Na końcu świata.
Śnieg wciskał się do kozaków, szczypał skórę. Kupować filcowych butów Zuzanna nie zamierzała lepsze oficerki, choć wyglądałaby w nich tu niedorzecznie. I tak tata zablokował jej kartę.
Naprawdę chcesz mieszkać na wsi? zapytał, wykrzywiając pogardliwie usta.
Tata nie znosił wsi, odpoczynku wśród drzew, każdego miejsca pozbawionego dla niego oczywistych miejskich wygód. I Kamil był taki sam. Dlatego Zuzanna postanowiła wyjechać właśnie tu. Ona nie chciała mieszkać na wsi, choć w przeciwieństwie do ojca uwielbiała wyprawy pod namiot, śpiewy przy ognisku i całą romantykę z tym związaną. Ale żyć tutaj to już co innego. Ojcu powiedziała jednak inaczej.
Chcę. I będę.
Nie gadaj głupstw. Co będziesz tu robić? Krowom ogony zaplatać? Myślałem, iż latem wyjdziecie z Kamilem za mąż, myślałem, iż będziemy szykować wesele
Wesele. Ojciec wciskał jej Kamila jak rozgotowaną kaszę manną z grudkami, tak wstrętną, iż mdłości trzymały ją godzinami. Z zewnątrz Kamil nie był odpychający, choćby można powiedzieć przystojny: prosty nos, jasne oczy pod wyraźnymi brwiami, lekko kręcone włosy, silna sylwetka. Był asystentem ojca, niemal jego prawą ręką, i od jakiegoś czasu tata marzył, by Zuzanna została żoną takiego odpowiedniego mężczyzny.
A Zuzanna nie mogła go znieść. Drażnił ją jego marudny ton, palce podobne do parówek, bez przerwy coś obracające, przechwałki o tym, ile kosztuje jego garnitur, zegarek, samochód Pieniądze, pieniądze, pieniądze! Nic ich nie obchodziło poza pieniędzmi. A Zuza chciała miłości. Tych uczuć, co odbierają oddech jak w książkach. Jeszcze takich nie przeżyła, ale wiedziała, iż kiedyś nadejdą. Zuzanna często zakochiwała się na chwilę, interesowała się tym czy tamtym chłopcem, ale te uczucia były ulotne i nie zostawiały śladów na duszy. A jej zależało na śladach, na dramacie, nie na nudnym, przewidywalnym Kamilu. Dlatego wyjazd na wieś, by uczyć w miejscowej szkole, wydawał jej się cudowną ideą. Kamil tu nie przyjedzie. Kamil przestraszy się braku internetu, ciepłej wody, kanalizacji.
Zuza znalazła specjalnie taką wieś, gdzie nic tego nie było. Dyrektor nie bardzo chciał ją zatrudnić, nie wierzył, iż sobie poradzi, ale poprzednia nauczycielka nagle zmarła, a Zuzanna była nieustępliwa, pokazała w gminie swoje certyfikaty i dyplomy.
I taki młody i wykształcony nauczyciel będzie pracował na wsi? zdziwiła się pani z rudymi włosami.
Będę uczyć dzieci odpowiedziała twardo Zuzanna.
No i teraz uczyła. Mieszkała w domku bez ciepłej wody i kanalizacji, sama paliła w piecu. Kamil przyjechał, spędził tu noc i uciekł. Próbował ją przekonać do powrotu, ale, podobnie jak ojciec, sądził, iż to jej chwilowa fanaberia.
Początkowo Zuzannie wieś się podobała. Ale potem przyszła zima dom wywiewało tak, iż choćby pod kołdrą drżała z zimna, a noszenie drewna okazało się istną gehenną. Szczerze mówiąc, tęskniła za miastem. Ale nie lubiła się poddawać. A poza tym teraz była odpowiedzialna nie tylko za siebie ale także za dzieci.
Klasa była niewielka dwanaście osób. Najpierw Zuza przeżyła szok: w Domu Kultury, gdzie pracowała przez ostatni rok, dzieci były bystre, kreatywne. Tu wydawały jej się po prostu beznadziejne. Trzecia klasa, a czytają sylabami, nie odrabiają zadania domowego, na lekcjach hałasują. Ale na początku bo potem Zuzanna się w nich zakochała.
Szymek rzeźbił zwierzęta z drewna nie były to toporne figurki, tylko bajeczne lisy, jenoty, zające i niedźwiedzie; nadające się na wystawę w warszawskim sklepie. Ania pisała białe wiersze, Wojtek zawsze zostawał po lekcjach sprzątać klasę, a Irena miała jagnię, które odprowadzało ją do szkoły jak pies.
Czytać też potrafili, tylko nikt wcześniej ich do tego nie zachęcał, a książki dostawali nudne. Zuza miała gdzieś program przywoziła inne książki z powiatowego miasteczka, bo internet tu praktycznie nie działał.
Nie znalazła podejścia tylko do jednej dziewczynki. I akurat jej ojca spotkała, kiedy twarz zaszczypał ostry śnieg, a ręce miała zajęte naręczem drewna.
Dobry wieczór, pani Zuzanno Wojciechowska powiedział, zatrzymując się kilka kroków od furtki.
Trochę się go bała. Twarz miał surową, jak bandyta. Nigdy się nie uśmiechał. Serce Zuzi przy nim biło tak szybko, iż obawiała się, iż zauważy i odczyta jej lęk. Ale może to nie był strach?
Dobry wieczór.
Głos jej zabrzmiał wyżej, niż chciała.
Czemu u Martyny same dwóje?
Bo nic nie robi.
To ją zmotywuj. Kto tu jest nauczycielem: ja czy ty?
To Zuza była nauczycielką. Ale zmuszać nikogo nie zamierzała. Dziewczynka była najprawdopodobniej w spektrum autyzmu, tu trzeba kogoś innego.
Zawsze tak było? zapytała ostrożnie.
Władysław się zamyślił.
Nie zawsze. Kiedyś robiła wszystko z Olą.
Ola to kto?
Skrzywił się jakby śnieg wpadł mu do buta.
Jej mama.
I było jasne, iż kolejnego pytania lepiej nie zadawać, ale trzeba.
Gdzie ona teraz jest?
Na cmentarzu.
Wszystko jasne, jak zwykł mówić tata.
Stać z drewnem w ramionach było niewygodnie, ale żal jej było się przyznać. Kiedy najwyższe polano osunęło się i spadło jej na stopę, Zuzanna syknęła, upuściła drewno, stłumiła łzy. Łzy bolały podwójnie z bólu i z upokorzenia, iż tak się skompromitowała przed dorosłym facetem. Głupota przecież sama jest dorosła, ale teraz się tak nie czuła.
Pomogę zaproponował Władysław.
Nie trzeba, poradzę sobie.
Widzę, jak sobie radzisz.
Przyniósł jej drewno, uderzył polanem w framugę, by drzwi przestały się zacinać.
Jakby co, proszę mówić rzucił i zniknął.
Po co przyszedł nie wiadomo. Myśli, iż za naręcze drewna postawi Martynie trójkę na półrocze? Wątpliwe.
Myśli o dziewczynce nie dawały jej spokoju. Przez kilka dni próbowała nawiązać kontakt, czuła się pedagogicznie nieudolna i po ludzku żal jej było dziecka. Poszła choćby do wicedyrektor.
Oj, sprawa stracona. Stawiaj dwóje, przeniesiemy ją latem do szkoły specjalnej.
Jak to?
W komisji, niech orzekają upośledzenie. Trudno, takie życie, taki dziecko.
Ale ojciec mówi, iż kiedyś
Ach, co to kiedyś! Matka się z nią pieściła, sam nie da rady. Lepiej nie słuchaj go, nagada ci
Nie lubi go pani, tak? wpadła Zuza.
Wicedyrektor zacisnęła usta.
Nie muszę go lubić. Ale dziecko trzeba uczyć w warunkach dla niej odpowiednich.
Zuzannie to nie wystarczało. Nie była pewna, czy dziewczynka powinna trafić do szkoły specjalnej. Zadzwoniła do pani Lidii Szymańskiej, swojej ulubionej metodyczki, naradziła się i poszła do Martyny do domu. Bała się, wypiła rumianek, choć go nie znosiła mama zawsze mówiła, iż rumianek koi nerwy. Mama Zuzi też nie żyła, więc ona mocno przejęła się tą historią.
Władysław przyjął ją niechętnie, choć Zuza sądziła, iż ucieszy się z pomocy dla córki.
Niespecjalnie przyjmujemy gości oświadczył.
Zuza zacisnęła usta, jak wicedyrektor, i podkreśliła, iż wychowawca ma obowiązek sprawdzić warunki wychowania ucznia.
Pokój Martyny był cudowny. Różowe tapety, mnóstwo pluszowych zabawek i książek. Zuzanna aż pozazdrościła, bo tata był minimalistą i nie cierpiał żadnych bibelotów czy jaskrawych kolorów. U Zuzy dziecięcy pokój był w beżach, zabawki także stonowane.
Pierwsze spotkanie nie przyniosło efektów. Pytała Martynę o ulubione książki, przeglądała, pytała o kredki. Martyna przyniosła kredki, o książkach milczała. Na koniec, gdy Zuza spytała o imię różowego zajączka, dziewczynka powiedziała:
Puszek.
Następnym razem Zuza przyniosła Puszkowi sweterek. Robienia na drutach nauczyła ją mama, więc Zuza co roku dzierga dla pamięci o niej. Sweterek był nieidealny, grube włóczki ale Martyna niespodziewanie się ucieszyła, założyła go na zajączka:
Ładny.
Zuza zaproponowała, by narysowała Puszka w nowym stroju. Martyna narysowała, Zuza dopisała imię, specjalnie robiąc błąd a Martyna poprawiła.
Nie była opóźniona.
Będę przychodzić do Martyny trzy razy w tygodniu powiedziała Władysławowi.
Nie mam nadmiaru pieniędzy mruknął.
Nie chodzi mi o pieniądze Zuzannie zrobiło się przykro.
Tak się dogadali.
Gdy wicedyrektor się o tym dowiedziała, nie była zachwycona.
Nie można wyróżniać jednego ucznia, to niepedagogiczne! I nic nie da, widziałam takich dzieci wiele.
Ja też widziałam przerwała jej Zuza. Jeszcze za wcześnie na wyrok.
Martyna była naprawdę niezwykła: prawie nie mówiła, unikała patrzenia w oczy, rysowała chętniej niż pisała, ale dobrze liczyła i łapała gramatykę w mig. Pod koniec semestru nie musiała wystawiać trójek na siłę były zasłużone.
Wyjeżdża pani na Sylwestra? zapytał Władek, nie patrząc jej w oczy, jak Martyna.
Nigdzie zawstydziła się Zuza, czując, jak policzki czerwienieją.
Martyna chciałaby panią zaprosić.
Dziwne. Sama Martyna o tym nie mówiła. Ale była oszczędna w słowach. jeżeli to prawda nie chciała sprawić jej przykrości. Ale spędzać Sylwestra z obcymi? Nie była pewna.
Dziękuję, pomyślę odparła.
W nocy spała niespokojnie. Nie rozumiała, czemu tak się przejęła. Bo zajmuje się dziewczynką, okazała jej uwagę normalne, iż chciała się otworzyć. Czy nie o to chodzi w życiu? I co za różnica, co myśli Władysław…
Z takimi myślami zasnęła.
Rano zadzwonił Kamil.
Kiedy przyjeżdżasz?
Słucham?
No, na Sylwestra? Nie będziesz tu siedzieć na wsi?
A właśnie iż zamierzam!
Zuza Może dosyć już? Ojcu skacze ciśnienie, nie wie, co robić.
Tata nie dzwonił ani razu.
Niech idzie do lekarza żachnęła się Zuza.
Naprawdę nie przyjedziesz?
Naprawdę.
Kurczę. I co robić?
Rób, co chcesz!
Nie myślała, iż Kamil potraktuje to dosłownie: przyjedzie z szampanem, sałatkami i prezentami.
Jak góra nie chce do Mahometa
Zuza była w szoku. I nie do końca nieprzyjemnie zaskoczona: nie sądziła, iż Kamil do czegoś takiego zdolny. Zawsze świętował Sylwestra w restauracji z konkursami i muzyką. A tu choćby nie ma telewizora.
Ważne, iż jesteś ty.
Szukała podstępu, ale nie znajdowała. Może go źle oceniałam? pomyślała.
Zmiękła jeszcze bardziej, gdy w opakowaniach znalazła swoje ulubione potrawy, a w prezencie książki z pedagogiki, projektor i nauczycielski dziennik.
Dziękuję wzruszyła się. Myślałam, iż jak zwykle przyniesiesz biżuterię albo nowy telefon.
Kamil się uśmiechnął.
Zuza, zrozumiałem, iż jesteś najcenniejsza w moim życiu. jeżeli chcesz mieszkać na wsi, będziemy tu razem. Ale biżuterię też przywiozłem.
Wyjął czerwoną aksamitną szkatułkę. Wiadomo, co tam było.
Mogę odpowiedzieć później? spytała Zuza.
Kamil się nie obraził.
Bałem się, iż powiesz nie. Zaczekam ile trzeba.
Zuza nie wiedziała, co odpowiedzieć, schowała szkatułkę do kieszeni.
Władysław miał jej numer komórkowy, ale wezwał domowy.
Już pani zdecydowała? spytał.
Przepraszam, mam gościa.
Rozumiem.
Rozłączył się.
Od razu zrobiło jej się gorzko w sercu. Rozumiem… Co on rozumie? Niczego nie obiecywała, nie ma powodu do pretensji! Ale czy się obraził? Może tak. Martyna czekała na nią, a który ojciec lubi widzieć smutek u własnego dziecka?
Głowa miała się kręcić. Kamil łapał zasięg, by włączyć sylwestrowe filmy.
Zuza usłyszała gwizd. Tak woła się psa. Przypomniała sobie, jak właśnie Władysław gwizdał tak samo. Spojrzała przez okno stali pod furtką.
Uderzenie krwi w policzki.
Kto to? burknął Kamil.
Uczennica wybąkała Martyna. Już idę.
Przygotowała prezent dla Martyny: towarzyszkę dla Puszka, różową zajączkę. Ojciec uznałby to za kicz.
Władkowi też zrobiła prezent nie była pewna, czy tak wypada, ale… wydziergała rękawiczki.
Chwyciła prezenty i wybiegła na podwórko, jak stała bez czapki, z gołymi nogami. Śnieg sypał jej się w buty, ale nie dbała o to.
Martynko, witaj! zawołała ciepło. Szczęśliwego Nowego Roku! Patrz, co ci przyniosłam.
Wręczyła paczuszkę. Martyna wyjęła zajączkę i przytuliła ją mocno, spojrzała na ojca. Władek podał dwa pakunki większy i mniejszy. Dziewczynka rozwinęła większy: w środku był zeszyt z narysowanym komiksem, rozpoznała swoje rysunki.
Dziękuję, wspaniały komiks!
W mniejszym była broszka ptaszek. Mała złota sikorka. Zuza podniosła oczy na Władka. On nie patrzył. A Martyna powiedziała:
To od mamy.
W gardle Zuzanny zaschło.
Dobrze. Wracamy mruknął Władysław.
Oczywiście. Szczęśliwego!
I pani również
Zuza chciała ją przytulić, ale nieśmiałość zwyciężyła: Martyna ściskała zajączkę i stała nieruchomo.
U bram Zuza odwróciła się. Coś ścisnęło jej klatkę piersiową widok tych dwóch postaci zostawił zakręcona myśli i weszła do domu, mrugając zbyt często.
I co tam było? zapytał z niezadowoleniem Kamil.
Zuza spojrzała na zeszyt i broszkę w dłoni. Przypomniała sobie, iż zapomniała oddać rękawiczki. A jeszcze to, co Martyna powiedziała: od mamy I jakaś uśmiech Władka, którą ma tylko dla córki. W środku wszystko rwało się i rozkwitało. Kamila było jej szkoda, ale kłamać nie chciała.
Wyjęła aksamitną szkatułkę, podała mu i powiedziała:
Wróć do domu. Przepraszam, nie wyjdę za ciebie. Przepraszam.
Kamil zesztywniał. Nie znał smaku odmowy.
Przez chwilę Zuza przestraszyła się, iż ją uderzy. Ale Kamil schował szkatułkę do kieszeni, wziął klucze, wyszedł.
Zuza gwałtownie spakowała jedzenie do pojemników, chwyciła rękawiczki dla Władka i pobiegła, by dogonić obcych, ale teraz najpotrzebniejszych jej ludzi.











