Bartosz ściskał mnie w hali odlotów krakowskiego lotniska, a jego szloch brzmiał, jakby wycinał scenę z taniego serialu. Głowa mu drżała, ramiona pod elegancką wełnianą marynarką trzęsły się miarowo. Mówił, iż mu przykro, iż firma ojca tonie, iż muszę być silny. Ja, Aleks, osiemnaście lat, matura ledwo zdana, zostałem na lodzie z długiem w oczach i plikiem faktur, których nikt nie chciał dotykać.
A trzy minuty wcześniej, w toalecie na pierwszym piętrze terminalu, wycierałem z oczu sztuczne łzy i sprawdzałem w lustrze, czy czerwone naczynka wyglądają wiarygodnie. Szło mi dobrze. Za dobrze. Gdyby nie adrenalina, pewnie sam bym się wzruszył.
— Nie zostawiaj mnie z tym, Bartek — wyszeptałem mu w ramię. — Wierzyciele dzwonią co rano. Tydzień temu kurator groził zajęciem kamienicy na Kazimierzu.
Odsunął mnie lekko, popatrzył na mnie z wyższością, jakby sprawdzał, czy naprawdę wierzę w to, co mówię. Jego drogie perfumy pachniały wanilią i tytoniem. Na szyi pod koszulą połyskiwał łańcuszek, który ojciec kupił mu na trzydzieste urodziny. Ja dostałem wtedy rower górski.
— Musisz dorosnąć, bracie — powiedział, wkładając mi do ręki zmiętą chusteczkę. — Życie bywa okrutne, ale jakoś się pozbierasz. Sprzedaj drukarnię. Spłać, co się da.
— A co z tobą? — spytałem, pociągając nosem.
— Ja lecę do Dubaju. Ktoś musi ratować rodzinę, zanim banki zeżrą resztę.
Ktoś. Zawsze był tym kimś. A ja tym młodszym, co to myli fakturę VAT z listem przewozowym. Tak w każdym razie opowiadał przy niedzielnym obiedzie, zanim firma ojca zaczęła się sypać.
Za plecami Bartka tablica lotów zmieniała godziny. Lot do Dubaju — boarding. Wziął walizkę, poprawił klapę marynarki i ruszył w stronę kontroli bezpieczeństwa, nie oglądając się już ani razu. Minął stanowisko, gdzie celnik z obojętną miną sprawdzał paszport. Jego krok był lekki, plecy proste. Wiedziałem, iż się uśmiecha, chociaż nie widziałem twarzy. Prawie słyszałem, jak myśli: „Uciekłem”.
Odczekałem sześćdziesiąt sekund. Sześćdziesiąt długich, naliczyłem do końca, patrząc, jak za szklaną ścianą znikają jego granatowe spodnie od garnituru. Potem otarłem policzki rękawem bluzy. Z kieszeni wyjąłem telefon. Na ekranie czekało powiadomienie z aplikacji mBanku, które ustawiłem trzy dni wcześniej, siedząc na ławce na Plantach, żeby nikt nie widział, jak wchodzę w menu firmowe.
Komunikat był krótki i brzmiał jak wyrok:
„Transakcja międzynarodowa na kwotę 2 900 000 PLN wstrzymana. Podejrzenie malwersacji. Konto firmowe tymczasowo zablokowane. Zgłoszenie do Generalnego Inspektora Informacji Finansowej utworzone automatycznie.”
Bartosz nie wiedział, iż bilet do Dubaju kupił firmową kartą kredytową, do której dostęp miał też jego „nieudolny” młodszy brat. Konkretnie ja. Przez pół roku, nocami, w drukarni śmierdzącej farbą olejną i kurzem, sprawdzałem każdy przelew, każdy dokument księgowy, który przechodził przez firmowe skrzynki. Bartosz myślał, iż ściągam pirackie filmy i siedzę na forach. A ja uczyłem się, jak wygląda pranie pieniędzy w małej polskiej spółce z ograniczoną odpowiedzialnością.
Kiedy znalazłem potwierdzenie sprzedaży kamienicy na Kazimierzu i przelew do emirackiego banku w Abu Zabi na kwotę, która zamykała wszystkie zobowiązania, napisałem wiadomość do działu bezpieczeństwa mBanku. Zwykły formularz, osiemnaście linijek. Dodałem skany faktur, numer księgi wieczystej, wyciąg z KRS. Po prostu poprosiłem o „monitoring rachunku firmowego” i zaznaczyłem opcję: „blokada środków przy pierwszej transakcji zagranicznej z karty płatniczej powiązanej z kontem”.
Potem czekałem. Bartosz wyjechał do Warszawy po „finalizację dokumentów”, a wrócił z katalogiem apartamentów w Dubai Marina. Śmiał się, iż Polska jest za ciasna dla ludzi z wizją. Matka pokiwała głową. Ojciec milczał, bo od dwóch lat nie mógł już mówić po wylewie. A ja dalej parzyłem im herbatę i liczyłem dni.
W terminalu, po tym jak zniknął, usiadłem na metalowej ławce naprzeciwko automatu z kawą. Napiłem się coli, którą kupiłem jeszcze przed jego przyjściem. Zostało mi pół kubka, syrop przykleił się do ust. Do dziś pamiętam, iż nie dopiłem do końca, bo wtedy rozdzwonił się telefon.
Bartosz.
Nie odebrałem od razu. Przesunąłem palcem po ekranie dopiero po czwartym sygnale, bo wiedziałem, iż dopiero teraz dotarł do gate’u i otworzył aplikację bankową, żeby sprawdzić, czy pieniądze już są. W słuchawce usłyszałem stłumiony odgłos lotniska i jego przerywany oddech.
— Co to kurwa jest? — wysyczał. — Dlaczego konto zablokowane? Aleks, co ty zrobiłeś?
— Nic, Bartek. Po prostu wysłałem formularz do banku — odpowiedziałem, patrząc na pusty neon reklamy lotniska. — Z prośbą o wyjaśnienie, czemu firma, która ma ogłoszoną upadłość, robi przelew do banku w Abu Zabi na dwa i pół miliona, a prezes ucieka do Dubaju.
— Ty gnoju… Ja to odkręcę. Zadzwonię do nich. Powiem, iż to błąd.
— Możesz dzwonić. Sprawa jest w GIIF. Pieniądze leżą teraz na rachunku depozytowym i pójdą na spłatę wierzycieli, których sam wpisałeś do wniosku o upadłość. Tylko podpisać, wysłać.
W tle usłyszałem komunikat po angielsku, potem polski głos z bramki. „Pasażerowie lotu do Dubaju proszeni są o…”
— Zablokowałeś moje życie — warknął.
— Nie, Bartek. Ty zablokowałeś firmę ojca. Ja tylko wskazałem bankowi, gdzie szukać.
Rozłączył się pierwszy. Zawsze to robił, kiedy brakowało mu argumentów.
Siedziałem jeszcze chwilę, patrząc, jak dwie sprzątaczki w zielonych kamizelkach zbierają kubki z podłogi. Jedna z nich zatrzymała się obok mnie, wskazała palcem mój papierowy kubek po coli.
— Zostawić panu? — spytała.
— Proszę wyrzucić — odparłem.
Wyszedłem z terminalu. Na dworze pachniało mokrym asfaltem i spalinami autobusów. Siąpił deszcz. Przez chwilę stałem pod zadaszeniem, potem ruszyłem w kierunku przystanku komunikacji miejskiej. W dłoni ściskałem brelok z napisem „Atrium Druk” — tani, plastikowy, kupiony w hurtowni artykułów reklamowych w Nowej Hucie, który ojciec dał mi, gdy miałem osiem lat i po raz pierwszy przyszliśmy do zakładu. Został mi w kieszeni od rana.
Bartek do dziś jest w Dubaju. Raz na pół roku dzwoni, najczęściej w nocy, czasem pisze wiadomości, w których obiecuje, iż wróci i „wyrówna rachunki”. Nie wrócił ani razu. Z konta emirackiego zniknęły wszystkie środki, bo bank tamtejszy zamroził mu je po piśmie z Polski. Nie ma choćby na powrót.
Dwa tygodnie po jego wylocie, w krakowskim sądzie, jako jedyny spadkobierca po ojcu, podpisałem dokumenty restrukturyzacyjne drukarni. Potem spłaciłem wierzycieli do grosza, włącznie z odsetkami — czterdzieści jeden tysięcy złotych. Kamienica na Kazimierzu wróciła do majątku firmy, bo sprzedaż okazała się nieważna, a notariusz, który ją poświadczył, sam poszedł na policję.
Teraz drukarnia nosi inne logo, ale to samo nazwisko. Nie sprzedałem. Zbudowałem ją na nowo, tym razem bez wspólników. W czerwcu skończę dwadzieścia cztery lata. Bartosz nie dostanie ani złotówki. Ani jej części.
Ostatniej zimy, kiedy chodziłem po biurze, wpadł mi w ręce stary segregator z planami sprzedaży, który kiedyś opracował Bartosz. W środku znalazłem kartkę napisaną jego ręką: „Najsłabsze ogniwo: Aleks. Wszystko podpisać za niego, nie zorientuje się.”
Zgniotłem kartkę i wrzuciłem do niszczarki. Potem poszedłem na dół, do drukarni, i obejrzałem, jak nowa maszyna offsetowa odbija pierwszą partię ulotek dla lokalnej piekarni. Chłopak przy maszynie zapytał, czy dotrzymać nakładu.
— Podnieś o dwieście — odpowiedziałem. — Będzie na zapas.
Wyszedłem z hali, a za mną toczyły się wałki, pachniało farbą i kawą z automatu. Na parapecie leżał mój stary brelok sprzed lat. Ktoś go znalazł w szufladzie i położył na widoku. Schowałem go do kieszeni. Tam, gdzie jego miejsce.












