Tydzień przed Dniem Kobiet niemal wybiegłem z sali sądowej. Oczy miałem zamglone od łez. W głowie wciąż dźwięczały mi słowa: nie jesteście już mężem i żoną. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ona mi to zrobiła? Za co spotkała mnie taka kara?
Ożeniłem się bardzo młodo, bo miałem zaledwie 19 lat, gdy związałem się z Dorotą. Byliśmy wtedy do szaleństwa zakochani namiętność, nieprzespane noce, życie, jakbyśmy chodzili z głową w chmurach. Przez pięć lat to była prawdziwa miłość. Starałem się robić dla niej wszystko każdego ranka parzyłem jej kawę do łóżka, gotowałem jej ukochane pierogi i dbałem o to, by w mieszkaniu zawsze panowała przytulna atmosfera.
Niestety, jej rodzice od początku mnie nie zaakceptowali. Ciągle powtarzali, iż ich córka powinna znaleźć sobie lepszego męża, starali się nas skłócić na różne sposoby. Z czasem wyraźnie zauważyłem, jak Dorota zaczyna się ode mnie oddalać. Stawała się coraz bardziej zamknięta, coraz częściej była dla mnie chłodna i wymagająca.
Nasza córka Zuzanna miała wtedy pięć lat. Dorota na początku była troskliwą matką rozpieszczała Zuzię, poświęcała jej mnóstwo czasu i uwagi, ale w miarę upływu lat zaczęła się od niej odsuwać. Winię teściów, którzy próbowali Dorotę przekonać, iż Zuzia nie jest do końca moim dzieckiem (choć każdy, kto zna rodzinę, dostrzega w niej moje rysy twarzy). Z czasem Dorota coraz częściej bywała u rodziców, czasami znikała na całe dnie, a gdy wracała, wyładowywała na mnie złość. Starałem się być dobrym mężem: dbałem o siebie, dbałem o dom, szukałem porozumienia.
Pamiętam, jak pewnego wieczoru podczas kłótni Dorota straciła panowanie nad sobą i uderzyła mnie. Do końca nie mogłem uwierzyć, iż to się naprawdę stało, ale wciąż wierzyłem, iż możemy się pogodzić. Niestety, kilka tygodni później powiedziała mi wprost, iż chce rozwodu. Zostawiła mnie i naszą córkę. Prosiłem, próbowałem rozmawiać, błagałem, żeby nie niszczyła naszej rodziny. Nie chciała słuchać.
Wciąż ją kochałem i nie wyobrażałem sobie życia bez niej, choćby już po rozwodzie. Zasądzono jej niewielkie alimenty musi się rozliczać z każdego wydanego złotego, wymaga ode mnie paragonów choćby za zwykły chleb. Czuję się upokorzony, prosząc o pieniądze dla naszego dziecka, choć matka nie widzi potrzeby dokładać się do jego utrzymania.
Dorota rzadko widuje się z Zuzią, czasami weźmie ją na weekend, ale najczęściej wszystko odwołuje. Córka czuje chłód ze strony mamy i coraz mniej chce się z nią spotykać. Była żona zarzuca mi, iż nastawiam córkę przeciwko niej, ale ja tylko pragnę, by Zuzka czuła się kochana. Sam nie potrafię się pogodzić z rozstaniem i nie ukrywam łez. Od kiedy się rozstaliśmy, schudłem i zmagam się z depresją. Zdarza się, iż podnoszę głos na córkę, chociaż wiem, iż to nie jej wina.
Jak mam żyć z pękniętym sercem? Każdego dnia zaglądam na profile Doroty na Facebooku obserwuję jej nowe życie. Ostatnio dowiedziałem się, iż planuje ślub z kimś innym, co jeszcze bardziej mnie dobiło.
Rozumiem, dlaczego już prawie nie widuje córki, i wiem, iż Zuzka tym bardziej nie chce się z nią spotykać. Rozum mówi mi, iż to koniec, ale serce nie chce tego zaakceptować. Jak mam sobie z tym wszystkim poradzić?








