Na stare lata dzieci nagle sobie przypomniały, iż przecież mają matkę, ale ja nigdy nie zapomnę, jak mnie potraktowały.
Gdy mój mąż postanowił przeprowadzić się do młodszej kobiety, dzieci stanęły po jego stronie bo przecież był szanowanym dyrektorem dużej fabryki w Poznaniu. Przez wiele lat choćby nie słyszały o moim istnieniu, a ja zostałam zupełnie sama. Dopiero niedawno okazało się, iż były mąż odszedł na tamten świat, a cały majątek przepisał na swoją młodą żonę.
I wtedy cudowna odmiana! dzieci nagle sobie o mnie przypomniały. Oczywiście zaczęły mnie odwiedzać częściej niż kontroler z ZUS-u. Ale dobrze wiem, skąd ten nagły zryw rodzinny Ostatnio córka zaczęła mówić półsłówkami, iż czas pomyśleć o przyszłości i a jakże o testamencie. Śmieję się pod nosem, bo nie mają pojęcia, jaką niespodziankę im szykuję. Wszystkiego dowiedzą się dopiero, gdy mnie już nie będzie.
Przez lata czułam się jak zapomniany żurek w lodówce niby jeszcze jestem, ale już nikt mnie nie zauważa. Dzieci traktowały mnie jak kogoś z innej planety, z którym nie da się dogadać. Kiedy się rozwiedliśmy z mężem, nasz kontakt się skończył. Stanęli po jego stronie bo pan dyrektor, świetna posada, szacunek w mieście.
A ja? No cóż, byłam tylko tą porzuconą żoną i matką, którą dobrze omijać na rodzinnych imprezach.
O moich dzieciach dowiadywałam się od wspólnych znajomych: jak to świetnie się bawią u taty w nowoczesnym apartamencie, jeżdżą razem do Sopotu czy Zakopanego, stołują się w modnych restauracjach w Warszawie, snują marzenia o tropikach. A ja siedziałam sama w swoim mieszkaniu na Wildzie i każde takie wieści bolały mnie jak nowe pęknięcie w ulubionym kubku.
W końcu stwierdziłam: dosyć. Trzeba żyć dla siebie. Spakowałam walizkę i wyjechałam do pracy do Niemiec pierwszy raz od lat poczułam się wolna jak bocian na wiosnę.
Po kilku latach wróciłam z solidną sumą euro na koncie. Zrobiłam remont, wymieniłam meble, kupiłam porządną pralkę i zamrażarkę (bo przecież pierogi na święta same się nie zrobią), a jeszcze ostało trochę oszczędności na spokojną starość.
W międzyczasie dzieci powydawały się za mąż i ożeniły, wesele jedno większe od drugiego, potem dzieci, chrzciny, święta Wszystko z rozmachem, uroczyście i oczywiście beze mnie. Aż tu nagle aluminiowe wieści: były mąż dostał zawału i niestety odszedł. Wszystko, co miał (a trochę było), zostawił młodej żonie.
Moje dzieci zostały z niczym choćby starego fiata nie odziedziczyli. Ich żal gwałtownie zamienił się w nieoczekiwaną czułość do matki.
Najpierw pojawiły się z drobnymi upominkami bombonierka z marketu, siatka jabłek z bazarku, pytania o zdrowie. Ja je przywitałam z uśmiechem, ale wybornie wiedziałam, iż nie przyszły tu tylko ze względu na moje pierogi.
Mam już 72 lata. Jestem zdrowa, pogodna, i tylko czasem bolą mnie plecy, jak muszę odkurzać cały ten metraż. Ostatnio córka coraz częściej zagaja, iż przecież warto pomyśleć, co dalej, komu zostawić mieszkanie. Cóż za troska!
Parę tygodni temu odwiedziła mnie wnuczka świeżo po ślubie.
Babciu, a tobie nie jest tu smutno tak samej? zapytała z uśmiechem jak z reklamy kefiru.
Ale skąd, bardzo mi tu wygodnie! odpowiedziałam.
Tylko ta kawalerka taka duża mówi dalej Pewnie ciężko sprzątać. Może byśmy z mężem zamieszkali u ciebie? Tobie byłoby raźniej, nam taniej nie trzeba wynajmować.
Uśmiechnęłam się. Przezroczystość tych intencji była wręcz rozczulająca.
Kto powiedział, iż nie trzeba płacić? rzuciłam. Dla was zrobię niezłą zniżkę.
Wnuczka wytrzeszczyła oczy. Pewnie liczyła, iż otworzę jej drzwi jak do sejfu, a tymczasem mam zupełnie inny plan.
Już kilka lat temu spisałam testament. Wyraźnie w nim określiłam moje mieszkanie po mojej śmierci będzie sprzedane, a cała kasa pójdzie na fundację pomagającą chorym dzieciom.
Kiedy córka się dowiedziała, aż się zagotowała. Dzwoniła, krzyczała, iż jestem niesprawiedliwa, iż okradam własne wnuki z przyszłości. Syn próbował bardziej delikatnie: Mamo, może byś zamieszkała ze mną, zaopiekuję się tobą. Ale ta ich nagła miłość nie ruszyła mnie wcale.
A wy? Pozwolilibyście wnuczce zamieszkać w swoim mieszkaniu?








