Msza o wpół do siódmej

twojacena.pl 3 dni temu

Zamówiłam mszę na drugą rocznicę śmierci Bogdana i powiedziałam o tym dzieciom sześć tygodni wcześniej, przy niedzielnym obiedzie, żeby na pewno usłyszały, żeby nie było wymówki, iż zapomniały. Nie przyszło ani jedno z nich. Kinga miała szkolenie w Poznaniu, Tomek „wyskoczył awaryjnie do klienta w Katowicach". W ostatniej ławce, pod filarem, siedział pan Zenek z dawnego zakładu mechanicznego męża. W garniturze, który wisiał na nim jak na wieszaku.

Kościół świętej Jadwigi na Ochocie o siódmej rano w środę jest prawie pusty. Dwie kobiety z różańcem w pierwszej ławce, kościelny sprzątający kruchtę, zapach wosku i mokrego kamienia po nocnym deszczu. Za oknem tramwaj numer osiem skrzypiał na zakręcie, dokładnie tak samo jak skrzypiał, kiedy Bogdan jeszcze żył i narzekał, iż trzeba go naoliwić.

Ksiądz zaczął czytać intencję. Odwróciłam głowę.

— Za duszę śp. Bogdana Wiśniewskiego, w drugą rocznicę śmierci, od żony Danuty.

Nie zadrżał mi głos. Pilnowałam tego. Ale wtedy zobaczyłam pana Zenka w tej ostatniej ławce — siwego, z ręką na oparciu ławki przed nim, jakby się podpierał — i coś we mnie się rozsypało jak stary sznurek. Bo on przyszedł. A moje dzieci nie znalazły dla mnie czterdziestu minut.

Po mszy podszedł do mnie na chodniku przed plebanią. W dłoni trzymał jeden goździk, czerwony, taki z wiaderka sprzed cmentarza przy ulicy Powązkowskiej, gdzie sprzedają je po dziesięć złotych sztuka.

— Pani Danuto, niech pani nie myśli, iż się wtrącam — powiedział, przestępując z nogi na nogę. — Bogdan mówił mi kiedyś, iż garnitur trzyma się na trzy okazje. Ślub, pogrzeb i wtedy, kiedy komuś naprawdę trzeba, żeby ktoś przyszedł.

Wzięłam goździka. Nie umiałam odpowiedzieć nic sensownego, więc tylko przytaknęłam. Pan Zenek też skinął i poszedł w stronę przystanku, powłócząc trochę nogą — ta sama kontuzja kolana sprzed lat, po upadku z rusztowania w zakładzie.

Stałam przed kościołem z tym goździkiem i myślałam o moim mężu. Frezer z zawodu, trzydzieści cztery lata w tej samej hali produkcyjnej na Woli, człowiek, który nigdy w życiu nie powiedział mi „kocham cię" wprost. A jednak powiedział coś takiego koledze przy tokarce. I ten kolega to zapamiętał na tyle długo, żeby przyjść w garniturze o świcie, w środku tygodnia, kiedy nikt go o nic nie prosił.

Z Bogdanem byliśmy trzydzieści dziewięć lat. Poznaliśmy się na potańcówce w klubie „Hutnik", ja miałam dwadzieścia lat, on dwadzieścia pięć i pachniał wodą po goleniu z zielonej buteleczki, którą kupował zawsze w tym samym kiosku. Tańczył sztywno, jakby połknął pogrzebacz, ale prowadził tak, iż człowiek wiedział, w którą stronę ma się obrócić. To mi się w nim spodobało najbardziej — ta pewność.

Przez trzydzieści dziewięć lat Bogdan był pewny wszystkiego. Że budzik ma dzwonić o piątej czterdzieści. Że dzieci mają zdać maturę, a nie „jakoś to będzie". Że kredyt na mieszkanie spłacimy sami, bez pożyczania od rodziny. Że urlop to Mazury, bo Chorwacja to fanaberia. Był pewny, iż wiem, iż mnie kocha, choćby nigdy tego głośno nie wypowiedział. I wiedziałam. Tylko nasze dzieci — chyba nie do końca.

Kinga ma trzydzieści osiem lat, mieszka pod Poznaniem, ma firmę consultingową, coś od szkoleń dla korporacji. Kiedy dzwonię, zawsze jest „zaraz na spotkaniu online". Tomek ma trzydzieści pięć, mieszka w Katowicach, pracuje zdalnie dla firmy z siedzibą gdzieś w Niemczech, mówi o „callach" i „deadline'ach" tak, jakby to były słowa w jego ojczystym języku. Oboje przyjechali na pogrzeb dwa lata temu. Kinga płakała przy trumnie. Tomek stał sztywno, a potem powiedział przy grobie: „Mamo, tata nie chciałby, żebyśmy się teraz rozklejali".

Może i by nie chciał. Ale na pewno chciałby, żeby jego syn znalazł czterdzieści minut na mszę za niego raz w roku.

Zadzwoniłam do Kingi tydzień wcześniej, żeby przypomnieć.

— Mamo, ja pamiętam, tylko mam to szkolenie w Poznaniu, wyjazdowe, nie da się przełożyć. Zapalę świeczkę na miejscu, dobrze?

— Dobrze — powiedziałam, bo co innego miałam powiedzieć.

Tomek napisał esemesa wieczorem przed mszą: „Mamo, przepraszam, wyskoczyła awaria u klienta, muszę być w Katowicach. Pomyślę o Tacie". Odpisałam „ok" i odłożyłam telefon na kredens, obok zdjęcia z naszego ślubu, gdzie Bogdan trzyma mnie za łokieć tak mocno, jakby się bał, iż odejdę.

Po mszy wróciłam do mieszkania na Grójeckiej i postawiłam goździk pana Zenka w tym samym wazoniku, w którym stała biała róża zeszłego roku — bo w zeszłym roku, na pierwszą rocznicę, też przyszedł tylko on, z różą, i też powiedział to samo o garniturze. Wtedy pomyślałam, iż to zbieg okoliczności. Teraz już wiedziałam, iż to nie żaden zbieg.

Usiadłam przy kuchennym stole, wyjęłam z szuflady starą kopertę, w której trzymałam papiery po Bogdanie — akt zgonu, polisę, wyciąg z banku. I dostałam telefon od Kingi, dopiero po południu, jakby przypomniała sobie o obowiązku.

— Mamo, jak było? Dużo ludzi?

— Nikogo z rodziny — powiedziałam spokojnym tonem, bez wyrzutu w głosie, bo już nie miałam siły na wyrzuty. — Przyszedł pan Zenek z zakładu taty. Sam.

Cisza w słuchawce trwała chwilę za długo.

— Mamo, no przepraszam, naprawdę nie mogłam…

— Wiem, Kingo. Masz konferencję.

Odłożyłam słuchawkę i wyjęłam z koperty dokument, który schowałam tam pół roku wcześniej, po wizycie u notariusza przy ulicy Filtrowej — testament, w którym połowę udziału w mieszkaniu po Bogdanie zapisałam wnukom w formie zapisu bankowego na przyszłość, a nie dzieciom bezpośrednio, bo doradca prawny powiedział, iż tak zabezpieczę pieniądze przed pochopnymi decyzjami. Wtedy się wahałam, czy to nie zbyt surowe. Teraz otworzyłam aplikację banku w telefonie, sprawdziłam saldo lokaty założonej z odszkodowania po Bogdanie — sto dwadzieścia tysięcy złotych, odłożone na „coś ważnego" — i przelałam z niej dwa tysiące złotych na konto pana Zenka, z tytułem przelewu: „Za garnitur i za to, iż pan przyszedł. Dwa razy".

Zadzwonił telefon niecałą godzinę później. Pan Zenek, zdziwiony, powtarzał, iż to za dużo, iż nie trzeba było, iż on tylko postał w kościele. Powiedziałam mu, iż w tej rodzinie to on jeden pamiętał, co znaczy słowo Bogdana, i iż garnitur trzeba wreszcie oddać do krawca, bo za dwa lata znów się przyda, i wtedy ma być dopasowany jak trzeba.

Odłożyłam telefon i wróciłam do koperty z dokumentami. Zmieniłam w niej jedną rzecz: na kopercie z napisem „dla dzieci — otworzyć po mojej śmierci" dopisałam długopisem, pod spodem, drugą linijkę: „PS. Msza za ojca była o wpół do siódmej. Przyszedł pan Zenek".

Nie dzwoniłam już do Tomka tego dnia. Zaparzyłam herbatę, usiadłam przy oknie i patrzyłam, jak na przystanku ludzie wsiadają do tramwaju numer osiem, tego samego, który skrzypiał rano. Goździk stał w wazoniku, czerwony na tle firanki, i nie miałam zamiaru go wyrzucać, dopóki sam nie zwiędnie.

Idź do oryginalnego materiału