Moje zasady
Nie, Krzysiu, dobrze, iż przyjechałeś! Antonina Piękna usiadła naprzeciwko syna przy okrągłym stole nakrytym kraciastym obrusem w maleńkiej warszawskiej kuchni. Podparła twarz drobnymi piąstkami i uśmiechnęła się rozmarzona. Ależ ja się stęskniłam. Jedz, jedz, kochanie. Dołożyć ci jeszcze kotlecika?
Krzysztof potrząsnął głową.
Nie smakuje ci? zaniepokoiła się matka, prostując się gwałtownie. Jej drobna, wyprasowana twarzyczka nagle się wydłużyła, brwi uniosły się do góry. Przecież robiłam jak zawsze… Przecież mówiłam ojcu, iż ty nie jesz wieprzowiny… No i wyraźnie mówiłam! Co, jakiś dziwny posmak?
Antonina była cała roztrzęsiona, czekała na Krzysia tyle tygodni, rosół gotowała jakby spodziewała się kompanii żołnierzy, a ona, Antonina Piękna, jakiś major w polowej kuchni, miała nakarmić wszystkich, ogrzać i pogłaskać. I teraz taka wpadka kotlety nie trafiły w gust syna…
Nie, mamo, co znowu! Wszystko pyszne, pycha, tylko nie dam rady już więcej.
Krzysztof delikatnie odłożył na talerz niewygodny, maleńki widelczyk, który wyglądał w jego wielkiej dłoni jakby był z kompletu do lalek. Poprawił serwetkę, równie małą jak chusteczka do nosa dla dziecka. Dziwne, iż taka krucha, drobna Antonina mogła urodzić takiego olbrzyma o ramionach jak stąd do Krakowa. Ale to po ojcu, po Marianie. Ten też był rubaszny, plecy jak góra razowa. Przy nim Antonina zawsze wydawała się krucha i dziewczęca.
Wszystko było wspaniałe, jak zwykle! Krzysztof wstał, podszedł do matki, objął ją ramieniem, jakby zarzucał na nią ciepły płaszcz. Od razu poczuła się bezpieczna, zupełnie jakby nic złego nie mogło się wydarzyć… No to mów, co chciałaś. Bo zaraz muszę lecieć. Z Bogumiłą idziemy do sklepu, musimy kupić ciuchy dla Antka.
Bogumiła, którą jej Krzysio nazywał poetką, była jego żoną kobietą skromną, porządną i nieziemsko piękną.
Krzysiek zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Zapatrzył się tak, iż wleciał prosto w słup tramwajowy na Marszałkowskiej, aż aż brwi rozciął, krew się polała. Bogusia wytrzeszczyła oczy, zakryła usta ręką, a Krzysiek stał zawstydzony i macał słup, jakby go uszkodził…
Poszli razem na ostry dyżur. Bogumiła, zabawna i prostolinijna jak świeży rogalik, co chwila upewniała się, czy chłopak nie mdleje z wrażenia. A co mógł powiedzieć? No pewnie, iż mdleje koło niego taka Bogusia, cud narodowej urody!
Pobrali się. Teraz wychowują syna Antka, Bogusia pracuje jako logopeda, często przyjmuje dzieci w domu, co jej bardzo odpowiada. Krzysztof codziennie rano zanosi Antka do szkoły. Nie byle jakiej, tylko do renomowanego liceum biologicznego w centrum miasta, załatwionego przez Bogusię z czułością i uporem. Żyją dobrze, spokojnie, w miłości i codziennych troskach.
Gdzie Bogusia? zapytała Antonina podczas sprzątania ze stołu. Doskonale wiedziała, iż Bogusia dziś prowadzi prywatne, choćby w weekendy, ale przeciągała chwilę, krępując się prosić syna o przysługę.
Przecież mówiłem, ma dwóch uczniów dzisiaj. A Antoni Marianowicz, Krzysiek uwielbiał mówić do syna w tym formalnym stylu, robi lekcje. No, co jest?
Wziął od matki filiżanki ostrożnie, jakby to były szklane pantofelki. Ustawił w zlewie, odwrócił Antoninę do siebie i spojrzał jej w oczy. Mamusiu, co się dzieje? Co z ojcem? Czemu siedzi zamknięty w pokoju? Macie kredyt? Ktoś was oszukał? Zastawiliście mieszkanie, nerkę i cały inwentarz? Szantażują was? Odnalazł się mój brat bliźniak porwany z porodówki?
Krzysztof się uśmiechał, zadowolony ze swoich żartów. Świat wokół również jakby drżał od wiosennego entuzjazmu.
Zgodził się usiąść, klepnął się po wystającym brzuszku, przeciągnął, uderzając dłonią o kuchenny kredens. Ech… Za ciasno tu, nie to co w ich trzypokojowej willi na Bemowie z przestronną loggią i kuchnią większą niż łazienka w tym bloku. To mieszkanie trafiło im się od rodziny Bogusi, która dla zdrowia wyprowadziła się na wieś, a w zamian posyłała co roku do miasta kartofle workami, buraki, zagadkowe bulwy topinamburu i olbrzymie bukiety astrów. Astry przyjeżdżały przy okazji w bagażniku starego poloneza wujka Staszka, byłego właściciela mieszkania. Czemu tak uwielbiał Bogusię, Krzysztof nigdy się nie dowiedział, ale zawsze pomagał Staszkowi przy aucie, kiedy się psuło, a po mieszkaniu wędrował w szortach w palmy.
Właśnie chciałam się spytać… Antonina nabrała powietrza jeszcze więcej, zakręciła się, podsunęła synowi talerzyk z pierniczkami. Pamiętasz Zofię Łuczak?
Krzysiek lekko się spiął, poruszył brwiami.
Oczywiście mamo! odpowiedział w końcu. Pierniczki pachniały miodem i lukrem, nie wytrzymał, nalał sobie jeszcze herbaty i sięgnął po największego, z wytłoczonym zamkiem królewskim i wieżą Mariacką.
Otóż… Zosi skierowano papiery do waszego szpitala wojewódzkiego, ma operację oczu… Coś poważnego, nie znam szczegółów…
Krzysztof żuł i słuchał. Czy pamięta ciocię Zosię? Tak. Mieszkała z nimi na piętrze, pomagała, pilnowała Krzysia, gdy rodzice byli w pracy. Zawsze chodziła w grubych, okrągłych okularach, przez które jej oczy wydawały się jak u sowy, a rzęsy trzepotały jak skrzydełka motyla.
I? spytał, bo matka przycichła i nerwowo skubała okruszki ze stołu.
Czy mogłaby zatrzymać się u was na czas leczenia? Wynajem mieszkania drogi, hotel bez sensu. A jeździć nie da rady. Sił brak… Wiem, iż obca osoba w domu to kłopot, ale tylko na jakiś czas… Ja jestem jej winna, wychowała cię, tak się czuję…
Krzysiek przestał żuć, upił łyk herbaty, wytarł usta i wzruszył ramionami.
No… zamruczał. Gościnność dla cioci Zosi nie była w jego planach, trzeba będzie schować palmy na szortach… I Bogusia już w koszuli nocnej nie pofrunie do kuchni w nocy po herbatę, a w niej taka piękna… Ale jak trzeba, to trzeba. Jasne! Pewnie! Przecież kiedyś ona mi pomagała, teraz moja kolej! uśmiechnął się. Poczuł się arcybohatersko, jakby właśnie oddał życie za Warszawę. Bogusia będzie dumna. I mama też. Zofia Łuczak zasłużyła na opiekę na stare lata! rzekł, rozradowany sobą.
Za oknem, jak aureola nad jego głową, wybuchło słońce, zatańczyło mamie w oczach, aż ściany zaroiły się od tańczących plamek. A dzwony pobliskiego kościółka zadzwoniły radośnie, dusza śpiewała.
Naprawdę? Ojej, Krzysiu, to jest CZYN! Naprawdę czyn, synku! Jestem szczęśliwa, iż wyrosłeś na takiego wrażliwego mężczyznę.
Podeszła, pogłaskała syna po głowie jak w dzieciństwie.
Gdyby Bogusia to widziała, na pewno skrzywiłaby się i zaczęła parodiować te matczyne hołdy. Zawsze z lekkim przekąsem śmiała się z uwielbienia Antoniny do syna.
Ale jej nie było, więc Krzysztof przez chwilę mógł być znowu tym grzecznym chłopcem, którego chwali najważniejsza kobieta w jego życiu.
Opuścił powoli ręce i niemal przysnął z głową przy matczynym ramieniu, tak mu było błogo…
Ale… Ale powinniśmy chyba zapytać Bogusię… wyszeptała nagle matka. Krzysiek też coś zamamrotał, iż Bogusia nie będzie miała nic przeciwko, a potem zdrzemnął się jeszcze chwilę przy jej ręce. No to zawołam Zosię, zdecydujcie.
Antonina wyfrunęła z kuchni, za ścianą zaszeleściła gazeta czytana przez ojca, a Krzysiek pożuł w zadumie wargi, wyciągnął komórkę i zadzwonił do żony.
Bogusia uważnie słuchała, malując jedno oko, celowała w drugie.
I na jak długo ta Zosia? zapytała w końcu.
No, chyba na dwa tygodnie. Bogusiu, trzeba pomóc… Operacja, nie ma gdzie mieszkać…
Ale przecież są łóżka szpitalne… zaczęła, ale mąż jej przerwał.
No tak, ale potem i tak musi chodzić na kontrole. Jeździć po godzinę w jedną stronę? Bogumiłko, przecież jesteś ze mnie gościnna gospodyni, a Zofia Łuczak to przesympatyczna, schludna dama. Dogadacie się, jestem pewien…
Słuchaj westchnęła Bogusia. Coś mi się nie podoba. Pamiętam ją ze ślubu. Patrzyła na mnie, jakbym ukradła ci zimne nóżki… Nie lubi mnie twoja ciocia Zosia.
Lubi! Bardzo cię lubi! I pomoże choćby Antkowi, przecież…
Krzyś, twój syn ma szesnaście lat. Czym mu niby pomoże pani Zofia? uśmiechnęła się Bogusia, zrobiła rybcie z ust, chciała pomalować, ale się rozmyśliła.
Wszystkim, Bogusiu! To kobieta z doświadczeniem. Życie zna jak własną torebkę! zapewniał ją. Więc, nie masz nic przeciw?
Bogusia miała, całkiem sporo, ale nie potrafiła tego powiedzieć. Bała się, iż urazi męża.
No dobra. Kiedy przyjeżdża?
Na tamtym końcu rozmowa przycichła, Krzysztof wyjaśnił, iż w niedzielę.
W tę? Czyli jutro? Bogusię przeszedł dreszcz na widok codziennego rodzinnego bałaganu. Prawdziwy bałagan normalnej rodziny, do pokazywania tylko swoim.
Nikt oprócz nich go nie widział. Uczniów Bogusia przyjmowała tylko w kuchni-jadalni: duży stół, światło, przestrzeń. Dalej nikt nie wchodził. Zawsze na gości musiała sprzątać od podłogi po sufit. Bogusia zawstydzała się rozrzuconych rano swetrów czy nierówno powieszonych ręczników w łazience, ukrywała niedoskonałości.
A pani Zosia będzie chodzić wszędzie! I pomyśli, iż Bogusia to licha gospodyni…
Czyste podłogi i porządek w domu to znaczy porządek w głowie!, powtarzała jej mama. Ludzie na to zwracają uwagę! A ty, Bogusiu, bałaganiaro! No jak można! Nie potrafisz powiesić koszuli, przecież jesteś kobietą!
Bogusia zamknęła oczy, potrząsnęła głową jakby matka wciąż stała obok, a ona, biedna Bogusia, patrzyła w podłogę przytłoczona poczuciem winy.
W następną niedzielę, sprecyzował Krzysztof.
O, to jeszcze da się zrobić… odetchnęła. Zaraz powiem Antkowi…
Miała jeszcze czas dopędzić chaos, wyszorować, poukładać, wyprać, wyprasować, powycierać do błysku…
Antek wziął wieść o przyjeździe starszej pani, która niańczyła jego ojca od wieku pampersowego, zupełnie obojętnie. Przyjedzie to przyjedzie, co mu tam…
Spokojnie, mamo! Żyj, jak żyjesz, i spokój! rzekł z filozoficznym spokojem przyszły biolog. To nasza domowa ekosfera. Ona to organizm obcy, wysłany na adaptację. Przeżyje to przeżyje. Nie to nie.
Nie przeżywamy, Antku, zarastamy! A ja na tygodniu nie będę mieć kompletnie czasu… Daj spokój! Bierz drugi odkurzacz! Nie chcę się wstydzić przed jej znajomymi! Powie potem babci Toni, jaka ze mnie flejtucha!
Babcia wszystko wie i jej to rybka! wzruszył ramionami Antek i wyszedł.
Bogusia się roztrzęsła, ale zaraz zadzwonił domofon. Przyszedł pierwszy uczeń, Karol, pulchny jak pączek, z języczkiem biegającym po podniebieniu, czerwieniący się z wysiłku. Bogusia chwaliła go, a sama przemykała oczami po salonie: Co schować? Co nie błyszczy?
Okna! pomyślała przerażona. Nie umyłam jeszcze okien!
Szyby muszą być tak przezroczyste, by wydawało się, iż ich nie ma!, zamruczała matka w myślach. Z czystych okien poznasz gospodynię! A ty, tylko smugi umiesz zostawić!
Krzysztof pogonił myśli żony wizją opiekuńczej pani Zosi. Chwalił ją bez opamiętania całą drogę do sklepu, a Bogusia tylko kiwała głową.
Tato, okay, przyjedzie twoja druga mama. Kończmy już temat, nie wytrzymał Antek.
I Bogusia była mu wdzięczna…
Do niedzieli czas płynął jakby wciśnięto turbo. W sobotę Krzysztof pojechał po Zosię Łuczak, a Bogusia, odwoławszy uczniów, zabrała się za porządki.
Antek wysłany do fryzjera, pies Felek wykąpany, okna błyszczały jak łzy.
No to, Bogusia, będziemy na trzecią, nie spieszcie się, żyjcie swoim tempem. Zosia się martwi, iż zaburza nam rytm.
Okay, zrozumiałam, czekamy do obiadu.
Bogusia zaplanowała pieczonego kurczaka, ziemniaczki, surówkę z ogórka… Jak należy.
O szóstej posłała Antka, by wyprowadził Felka, a sama wskoczyła pod gorący prysznic i z cichym Szła dzieweczka do laseczka… nuciła na cały blok. Już się myła, kiedy otworzyły się drzwi i rozległo się przeciągłe Kochanie, jesteśmy!. Słychać było śmiech Zosi, Felek szczekał, Antek wzdychał ze zrezygnowaniem.
Zaparowane lusterko mgliście pokazało, jak Bogusia, w szlafroku z ręcznikiem na głowie i szczoteczką w zębach, stanęła oko w oko z gosposią.
To my… powiedział Krzysztof, kiedy wnosił soczystoczerwony olbrzymi kuferek. Za nim szła promienna, koralowousta Zosia Łuczak, zachwycona: wnętrze śliczne, dom uroczy, wszystko super! Ale Bogusia pamiętała tylko jedno ona, ta cała szarmanka, w szlafroku, z nieumalowaną głową, a kurczak się nie dopiekł, a Felek wylazł z błotem po łapach… Już pani Zosia marszczy usta, przekracza kałuże po Felku i patrzy na umykającą Bogusię…
To tutaj twój pokój, pokazał jej Krzysztof. Rozgość się. Ja coś zjemy. Tylko się przebiorę.
Zosia podziękowała, zamknęła drzwi.
… Co wy tak wcześnie?! syknęła Bogusia z za parawanu. Nie byłam gotowa! Tak nie można, Krzysiek, kompromitujesz mnie!
Krzysztof, siedząc na łóżku, patrzył na odbicie Bogusi w polakierowanej szafie, zachwycony jej kształtami.
Co? oderwał się z rozmarzenia.
No pytam, czemu przyjechaliście wcześniej! już ubrana, układała włosy, prosząc: Zasuń mi suwak.
Aaa… u Zosi wizyta wcześniej w szpitalu, zapomniałem. Pojechaliśmy szybciej, machnął ręką, chciał ją pocałować, ale uciekła.
Czemu ona ma tyle rzeczy? mruknęła.
No tak macie, wy kobiety. Handlarki, po prostu.
Znów był z siebie dumny!
Usiedli do śniadania. Bogusia zrobiła jajecznicę, Antek widząc stan mamy, pokroił chleb.
Zosia weszła ostatnia, usiadła obok Antka.
Smacznego. Bardzo tu u was przytulnie. Bogusiu, dałam wam kiedyś na ślub serwis w maki… Tak? Czy to nie wam?
Bogusia wzruszyła ramionami. Serwis stłukł się dzień po ślubie. Krzysiek niósł go po schodach i roztrzaskał o piątą.
Krzysztof żuł w zamyśleniu. Maki i porcelana? Niewyraźnie pamiętał cokolwiek.
Chyba komu innemu, Bogusia lała wszystkim kawę.
Ale tu mi podwiewa, poskarżyła się Zosia. Mogę usiąść na twoim miejscu?
Antek spojrzał pytająco na matkę, a ona bezradnie. Krzysztof się wyprostował. Obrońca, gospodarz!
Bogusiu, usiądź gdzie indziej. Taka operacja, nie może jej przewiać! posadził ją bliżej siebie, gościnnego gościa dając na podługę koło kaloryfera.
Krzysia chowałam od małego, zagaiła nagle Zosia. Ciągle praliśmy pieluchy, był niejadek, ale się poprawił. Ciężki dzieciak, ale mądry.
Bogusia się zadławiła, Antek złośliwie pogmerał nożem.
A pan młody pójdzie może odrobić lekcje. Krzysiek wszystko robił rano. Zosia zabrała Antkowi talerze, spojrzała na gospodynię. Ta chciała coś powiedzieć, ale odpuściła.
Antek, wypiwszy herbatę stojąc, wyszedł obrażony.
Po śniadaniu Zosia wróciła do siebie, poprosiła Krzysia o przesunięcie telewizora.
U was mało książek, zauważyła w korytarzu. Antkowi dobrze by zrobiła klasyka, choćby Prus. Przywiozłam swoją małą kolekcję. Wieczorem siądziemy i sprawdzimy poziom młodego.
Tak, ciociu Zosiu. Bo tylko piłka i piłka. Nic się nie uczy! przytaknął Krzysztof, puszczając oko synowi i wręczając worek z korkami.
Wiedział, iż Zosia wszędzie nosi Prusa, kładzie na blacie, nosi w teatrze, zawsze obok i zawsze nieczytana. Z Prusem wygląda po prostu poważniej. Do szpitala też go zabierze, by lekarze pomyśleli, iż mają do czynienia z osobą wykształconą.
Wyprawili Antka, Krzysztof wyszedł.
A pani kiedy wychodzi? spytała Bogusia.
Ja? O, do szpitala na trzynastą. Trzeba się zbierać… A Antek już ma dziewczynę? Krzysiek aż się nie opędzał od koleżanek, miał dziewczynę Ritę, taka uległa, zrobiła wszystko na zawołanie. Dobrze, co? O, psa byście schowali z kanapy, bo to niezdrowe… I szafkę na buty przestawić. Ojej! niezgrabnie kopnęła szafkę, buty i pantofelki rozleciały się na boki. Takich butów nie powinno się nosić… No, idę już. Bogusiu, dziękuję, iż mnie przygarnęliście!
Gładząc ramiona Bogusi, wbiegła do windy.
Bogusia pooddychała chwilę głęboko i zatrzasnęła drzwi.
Mamo, czemu się tak rozstawia? Ganianie Felka z kanapy, bo niby nie wolno, a przecież wolno! kwękał Antek, drapiąc psa, ten westchnął głęboko.
Taka jest. Wychowuje wszystkich. Ale niedługo, wytrzymasz…
Bogusia było wstyd przed synem, przed psem, iż nagle straciła tytuł pani domu, ale nie potrafiła nic z tym zrobić. Jak tu się sprzeciwić kobiecie, która zmieniała pieluchy twojemu mężowi?!
Wieczorem Zosia zarządziła produkcję gołąbków każdy pracował, a Krzysiek wręcz mógłby ją na rękach nosić.
A potem jeszcze więcej. W poniedziałek Zosia nastawiła budzik, wszystkich zerwała na poranne ćwiczenia.
To kiedy ta operacja? sapnęła Bogusia, po biegu w miejscu. Zosia użyła specjalnej aplikacji z zegarem, czterdzieści sekund pajaców, dziesięć odpoczynku. Tylko Antek wypisał się od zaraz.
Krzysiek się starał.
Dawaj, Bogusia, dawaj! Jeszcze trochę!
… To kiedy? powtórzyła zmęczona Bogusia.
Jutro. Rano kładą. A potem… Krzysiu, będziesz mnie odwiedzał? spytała Zosia smutno.
Ale to ledwie na dwa dni! Prosta sprawa. zdziwił się, ale przytaknął…
Poniedziałek pękł jak balonik. Bogusia miała odwoływane zajęcia, telefon dzwonił, za oknem krakały wrony, a Zosia w swoim pokoju słuchała Marka Grechuty. „Dni, których jeszcze nie znamy…” rozbrzmiewało, potem: „Ważne są tylko te dni, których nie znamy…” Zosia przytupywała bosa. Przez drzwi matowe można było ją zobaczyć podrygującą.
Bogusia stanęła w korytarzu, westchnęła.
Ona po prostu się denerwuje, powiedział Krzysiek. Zawsze jak się boi, słucha Grechuty.
Wieczorem, skończywszy nerwy, Zosia chciała czytać Antkowi Lalkę, ale chłopak odmówił. Zosia wytrzeszczyła oczy, wysłuchała wszystkiego o Lalce, którą chłopak miał już za sobą, i o jej wizytach też. Gdy trzasnął drzwiami, zawołała Bogusię. Ta na szybko, z telefonem przy uchu, mamrotała, iż zaraz pojedzie do Ursusa, bo Karolek nie będzie miał jak dojechać.
Nie! nagle odebrała telefon Zosia i zahuczała do słuchawki: jeżeli chcecie, by wasz syn mówił czysto z najlepszym logopedą, dowozicie go tutaj natychmiast! jeżeli nie, sami sobie winni. Nie dojedzie do was na starość, bo zmęczony będzie! Macie pół godziny. Kim jestem? Sekretarką Bogusi! Do widzenia.
Oddała telefon, spojrzała przez okno. Bogusia zamruczała pod nosem i nagle eksplodowała. Antek przyszedł posłuchać.
Dość! Proszę nie wtrącać się w nasze życie! Nie w moje lekcje i nie do kuchni z gołąbkami! Mam gdzieś, ile pieluch pan zmieniła mężowi! Koniec! Czytaj sobie Prusa, ćwicz, ale nie tutaj! I Felek będzie leżał, gdzie mu każe, nie pani! I konserwy kupię, choć są niby niezdrowe. To moje życie, mój dom, moi uczniowie i sama zdecyduję! Mam nadzieję, iż operacja się uda i wróci pani gwałtownie do siebie. Bardzo na to liczę!
Antek zaczął bić brawo, Felek szczeknął z radości, a Zosia, odrywając się wreszcie od okna, uśmiechnęła się.
Bogusia oniemiała spodziewała się burzy, a…
I dobrze, Bogusia. Nigdy, słyszysz, nigdy się nie uginasz. Mów wyraźne nie, jeżeli tylko nie chodzi o życie lub śmierć. Podobasz mi się, myślę, iż nie jesteś miękka. Nie pozwalaj, by cię zjedli. Rób, co uważasz. Nie chcesz, żebym tu mieszkała, powiedz to. Wtedy w tobie jest spokój. Ot, byłam prowokatorką, Krzysiek wie… Nie patrzcie na mnie tak, bardzo się denerwuję! Strasznie przed tą operacją! Felek, dobry pies, dobrze wychowany! pogłaskała psa. Chcecie marmoladki? Przywiozłam jabłkową. Antek, zjesz?
Antek wywrócił oczami. O, te kobiety doprawdy osobliwe są…
Do drzwi zadzwonił dzwonek. Przywieźli Karola na zajęcia. Po lekcji dostał też kawałek marmolady. Mama ucznia pogadała chwilę na korytarzu, przeprosiła, poprosiła by nie wykreślać ich z listy.
Czy muszę się kontaktować z sekretarką? spytała nieśmiało.
Nie trzeba. Wasz syn jest super.
Bogusia puściła oko do sekretarki…
Wieczorem, kiedy Krzysztof i Antek grali na konsoli, Zosia ułożyła się w fotelu i zaczęła wspominać: jak Krzysiek, smarkacz, podrapał jej tapetę, jak uciekał na staw, prawie się utopił, jak ratowała go w mokrych ubraniach, pojona potem herbatą z miodem…
A ta Rytka mi się nie podobała, dodała Zosia. Bez charakteru nie dla mojego chłopaka. Serwisu w maki nie żal, stłukł się na szczęście, dlatego żyjecie szczęśliwie. Krzysiek mnie po prostu lubi, wszystko wybaczy… I ty mi wybacz, Bogusia. Dziękuję za przyjęcie.
Marmoladka miękła na talerzyku, mrok w oknie topniał w pomarańczowej smudze.
Pora… szepnęła Zosia. Na ósmą muszę być w szpitalu…
Krzysztof usadził ją w samochodzie, pojechali przez senne ulice. Bogusia usiadła obok, czuła, jak ciotka drobi nerwowo.
Zadzwonię wieczorem, powiedziała poprawiając płaszczyk. Nie kłóćcie się! A potem wracacie do nas.
Zosia kiwnęła głową. Jak fajnie pobyć z młodymi, wesoło tu. Najbardziej ciekawił ją Antek. Zupełnie niepodobny do ojca, bardzo zadziorny. Ale, jak mówi, to jego własne środowisko i nie zamierza go zmieniać, ale poznawać może codziennie…












