdziemy do kościoła. Zapalimy świeczkę za zdrowie.

Celina poważna bardziej niż papież pyta:

W pupę, czy jak?..

Irmina zakryła twarz dłońmi, a Celina patrzyła na oboje z miną: No zdecydujcie się, z czego się śmiejecie.

Teraz, w aucie, te dziwne jej słowa uderzyły go prosto w serce.

Bo w tych zabawnych nieporadnościach była sama esencja życia.

Jej życia.

Szef jednak dowiózł Michała do szpitala. Dojechali z szarpnięciem, jakby auto bało się zatrzymać choćby na sekundę dłużej.

Żyje to pierwsze, co usłyszał Michał Zabrano ją natychmiast na OIOM, już kilka godzin lekarze nic nie mówią.

Irminę wpuszczono do dziecka. Michałowi pozostało czekać i modlić się…

——-

Była pierwsza w nocy ta godzina, kiedy świat zamiera, stając się bezkresnie samotny. Michał podniósł głowę i spojrzał na okno na drugim piętrze, gdzie ratowano jego córeczkę.

W oknie, jak w upiornym filmie, pojawiła się Irmina. Stała prosto, ręce wzdłuż ciała, wzrok wbity prosto przez szybę, jakby patrzyła wprost na niego. Żadnego gestu, żadnego oddechu, tylko trwanie.

Wymachiwał do niej ręką, jakby mógł odpędzić tym ruchem ich wspólny strach. Zadzwonił nie odebrała. Patrzyła tylko, jak cień, jak duch miłości, która boi się zniknąć, jeżeli się poruszy.

Nagle jego telefon zadzwonił. Krótko. Ostro.

Usłyszał tylko:

Proszę wejść.

I od razu rozłączono.

Lęk spadł na niego gęsto jak syrop. Próbował wstać nogi nie słuchały. Ciało jakby zlepiło się z ziemią, która nie chciała go puścić, by nie wpuścić do środka, żeby nie musiał poznać najgorszego słowa.

Musiał iść. Ale strach mroził go w pół ruchu.

Wtedy z drzwi wyszła młoda pielęgniarka. Ubrudzony fartuch, zmęczone oczy, rozdeptane białe kroksy. Ruszyła w jego stronę.

Michał spojrzał na nią i poczuł, jak świat się zapada.

Już wszystko. Koniec. Za chwilę usłyszy.

Pielęgniarka pochyliła się lekko i powiedziała cicho, ale wyraźnie, jakby deklamowała wyrok tylko tym razem jasny:

Będzie żyła. Kryzys minął…

I świat się zakołysał.

Wargi zaczęły drżeć, stały się obce jak należące do kogoś innego. Siedział, próbując powiedzieć choć dziękuję, choć Boże, choćby poprawnie nabrać powietrza. Ale tylko kąciki ust lekko się poruszały, ręce telepały się, a po twarzy płynęły ciepłe, prawdziwe łzy życia.

——-

Po tej nocy dla Michała wiele rzeczy przestało mieć znaczenie.

Nie bał się już stracić pracy. Przestał obawiać się, iż wygląda śmiesznie, nieporadnie, głupio.

Jedyne, co naprawdę miało dla niego wagę to pamięć tamtej nocy. O tym, jak świat w jednej sekundzie może się przerwać. O tym, jak łatwo może zniknąć ktoś, dla kogo gotów byłby przerzucić góry…

Wszystko inne stało się lekkie, przezroczyste, nieważne.

Jakby świat Przed i świat Po oddzielała cieniutka linia strachu.

Wszystkie inne lęki rozpuściły się, jak niepotrzebny szum przed prawdziwą ciszą.

Idź do oryginalnego materiału