„Możemy zatrzymać się u Ciebie na jakiś czas, bo nie stać nas na wynajem mieszkania!” – usłyszałam od mojej przyjaciółki. Mam 65 lat i mimo wieku wciąż podróżuję po Polsce, spotykam niezwykłych ludzi i z nostalgią wspominam czasy studenckich wyjazdów nad Bałtyk, na Mazury czy pod namiot w Bieszczady. Wtedy życie było tańsze, a znajomości zawierane na sopockiej plaży czy w teatrze trwały latami. Tak poznałam Sarę – latem w pensjonacie nad morzem. Po kilku latach kontaktu dostałam od niej telegram: „Spotkaj się ze mną o trzeciej rano!”. Nie wiedziałam, kto wysłał wiadomość, ale o czwartej ktoś zapukał – Sara, dwie nastolatki, babcia i mężczyzna z górą walizek. „Dlaczego nie przyszłaś na dworzec? Przecież wysłałam telegram! Przecież masz mój adres!”, powiedziała. Okazało się, iż jej córka dostała się na studia i rodzina przyjechała do stolicy, by ją wesprzeć. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, iż oświadczyli: „Będziemy mieszkać u Ciebie! Nie mamy pieniędzy na wynajem ani hotel!”. Przez trzy dni musiałam gotować i gościć rodzinę, która choćby nie pomogła w kuchni. W końcu poprosiłam, by się wyprowadzili – wybuchła trudna kłótnia, a w jej trakcie Sara rozbiła naczynia, a rodzina wyjechała, zabierając mój szlafrok, ręczniki i… duży garnek! Tak skończyła się nasza przyjaźń. Od tamtego czasu jestem ostrożniejsza w zawieraniu znajomości.

twojacena.pl 4 godzin temu

22 czerwca 2024, Warszawa

Dzisiaj znów wracam myślami do pewnego szalonego epizodu z mojego życia, który wciąż wywołuje we mnie mieszankę rozbawienia i irytacji. Jestem energiczną kobietą mimo swoich 65 lat nie przestaję podróżować i spotykać nowych, ciekawych ludzi. Często wspominam z sentymentem czasy młodości. Ach, wtedy wszystko było prostsze! Wakacje nad Bałtykiem, tipi nad jeziorem w Mazurach, spływ kajakowy po Pilicy czy późne wieczory ze znajomymi w teatrze. I to wszystko można było zrobić za parę złotych!

To już minęło bezpowrotnie. Poznawanie ludzi zawsze dostarczało mi euforii spotykałam ich zarówno w Parku Skaryszewskim, jak i na przedstawieniach w Teatrze Narodowym. Z niektórymi przyjaźnie trwały długie lata Tak było też z moją dawną znajomą Aniela. Poznałyśmy się w pensjonacie w Międzyzdrojach. Spędzałyśmy razem lato, a potem utrzymywałyśmy kontakt listownie.

Aż tu nagle, po kilku latach, pojawił się u mnie telegram. Był krótki, anonimowy: Pociąg przyjeżdża o trzeciej nad ranem. Spotkaj się ze mną! Kompletnie nie wiedziałam, o co chodzi ani kto mógł do mnie pisać. Oczywiście nie poszliśmy z mężem na dworzec, bo wydawało się to nieodpowiedzialne. Jednak o czwartej rano rozległ się dzwonek do drzwi. Otwieram a tam Aniela, dwie polskie nastolatki (Kinga i Jagna), starsza pani i mężczyzna z naręczem walizek! Nie kryłam zaskoczenia. Zaprosiliśmy ich do środka trochę z grzeczności, a trochę z ciekawości.

Już na progu Aniela rzuciła:

Czemu się nie pojawiłaś na dworcu? Przecież dałam ci znać telegramem! A to kosztowało mnie złotówki!
Przepraszam, nie wiedzieliśmy, iż to od ciebie…
Przecież mam twój adres. Jestem i właśnie przyjechaliśmy!
Sądziłam, iż będziemy pisać listy nic więcej!

Opowiedziała mi, iż jej córka, Kinga, właśnie skończyła liceum i wybiera się na Uniwersytet Warszawski. Cała rodzina przyjechała ją wspierać. I wtedy padło to zdanie:

Zamieszkamy u was, bo nie mamy pieniędzy na wynajem ani hotel!

Zamurowało mnie. Przecież nie byliśmy rodziną, ledwie utrzymałyśmy kontakt. Z dnia na dzień nasze mieszkanie zamieniło się w pensjonat. Musiałam gotować obiady, śniadania i kolacje. Goście przynieśli parę produktów, ale na tym się skończyło nic nie gotowali, wszystko zjadali, ja musiałam obsługiwać całą ich gromadę.

Trzeciego dnia miałam już serdecznie dosyć. Grzecznie poprosiłam Anielę i jej rodzinę, by się wyprowadzili. Nie interesowało mnie, dokąd. Niestety, wybuchła potężna awantura krzyki, trzaskanie drzwiami, tłuczenie talerzy. Nigdy nie zapomnę, jak Aniela zrobiła scenę prosto z polskiego melodramatu!

Gdy w końcu się wynieśli, zorientowałam się, iż zniknął mój wełniany szlafrok, dwa ręczniki i choćby duży garnek z kuchni nie mam pojęcia, jak go wynieśli, bo był naprawdę spory. Po prostu wyparował, jakby nigdy go nie było!

Tak zakończyła się tamta niefortunna przyjaźń. Na szczęście, nigdy więcej o Anieli nie słyszałam, nie dostałam też żadnego listu. Byłam zadziwiona jej bezczelnością jak można być tak niewdzięcznym! Od tamtej pory ostrożniej podchodzę do nowych ludzi. Chyba stara, dobra polska przezorność jest jednak najlepszą życiową ochronąAle wiecie co? Mimo wszystko nie żałuję. Dzięki Anieli nauczyłam się, iż warto stawiać granice i ufać własnej intuicji. Życie jest pełne niespodzianek, nie zawsze miłych, ale choćby te niefortunne epizody czynią nas silniejszymi. Teraz, gdy popołudniowe światło sączy się przez okna, śmieję się pod nosem bo choć przepadł mój garnek i szlafrok, została mi opowieść, którą mogę dzielić się wśród znajomych na ławkach w parku. I kto wie? Może kiedyś znowu spotkam kogoś szalonego na swojej drodze Ale tym razem na pewno będę miała oko na kuchenne sprzęty.

Idź do oryginalnego materiału