Na rozwodzie żona powiedziała: Weź wszystko! a po roku mąż żałował, iż jej uwierzył
17 lutego 2023
Dzień rozprawy rozwodowej zaczynam od lakonicznych notatek. Dokumenty podpisane już dawno, zostało tylko odczytanie decyzji w sądzie. Jadwiga przegląda papiery spokojnie, jakby odcinała kawałek chleba – żadnej złości, żadnego żalu. Tylko decyzja, ciężko wypracowana podczas nieprzespanych nocy.
Czyli naprawdę się zdecydowałaś? pytam przez zęby, ledwo kryjąc irytację. I co dalej? Jak dzielimy majątek?
Podnosi wzrok, w tych oczach nie ma łez. Jest tylko twarda, cicha siła.
Zabierz wszystko, mówi cicho, ale bez wahania.
Wszystko? przymrużam oczy.
Mieszkanie na Ursynowie, działka w Kazimierzu, samochód, konta w banku wszystko, zatacza ręką po biurze. Ja nie chcę nic.
Jadzia, żartujesz? zaczynam się uśmiechać. To jakiś kobiecy podstęp albo podchwyt?
Nie, Wojtek. Żadnych żartów, żadnych sztuczek. Trzydzieści lat czekałam z własnym życiem na lepszy moment. Trzy dekady sprzątałam, gotowałam, cerowałam, czekałam. Marzenia? Były głupotą. Wyjazdy? Rozrzutność. Hobby? Fanaberia. Wiesz, ile razy chciałam pojechać nad Bałtyk? Piętnaście. Wiesz, ile razy pojechaliśmy? Dwa. I za każdym razem marudziłeś, iż szkoda pieniędzy, iż niepotrzebnie.
Parskam :
Znowu zaczynasz Mieliśmy dach nad głową, było co jeść, nie przesadzaj.
Teraz u ciebie będzie wszystko uśmiecha się blado. Gratuluję wygranej.
Adwokat aż unosi brwi, zaskoczony. Nie widział jeszcze rozwodu bez awantur i wyrywania się o każde krzesło. Ta kobieta, dla której połowa fortuny to teraz pusty pokój wolności.
Czy wie pani, co pani robi? Ma pani prawo do połowy majątku mówi do niej cicho.
Tak, panie mecenasie Jadwiga uśmiecha się lekko. A wie pan, czym jest połowa pustego życia? To dalej puste życie, tylko iż mniejsze.
Ledwo ukrywam ulgę. Spodziewałem się kłótni, negocjacji, szantaży. A tu prezent od losu.
Dojrzałość na stare lata! klepię blat stołu. Nabrałaś w końcu rozsądku.
Nie myl rozsądku z wolnością odpowiada, podpisując dokumenty.
Do domu wracamy razem, ale samochód to nagle dwie galaktyki oddalone o sto lat świetlnych.
Cicho podśpiewuję pod nosem, jakąś starą piosenkę z dzieciństwa Samochód podskakuje na progach zwalniających, a Ja czuję się lżejszy? Wreszcie spokój?
Nie słyszy mnie już Jadwiga zapatrzona w okno, jakby wdrążała się w szare tło Warszawy. W sercu miała lekkość młodego ptaka przy pierwszym locie.
Zwykły zimowy wieczór, droga z sądu w Alejach Jerozolimskich a jednak po raz pierwszy od lat czuję w sobie przestrzeń, jakby ktoś zdjął ze mnie żelazny łańcuch.
Czasem wystarczy jedno spojrzenie przez zaparowaną szybę na przemykające w dal świerki i sosny, by cała egzystencja nabrała dawnych kolorów.
Trzy tygodnie później Jadwiga mieszka już w wynajętej kawalerce w Radomiu.
Mieszkanie skromne: łóżko, szafa, stół i nieduży telewizor. Na parapecie dwa świeże kwiatki fiołki. Pierwszy raz kupiła coś dla siebie.
Zwariowałaś, mamo? głos Pawła dźwięczy przez telefon z nieukrywaną pretensją. Wszystko mu oddałaś i wyjechałaś na koniec świata?
To nie szaleństwo, synku odpowiada spokojnie Jadzia. To decyzja. Pozostałam wolna.
Ale tata mówi, iż oddałaś mu wszystko. Już planuje sprzedaż działki, twierdzi, iż sam nie ogarnie.
Patrzę na siebie w lustrze. Od tygodnia mam krótkie, wystrzępione włosy fryzura, na jaką wcześniej bym się nie zdobyła. Za mało poważna, śmieszna, co ludzie powiedzą wciąż mi dudni w głowie.
Niech sprzedaje wzruszam ramionami. Twój ojciec zawsze lubił wszystko mieć pod kontrolą.
A co z Tobą? Przecież nie masz teraz nic!
Mam najważniejsze, Paweł. Mam siebie. I wiesz co? Można zacząć życie od nowa choćby mając pięćdziesiąt dziewięć lat.
Zatrudniła się jako recepcjonistka w niewielkim domu spokojnej starości. Praca była wymagająca, ale dała jej coś, czego brakowało przez lata: własny rytm, nowe znajomości i wolne popołudnia.
A ja? Ja świętowałem swoją wygraną.
Przez pierwsze dwa tygodnie chodziłem po mieszkaniu jak pan na zamku na Woli. Wszystko moje. Cisza, nikt nie przypomina o naczyniach, o nieupranej koszuli.
Wojtek, ty to masz szczęście mówił Mirek, sąsiad, pijąc Żubrówkę w mojej kuchni. Inni faceci tracą pół majątku, a ty wychodzisz na plus! I mieszkanie, i działka, i auto, luksus!
No, w końcu Jadwiga zmądrzała. Bez mojej pomocy by sobie nie poradziła.
Ale już pod koniec miesiąca wygrana zaczęła smakować gorzko.
Czyste koszule z dziwnym uporem nie pojawiały się w szafie. Lodówka zionęła pustką, a ugotować prawdziwy obiad… okazało się niemożliwe. W pracy koledzy zaczęli pytać, dlaczego wyglądam jakiś rozczochrany, byle jak ubrany.
Coś blado wyglądasz, Wojtek zagadywał szef. Problemy w domu?
Wszystko pod kontrolą odpowiadałem, ukrywając zmęczenie.
Pewnego wieczoru w lodówce została tylko butelka keczupu, ser topiony i odkręcona Coca-Cola. Żołądek zagrzmiał wymownie. Zamówiłem więc pizzę. Przez chwilę czytam stosy rachunków. I wtedy zimna fala cyfr uderza mnie prosto w czoło: czynsz, gaz, prąd, net… Niby zawsze to było, teraz jednak boli. Jakby ktoś znikł z mojego świata, a z nim całe domowe czary-mary.
Natarczywy dzwonek odrywa mnie od myśli. Pizzerman wręcza mi paczkę i terminal.
Sto sześćdziesiąt złotych mówi obojętnym głosem.
Ile?! aż wypuszczam klucze z ręki. Za pizzę i colę?
Taka inflacja, proszę pana wzrusza ramionami.
Płacę. W kuchni oprócz szumu lodówki panuje pustka. Nowoczesne wnętrza, wszystko, czego chciałem, nagle blade. Pustka, której nie jest w stanie rozproszyć choćby najlepszy smart TV.
Tymczasem Jadwiga stoi na brzegu Bałtyku, twarz łapie promienie słońca i morski wiatr.
Wokół niej krzątają się panie z klubu seniora tygodniowa wycieczka do Kołobrzegu. Po raz pierwszy w życiu odpoczywa beztrosko, nikt nie liczy, nie marudzi na wydatki.
Jadzia, chodź na zdjęcie! woła nowa znajoma Zofia, emerytowana nauczycielka. Jadwiga biegnie do grupy i śmieje się jak dziewczynka, pierwszy raz od lat w barwnym letnim stroju i z rozpuszczonymi włosami.
Teraz selfie! zarządza Zofia, wyciągając pałkę do telefonu.
Wieczorem w pokoju Jadwiga długo patrzy na zdjęcia. Kobieta z błyszczącymi oczami, uśmiechnięta. Kiedy znikła ta marsowa bruzda na czole? Od kiedy ruchy ręki stały się takie swobodne?
Wrzucę je na Facebooka mówi sama do siebie i rzeczywiście, po chwili kilka fotek ląduje na jej profilu.
A w Warszawie walczę właśnie z pękniętą rurą pod zlewem. Woda leje się po kafelkach, drewniana szafka puchnie. Geodeta z pogotowia wodociągowego zerka od niechcenia:
Trzeba wymienić pion, stary typ, panie, już nie robią.
Jak Boga kocham przeklinam w myślach i macham szmatą. Gdzie numer do hydraulika? Jadwiga zawsze wiedziała, komu trzeba dzwonić.
Raptem dociera do mnie, jak to wszystko spoczywało na jej barkach od kontaktu do szewca, aż po zaufaną kasjerkę w warzywniaku. Niewidzialny szkielet naszej codzienności rozpadł się z dnia na dzień, a ja zostałem sam.
Głupia rura! Gotować trzeba, prać trzeba, rachunki płacić i jeszcze do roboty zdążyć…
Kiedy wreszcie uprzątnąłem podłogę, zerknąłem do internetu z nudów. Na wallu nagle wyświetliło mi się zdjęcie morze, sukienka, uśmiechnięta Jadwiga. Szok. Nowa fryzura, energia…
Co jest grane powiększam zdjęcie. Przecież wyjechała bez grosza!
Komentarze pod spodem jeszcze bardziej mnie osłupiają:
Jadzia, młodniejesz! Pięknie wyglądasz! Morze to wolność!
Przeglądam dalej: ognisko z przyjaciółmi, czytanie książek w bibliotece, szkicownik w ręku na ławce w parku.
Co za A miała cierpieć! odkładam telefon i widzę tylko chaos i brudne naczynia na stole.
Kilka dni później dach na działce zaczyna przeciekać. Nadciąga burza. Dzwonię rozpaczliwie do Mirka:
Stary, ratuj, przywieź gwoździe, nie ogarnę sam!
Sorry, Wojtek, teściowa w szpitalu, jestem u niej. A czemu nie dzwonisz do Jadwigi? Zawsze ci pomagała…
Ona przerywam. Wyjechała.
Gdzie?
Po prostu nie chcę tłumaczyć. Dam radę
Ale nie daję. Deszcz wali w dach, folię rozdziera wiatr, w końcu spadam z drabiny, uderzam się w kostkę.
Skręcenie stawu orzeka młody lekarz w SOR-ze. Tydzień leżenia z nogą w górze.
Tydzień?! A kto naprawi dach?
To już pana problem wzrusza ramionami lekarz.
Trzy dni samotności, w mieszkaniu pustka, kończą się zamawianym jedzeniem, które kosztuje majątek. Gotowanie na jednej nodze to katastrofa.
Czwartego dnia dzwonię do syna.
Cześć, Paweł, co słychać?
Pospiesznie. Wszystko dobrze. Tata, coś się stało?
Tak, no szukam słów. Potrzebuję pomocy, noga, siatki ze sklepu
Tata, jestem służbowo w Gdańsku. Trzy dni mnie nie będzie.
No dobrze, chyba dam radę
Dzwoniłeś do mamy? ciągle mówi niepewnie. Ona pewnie chętnie by pomogła
Nie! przerywam ostro. Daj spokój, niech sobie żyje jak chce.
Rozłączam się, rzucam telefon na wersalkę, cała fałszywa duma nie pozwala przyznać się do czegoś oczywistego: brakuje mi jej.
Nigdy nie zauważałem, jak wiele robiła Jadwiga. To wszystko działo się samo, bez patosu, bez nagrody.
Po półtora tygodnia ruszam już o kulach. Jadę na działkę, sprawdzam straty po burzy. Grzyb na ścianach, ławka zalana, ulubiona kołdra do wyrzucenia. A wokół krzaki i nieprzycięte jabłonie, które zawsze pielęgnowała Jadwiga.
W drodze powrotnej, zmęczony, zły, zatrzymuję się w barze pod Sochaczewem. Barszcz czerwony i kompot. Pierwsza łyżka łzy napływają mi do oczu. Smakowany od dzieciństwa barszcz teraz jest gorzki; nie ten sam.
Wszystko w porządku, panie? pyta kelnerka.
Tak po prostu nie kończę. Jak wytłumaczyć, iż smak zupy przypomniał mi wszystko, co straciłem?
W domu długo patrzę na stare zdjęcia: ślub pod Pałacem Kultury, święta, urodziny Pawła. Jadwiga zawsze się śmieje. Jak mogłem tego nie widzieć?
Wreszcie zbieram się i piszę wiadomość. Odpowiedź jest inna niż oczekiwałem.
Jadwiga mieszka teraz w małym miasteczku nad morzem. Śmieje się z nowymi znajomymi, muzyka gra, życie trwa wreszcie należy do niej.
I co najdziwniejsze: w wieku prawie sześćdziesięciu lat naprawdę zaczęła żyć. Ja nauczyłem się, iż czasem największe wszystko to umiejętność bycia sobą. I iż pusty dom nigdy nie zastąpi obecności drugiego człowieka.













