Myłam naczynia, gdy mąż wpadł z krzykiem. Znowu teściowa. Znowu brak zaufania. Dość tego.

polregion.pl 8 godzin temu

Myję naczynia, kiedy mąż wpada do kuchni z krzykiem. Znowu matka. Znowu brak zaufania. Dość.

Po co opowiadałaś mojej mamie o pieniądzach?!

Jadwiga Wiśniewska stoi przy zlewie i domywa ostatni talerz, gdy do kuchni wbiega mąż. Właśnie: nie wchodzi, tylko wpada z wykrzywioną złością twarzą i zaciśniętymi pięściami przy bokach. Trzęsie się i prawie wyrywa mi talerz z rąk ląduje w pianie w wodzie.

Ale co się stało? Franek, o co chodzi?

Nie pytaj o co! Wyjaśnij mi, o co tutaj chodzi!

Staje pośrodku kuchni. Koszula zmięta, choć rano sama prasowałam. Zawsze tak ma, jak się wścieknie: robi się dziwnie spięty, gestykuluje, kręci się w miejscu.

Właśnie rozmawiałem z mamą przez telefon. Powiedziała mi, iż moja żona przelała gdzieś pieniądze, które oszczędzaliśmy na samochód. Co to ma znaczyć?! Wytłumaczysz mi, czy nie?

Powoli wyłączam wodę. Na rękach mam żółte gumowe rękawice zdejmuję je starannie, jedna po drugiej i kładę ostrożnie na zlew. Serce wali mi w gardle.

Franek, poczekaj Jakie pieniądze? O czym mówisz?

Nie udawaj! Mama powiedziała, iż wypłaciłaś dużą sumę. Skąd wzięły się te pieniądze i gdzie zniknęły?

Z którego konta niby?

Z naszego wspólnego!

Franek, uspokój się i posłuchaj.

Ja jestem spokojny!

Ton głosu sprawia, iż aż naczynia w ociekaczu lekko podskakują. Patrzę na niego. Czerwony, wzrok na granicy furii Znam ten wyraz. Rzadko go widzę, ale wiem, jak wygląda.

Niczego nie wypłacałam z naszego konta. Naprawdę.

To co mama widziała?

Mocno opieram się o blat. Za oknem zwykła, słoneczna niedziela. Rano rozważałam wybór tapety do pokoju i przesunięcie szafki pod okno. I nagle taki cyrk.

Franek, sądzę, iż Twoja mama coś pomyliła.

Moja mama nic nie myli!

Każdemu się może zdarzyć, Franek.

Nie zwalaj na nią! Mówiła o wyciągu, iż widziała sumy!

Jaki wyciąg? Pokazywałeś jej nasz bankowy wyciąg?

Jak tylko wypowiadam to zdanie, żałuję od razu. To drażliwy temat. Halina Wiśniewska od dawna chce wszystko o nas wiedzieć, a Franek twierdzi, iż to normalne: w końcu matka, nie obcy.

Nie pokazywałem. Dzwoniła, coś jej wspomniałem.

Wspomniałeś.

Jadzia, nie uciekaj od tematu! Skąd przelewy na numer taty?

I wtedy do mnie dociera. W końcu rozumiem, skąd się wzięło całe to zamieszanie. Siadam powoli na stołku koło stołu.

Usiądź, porozmawiajmy normalnie.

Stoję.

Jak chcesz, słuchaj uważnie. Tata kupował w zeszłym miesiącu samochód. Wiesz przecież.

Jaki samochód?

No, używanego fiata, żeby mieć czym na działkę jeździć. Sam nie miałby jak, autobus raz dziennie, i też nie zawsze. Zupełnie bez auta.

No i co z tego?

Tata nie radzi sobie z aplikacjami bankowymi. Karty się boi. Wiesz, jak to starsi. Mówi: wolę gotówkę, bo mnie nie oszukają. A sprzedający chciał przelew. Tata dał mi gotówkę, ja wpłaciłam na moje konto i zrobiłam przelew. I tyle. Koniec tajemnicy.

Franek milczy.

To były jego pieniądze, nie nasze. Przekazał mi gotówkę, ja przelałam dalej. Nic nie wyciągałam z naszego wspólnego konta.

Czemu mi nie powiedziałaś?

Bo to sprawa mojego taty. Muszę Ci raportować o każdym ruchu ojca?

Ale jak przez nasze konto przechodzą cudze pieniądze, to powinnaś powiedzieć!

To nie cudze. To mój ojciec.

Chyba żartujesz! Ja mąż czy nie?! Kim ja tu jestem?!

To słowo kim zawisa między nami. Patrzę na niego długo, uważnie. Stoi pośrodku kuchni, już mniej czerwony, ale przez cały czas nabuzowany. Poczułam potworne zmęczenie. Nie od dziś, od dawna.

Jesteś moim mężem, Franku. Tylko teraz wpadłeś tu i nawrzeszczałeś, zamiast zapytać. Wszystko wiedziałeś, bo mama powiedziała. Ja się powinnam tłumaczyć.

Nie wrzeszczałem

Franek.

Może trochę za bardzo podniosłem głos

Krzyczałeś.

Milknie. Patrzy na lodówkę, gdzie mamy zdjęcie z wakacji sprzed kilku lat oboje młodzi, śmiejemy się. Potem patrzy za okno.

Dobra. Może trochę.

Trochę powtarzam cicho, nie ironicznie, po prostu powtarzam.

Jadzia, zrozum mnie. Mama zadzwoniła, nagadała, zdenerwowałem się

Co dokładnie powiedziała?

No, iż przelałaś dużą kwotę. Gdzieś daleko.

Ona wie, ile ojciec zapłacił za auto?

Skąd ja mam wiedzieć.

Ja też nie wiem. Ale jakoś wie. I opowiada, i Ty biegniesz.

Nie pobiegłem, przyszłem wyjaśnić.

Wstaję. Idę do okna. Widać brzozy zaczynające zielenieć, powietrze musi być świeże sąsiadki kotka siedzi na płocie i patrzy niewiadomo gdzie.

Franku, powiem Ci coś ważnego, nie obraź się.

No mów.

Nie podoba mi się, iż Twoja mama wie o naszych finansach więcej, niż powinna. Wiem, jej ufasz matka. Ale my mamy swoje życie. To, iż dzwoni z plotkami, iż niby gdzieś przelewam kasę to nie jest normalne, Franku.

Po prostu jej nie lubisz.

To nie o lubienie chodzi.

Właśnie tak, zawsze jak coś, to od razu mama winna.

Zamykam oczy na moment. Oddycham.

Trzy lata temu Twoja mama zadzwoniła, bo rzekomo za dużo wydaję na jedzenie. Pamiętasz?

Coś było

Przeglądała Twoje paragony, liczyła. Powiedziała, iż kupuję zbędne rzeczy. Wróciłeś wtedy i mówisz: Jadzia, może kupuj mniej jedzenia?. Pamiętasz?

Chciała pomóc

Chciała wiedzieć, ile wydajemy. O to jej chodziło.

Nie bądź dla niej niesprawiedliwa.

Dobrze. Dalej. Rok temu wróciłam później z pracy, bo musieliśmy zamykać kwartał. Twój mama zadzwoniła i zasugerowała: z kim to Jadzia tak późno? Pamiętasz, co mi powiedziałeś?

Wzrusza się.

No

Jadzia, na pewno byłaś w pracy z kolegą? tak spytałeś. Pierwszy raz po tylu latach.

Po prostu dopytałem

Wcześniej nie dopytywałeś, bo ufałeś. A tu mama rzuciła pomysł i już nie ufasz.

No, Jadzia

A jeszcze coś. Twoja mama widziała, jak sąsiad Mirek pomógł mi z siatkami pod klatką. Zwykły sąsiad, piętnaście lat mieszkamy w tym samym bloku. Pamiętasz, co powiedziała?

Franek milczy.

Że widziała mnie z jakimś facetem. Z naciskiem na facetem. Przez trzy dni się do mnie wtedy prawie nie odzywałeś. Przez to, iż sąsiad pomógł nieść zakupy.

Nie pomyślałem źle

Pomyślałeś. choćby jeżeli nie powiedziałeś tego na głos.

Patrzy na mnie. Jego twarz już miękka, nie ściekła. W oczach coś nowego nie złość, chyba zagubienie. Otwiera usta, zamyka.

Jadzia

Nie chcę robić awantur, Franku. Ale to nie jest pierwszy raz, ani drugi. Zawsze słuchasz jej, idziesz do mnie z pretensją. Nie pytasz. Nie rozmawiasz. Wierzysz jej.

Ona nie ze złej woli.

Może rzeczywiście nie ze złej. Ale efekt jest ten sam: patrzysz na mnie podejrzliwie, a ja muszę się tłumaczyć, iż nic nie przeskrobałam. Zmęczyłam się, Franku. Naprawdę.

Czego ode mnie chcesz? Żebym nie rozmawiał z mamą?

Nie, chcę, żebyś najpierw rozmawiał ze mną.

Mówię to bez krzyku, bez łez. Prosto. Dlatego brzmi to jak kamień spuszczony na stół.

Franek patrzy najpierw na mnie, potem na podłogę, potem znów na mnie.

Nie wiedziałem o tacie

Mogłeś zapytać. Wejść do kuchni i powiedzieć: Jadzia, mama mówi, iż coś przelewałaś. O co chodzi?. Wystarczyłoby.

No

A ty wybiegasz z awanturą. Jakbym już była winna.

Milknie. Jest cicho, słychać tylko lodówkę. Słońce sięga podłogi jasnym pasmem, jest spokojne, zupełnie obojętne na nasze sprawy.

Patrzę na niego i myślę: oto człowiek, z którym jestem już prawie dwadzieścia sześć lat. Wychowaliśmy syna, żegnaliśmy jego ojca, był czas przeprowadzek, biedy, chorób Znam każdą jego zmarszczkę, wiem jak wygląda, gdy zasypia, jak pije herbatę trzymając kubek dwoma rękami, wiem iż jest dobry, pracowity i mnie kocha. Wszystko wiem.

A jednak tak.

Wyjdź, Franku.

Drgnął.

Co?

Proszę, zostaw mnie tu samą. Muszę pobyć sama.

Jadzia, no

Proszę.

Stoi chwilę, po czym wychodzi. Nie trzaska drzwiami. Po prostu cicho przechodzi przez korytarz. Słyszę skrzypnięcie drzwi do salonu.

Odwracam się z powrotem do zlewu. Wyciągam talerz i dalej myję, ręce same się ruszają. Patrzę przez okno i rozważam, czy zadzwonić do Teresy. Teresa Walczak, przyjaciółka jeszcze z technikum zawsze rozumiała i nigdy nie narzucała rad.

Albo nie dzwonić. Wziąć torbę, wyjść. Przewietrzyć się. Bo w tej kuchni, z tą lodówką i tym słońcem, po ludzku już dłużej nie mogę.

Pakuję się powoli. Ręce lekko drżą. Otwieram szafę, długo w nią patrzę, wybieram sweter. Wkładam do torby. Wyciągam z powrotem, biorę inny, ten szary bardziej lubiany przez Teresę. Nagle się orientuję, iż ładowarka została w kuchni.

Trochę głupio tam wejść. Nie, iż Franek tam jest słyszę, iż coś włączył w salonie, potem wyłączył. Po prostu znowu trzeba by coś mówić, albo milczeć, a jedno i drugie jest męczące.

Szybko przechodzę po ładowarkę i wracam do przedpokoju.

Dokąd idziesz? Franek stoi w progu salonu.

Do Teresy.

Po co?

Muszę.

Jadzia, poczekaj. To emocje

Tak, emocje. Właśnie.

Pogadajmy spokojnie?

Franku, właśnie pół godziny tłumaczyłam. Powiedziałam wszystko.

Chodzi mi o poważną rozmowę.

Patrzę na niego. W ręku mam torbę, nie jestem choćby ubrana jeszcze w kurtkę, stoję w swetrze.

Powiedz, iż chcesz poważnej rozmowy po tym jak wbiegasz i wrzeszczysz.

Nie wrzeszczałem!

Franek.

Zamyka oczy, pociera nos.

Dobra. Proszę Cię, nie wychodź. Przecież to dziecięce.

Dzieci nie wychodzą? Uśmiecham się krzywo. Nasz Bartek jak się zdenerwował, to zamykał się w łazience na dwie godziny. Też wychodził.

Bartek to co innego.

Oczywiście. Franku, wrócę niedługo. Potrzebuję powietrza.

A ja mam tu siedzieć i się przejmować?

Nie musisz się przejmować. Możesz obejrzeć jakiś program w telewizji.

Jadzia!

Nakładam kurtkę. Zasuwam suwak.

Nie wierzysz mi. O to cała sprawa. Dwadzieścia sześć lat razem, a nie wierzysz. To boli, Franku. Nie krzyk, tylko to.

Milczy.

Wrócę wieczorem. Albo jutro rano. Jeszcze nie wiem.

Już łapię za klamkę. Stoi i patrzy na mnie, a na twarzy ma zagubienie, jakiego nie widziałam u niego od lat. Jest duży, trochę już przysadzisty, z siwizną na skroniach, stoi na tym swoim korytarzu i nie wie co zrobić z rękami.

Jadzia mówi cicho. Jadzia

Wychodzę.

Za mną zamyka się drzwi. Franek stoi chwilę w korytarzu. Potem wraca do salonu, siada na kanapie. Wstaje, znowu siada.

Telefon leży na stole. Patrzy na niego.

Dwa nieprzeczytane sms-y od matki: No i co? Rozmawiałeś? Franek, odezwij się.

Bierze telefon w rękę, długo tylko trzyma, nie naciska przycisków. Wreszcie wstaje, idzie do kuchni, podchodzi do okna. Za oknem brzozy delikatnie falują, słońce przesuwa się już ku wieczorowi, ale przez cały czas jasno. Na podwórku biega sąsiadowy jamnik rudy, śmieszny.

Wybiera inny numer.

Panie Zbigniewie? Franek z tej strony, dzień dobry.

O, Franek! głos teścia w słuchawce radosny, odrobinę zdziwiony. No witaj! Wszystko w porządku?

Chciałem zapytać kupował pan auto w zeszłym tygodniu?

Ależ tak teść śmieje się krótko. Wziąłem używanego fiata, tanio wyszło. Gospodarz porządny. Teraz jak panisko własne autko. Jadzia mi pomogła z przelewem, przecież z tymi telefonami to ja nie ogarniam, sam wiesz.

Franek milczy chwilę.

Franek? Słyszysz mnie?

Tak, tak, jestem. Panie Zbigniewie, więc to były pańskie pieniądze?

A czyje? głośne zadziwienie teścia. Dałem Jadwidze gotówkę, przelała dalej. Mądra dziewczyna, sprawnie załatwiła. Wpadnij do mnie na ciastka z jabłkami, tylko nie mów córce, bo powie, iż za dużo cukru. Znowu się śmieje.

Przyjadę. Dziękuję, panie Zbigniewie.

No cześć, czekamy!

Franek rozłącza się. Odkłada telefon. Siedzi przy stole, dłonią pociera twarz.

Idiotą jestem.

Po prostu idiotą.

Matka zadzwoniła, nagadała a on biegiem, z krzykiem do żony, która zrobiła to, co zawsze. Chciała pomóc tacie. Zawsze tak było pomaga każdemu, i jemu, i rodzinie, i sąsiadom, bo taka już jest. I dostała za to awanturę.

Siedzi i widzi, jak stała przy zlewie w żółtych rękawiczkach, i jak spokojnie zdejmowała je i mówiła zwyczajnym głosem, a w oczach było Zrozumiał dopiero teraz. Nie była obrażona. Była po prostu bardzo zmęczona.

I to o paragonach prawda.

I iż przez trzy dni milczał, bo matka gadała o Mirku prawda. Sam się przekonywał, iż nie, iż to humor, ale przecież dokładnie pamięta, jak matka dzwoniła pół godziny, szeptała: Dymu bez ognia nie ma, i poczuł, jak coś szarego i brudnego się w nim unosiło.

Wróciła wtedy do domu, postawiła siatki, powiedziała, iż jest zmęczona, a on tylko westchnął. Potem nie odezwał się do niej przez dwa dni, potem jeszcze dzień. Ona nie pytała. Po prostu żyła dalej.

Znowu bierze telefon. Wybiera numer matki.

Franek! No, wreszcie! Rozmawiałeś z nią? Wytłumaczyła?

Tak, mamo. Wszystko wyjaśniła.

I co?

To były pieniądze jej ojca. Pan Zbigniew właśnie mi opowiedział. Wszystko w porządku.

Cisza.

To nic nie zmienia matka odzywa się sztywno. Powinieneś wiedzieć, iż przez wasze konto przechodzą obce pieniądze.

Mamo.

Czekaj. Martwię się o Ciebie! Bo jakby coś zrobiła

Mamo, stop. Posłuchaj. Chcę coś ważnego powiedzieć nie przerywaj, dobrze?

No?

Nie miałaś racji. Zadzwoniłaś z pretensjami, nie dopytałaś. A ja wpadłem i nawrzeszczałem na Jadzię. Wyszła z domu przeze mnie. Bo zachowałem się jak głupek.

Przestań! Ja tylko

Mamo powtarza spokojnie, ale bez wahania. Robisz tak często. Dzwonisz, coś powiesz o Jadzi, a ja potem idę do niej z tym. I potem wychodzi, iż wszystko było inaczej. Już nie chcę tak żyć. To ja muszę żyć z żoną, rozumiesz? Z nią.

Martwię się o Ciebie

Wiem, mamo. Kocham Cię. Ale proszę, na przyszłość inaczej. Chcesz coś wiedzieć poproś: Franek, sprawdź, dopytaj. Nie z domniemaniami i podejrzeniami.

To teraz jesteś za nią?

Nie o to chodzi. Chodzi o nas. Tak jest zdrowiej.

Długa cisza. Słyszy, iż matka oddycha mocniej.

To wszystko mówi. Kocham Cię. Zadzwonimy jeszcze.

Nie czeka na odpowiedź. Patrzy na ucichły telefon.

Jeszcze dziś zadzwoni raz czy dwa. Będzie się dąsać to pewne. Ma do tego talent. Ale on nie cofnie. Trzeba było to powiedzieć dawno. Że nie powiedział, też była jego wina.

Dzwoni do Jadwigi.

Sygnał, potem poczta głosowa.

Odkłada komórkę. Podchodzi do okna. Brzozy za szybą już nie wirują, wiatr ucichł. Zielone liście na tle niebieskiego nieba.

Zdejmuje z wieszaka kurtkę i wychodzi.

Teresa Walczak otwiera drzwi, widzi minę Jadzi i nic nie pyta.

Chodź, zrobię herbatę.

Siedzą w kuchni Teresy. U niej zawsze swojsko, firanki w kwiatki, kot Leon na parapecie, pachnie ciastkami waniliowymi. Jadzia pije herbatę i milczy. Teresa też milczy, czasami tak trzeba.

Zmęczona jestem, Teresa mówi cicho Jadzia.

Widzę.

To nie przez awanturę. Od awantury boli, ale przechodzi. Tu chodzi o coś innego.

O co?

Jadzia ogrzewa dłonie na kubku.

On mi nie wierzy. Po prostu nie wierzy. Dwadzieścia sześć lat, a mama mu coś powie i już jestem podejrzana.

Przecież ci wierzy Teresa delikatnie. To matka Znasz Halinę, jak potrafi być.

Wiem. Ale decyzja zawsze należy do niego. Nie jego mama wybiera, czy zapytać mnie czy wierzyć jej. A zawsze najpierw wybiera ją.

Milczenie.

Nie żądam, żeby od matki się odwrócił. Nie jestem egoistką. Niech kocha, odwiedza, pomaga. Chcę tylko ustalonego porządku żebym najpierw ja wiedziała o sobie, nie od niego i jego wrzasku.

Powiedziałaś mu to?

Tak.

I?

Wyszłam.

Teresa wzdycha i dolewa herbaty.

I dobrze. Niech się zastanowi.

Boję się.

Czego?

Krótko milczy.

Że nic się nie zmieni. Pokiwa, przeprosi, a przy pierwszym telefonie od mamy To będzie się powtarzać. Do końca życia nie chcę tak.

Jadzia Ludzie się zmieniają.

Zmieniają. Ale powoli. Albo nie zmieniają się wcale. Jak to sprawdzić?

Teresa nie odpowiada. Wie, iż nie ma dobrej odpowiedzi. Są pytania, które wiszą w powietrzu na zawsze.

Kot Leon przeciąga się na parapecie. Za oknem przejeżdża samochód.

Dobra, czas się zbierać.

Idziesz do domu?

Tak. I tak robota czeka.

Franek dzwonił?

Wyciąga telefon. Jedno nieodebrane od Franka.

Tak.

No widzisz.

To o niczym nie świadczy mówi Jadzia, ale bierze kurtkę.

Jedzie tramwajem przez miasto. Wiosna, trochę szaro po zimie, ale ludzie już żywi: ktoś z torbą na zakupy, dzieci na rowerkach, staruszek karmi gołębie.

Myśli o ojcu.

Trzeba będzie do niego w przyszłym tygodniu zajechać. Sprawdzić, jak ten samochód, czy zdrowie. Samodzielność dobrze mu zrobi, byle zdrowie dopisało.

Myśli o synu, Bartku, który mieszka w innym mieście, rzadko dzwoni, ale zawsze dobrze rozmawiać. Wyrośnięty, porządny chłopak. Ma fajną żonę, może zostaną dziadkami.

Myśli o tapecie żółta czy beżowa? Beżowa chyba cieplejsza.

Tramwaj podjeżdża na jej przystanek. Wysiada.

Drzwi otwarte, nie zamknięte na klucz. Dziwne Franek zawsze zamykał. Wchodzi, zdejmuje kurtkę.

Franek?

W salonie cicho.

Wchodzi do pokoju. Siedzi na kanapie, nie ogląda telewizora tylko siedzi, ręce na kolanach. Na stoliku dwie filiżanki. Herbata albo kawa, nie patrzyła.

Podnosi na nią wzrok.

Wróciłaś.

Wróciłam.

Stoi w progu. On wstaje, nie wie, co zrobić więc siada, potem znowu wstaje.

Jadzia, rozmawiałem z tatą Zbigniewem.

Wiem. Tata pisał mi SMS.

Dobrze on gada.

Tak.

I zaprosił na szarlotkę.

To potrafi.

Między nimi napięta cisza. Siadam na drugim końcu kanapy, biorę filiżankę. Okazuje się, iż to kawa.

Dzwoniłeś do mamy? pytam.

Zastanawia się.

Tak.

I co?

Powiedziałem, iż więcej tak nie wolno. My poradzimy sobie sami.

Patrzę na niego.

Naprawdę?

Tak. Trochę się obraziła, głosu nie podniosła, ale Znasz ten ton.

Znam.

Przeżyjemy mówi bez przekonania, ale bez strachu. Wcześniej trzeba było jej to powiedzieć.

Patrzę siedzi trochę skulony, taki prawdziwy, nie pokazowy, kanciasty, ale nie ucieka.

Jadzia, przepraszam. Zachowałem się idiotycznie. Nie pomyślałem. Mama zadzwoniła, to pobiegłem z wrzaskiem. Źle zrobiłem.

Źle.

Wiem. Milczy. Chciałaś remont mówiłeś rano o tapecie.

Franek

No! Zróbmy. Jaką chcesz, taką będzie. I pojedziemy nad morze, choćby na tydzień. Od lat chciałaś.

Nie chodzi o urlop, Franek.

Wiem, tylko ja już nie wiem, co powiedzieć. Głowa nie pracuje.

Odkładam filiżankę.

Ja nie chcę niczego wielkiego. Tylko żebyś mi wierzył. To tyle. To proste.

Wierzę Ci.

Dziś uwierzyłeś mamie.

Milknie.

Dzisiaj popełniłem błąd.

Jeden błąd nie jest problemem. Problem, iż to nie pierwszy raz. I boję się, iż nie ostatni.

Więcej nie będzie.

Zaczekaj. Teraz mówisz, iż nie będzie ale już nieraz mógłbyś to powiedzieć Ja nie chcę obietnic. Chcę się umówić.

Patrzy uważnie.

Umówić jak?

Trochę się odwracam i patrzę mu w oczy.

jeżeli następnym razem mama Ci coś powie o mnie, przyjdź i zapytaj: Jadzia, to prawda?. Po prostu zapytaj odpowiem. To cała nasza umowa. Tyle.

Zawiesza się na chwilę, patrzy.

Mogę. Dam radę.

Umowa stoi?

Trzyma.

Siedzimy obok siebie, niewielki dystans, dwadzieścia centymetrów, może mniej. Nie dotykamy się, ale już nie odsuwamy.

Za oknem zapada już wieczór. Brzozy na tle ciemnego nieba stoją spokojnie.

Ona nie przestanie, wiesz mówię cicho. Halina. Teraz się obrazi, miesiąc pomilczy, potem znów zadzwoni.

Wiem.

I tak będzie ciągle.

Tak.

Co zamierzasz z tym zrobić?

Nie odpowiada od razu. Szanuję, iż nie rzuca słów, tylko myśli.

Jeszcze nie wiem szczerze. To moja mama, kocham ją. Ale masz rację: wtrąca się za bardzo. Muszę z nią pogadać, porządnie, nie przez telefon. Pojechać, usiąść, wytłumaczyć.

Będzie płakać.

Pewnie tak. Ale to nie znaczy, iż nie mam racji.

Patrzę na niego, skinam głową.

Wiesz iż to się nie rozwiąże od razu?

Wiem.

I ona będzie mnie obwiniać.

Niech tak będzie mówi zmęczonym, ale pewnym głosem. Ale nam razem żyć. Nam. Nie jej przyglądać się, jak się kłócimy.

Kiwnęłam głową.

Kawa już zimna. Biorę jeszcze łyk, choć nie znoszę zimnej.

Tapeta mówię nagle.

Co?

Chyba beżowa. Albo jasny żółty. Jeszcze nie zdecydowałam.

Patrzy na mnie, lekko się uśmiecha, kącikiem ust.

Obydwie fajne.

Trzeba by pojechać do sklepu i zobaczyć.

Pojedziemy, kiedy chcesz.

Znów kiwam głową. Odkładam filiżankę. Siedzimy w ciemniejącym pokoju, cicho i swojsko, z ciepłem, jakie można mieć tylko razem, mimo wszystko.

Nie jest idealnie. Wiem. Jutro może zadzwonić Halina, trzeba będzie znowu coś przerabiać, tłumaczyć, być twardą. Franek mówi adekwatne rzeczy. Słowa i czyny to różne rzeczy, wiem to doskonale.

Ale teraz, w tej chwili, siedzimy razem. To coś znaczy.

Franek

Tak?

Zrób jeszcze kawy. Ciepłej.

Wstaje bez słowa z moim kubkiem, idzie do kuchni. Słyszę, jak szumi woda, jak paruje ekspres.

Siedzę i patrzę przez okno. Myślę, iż życie to nie tylko święto i nie samo rozczarowanie. Utrudzenia, niepowiedziane słowa, nie zawsze drobne żale. A jednak razem.

Wraca z dwoma nowymi kubkami kawy. Siada obok, podaje mi jeden.

Dziękuję mówię.

Nie ma za co.

Milczymy chwilę. Wtedy ostrożnie, nieśmiało, nakłada swoją dłoń na moją. Nie odsuwam się.

Jadzia Ta nasza umowa. Ty powiedziałaś: mam przyjść i zapytać, tak po prostu?

Tak, po prostu.

Odpowiesz mi?

Odpowiem.

Kiwa głową.

To nie jest trudne mówi cicho, jakby sprawdzał na głos.

Nie zgadzam się. To wcale nie jest trudne.

Za oknem przemknęły światła auta. Kawa dymi i smakuje dobrze. Jutro zadzwonić do taty, czy auto działa.

A tapetę wybierzemy w niedzielę.

Idź do oryginalnego materiału