Podczas gdy pani Danuta, moja fryzjerka, układała mi włosy w salonie na ulicy Marszałkowskiej w Warszawie, odbyliśmy rozmowę, która okazała się dla mnie niezwykle ważna. Od dłuższego czasu zastanawiałem się, czy wysłać moją córkę do szkoły muzycznej. Miałem dwa poważne powody, by tego nie robić: konieczność zakupu pianina oraz cała odpowiedzialność, która spadłaby na moje barki dowożenie dziecka na zajęcia i zapewnianie jej wsparcia. Jednak moja Kasia miała ogromną ochotę na naukę muzyki.
Podczas tej rozmowy pani Danuta podzieliła się ze mną swoją osobistą historią: Urodziłam się w małym miasteczku, gdzie zawsze kochałam śpiew i wykorzystywałam każdą okazję, by ćwiczyć w zespołach, klubach, choćby z nauczycielami muzyki w szkole. Oddałam się nauce muzyki i choćby nauczyłam się grać na pianinie. Od początku czułam, iż muzyka to moje powołanie. Każdy, kto mnie słuchał, dostrzegał mój talent.
Niestety, w moim miasteczku nie było żadnej poważnej edukacji muzycznej. Kiedy miałam dziewięć lat i chodziłam jeszcze do podstawówki, pewnego dnia do naszej klasy przyszła grupa ludzi. Kazali nam klaskać, a potem wybrali kilka osób do śpiewania. Trzy z nas, w tym ja, zaprosili do sali gimnastycznej. Przez dłuższą chwilę kolejno podchodziliśmy do instrumentu, śpiewaliśmy melodie, które nam grali, klaskaliśmy i zgadywaliśmy nuty. Kilka miesięcy później niemal o tym zapomniałam. Jednak pewnego dnia mama znalazła w skrzynce pocztowej kopertę z napisem ZGŁOSZENIE wypisanym czerwonym, grubym drukiem. Byłam jedyną uczennicą z naszej szkoły, która została przyjęta do renomowanej szkoły muzycznej w Warszawie.
Szkoła pokrywała wszystkie koszty, nie trzeba było płacić ani złotówki. Niestety, przeniesienie się do stolicy spotkało się z wielkim sprzeciwem moich rodziców. Stanowczo odmówili, przede wszystkim z powodu dalszej kariery muzycznej. Pracowali w zakładach przemysłowych i byli dumni ze swojej pracy traktowali ją jako prawdziwy zawód. Radzili mi porzucić marzenia i zadbać o porządną przyszłość. Przez cały rok otrzymywałam zaproszenia co dwa miesiące, aż pewnego dnia przestały przychodzić. Wtedy poczułam, iż coś się zepsuło we mnie. Pragnienie śpiewania zniknęło, a myśl o szkole utraciła swój urok.
Mimo wszystko promyk nadziei pojawił się w moje czternaste urodziny, gdy dyrygent i kompozytor zespołu szukał nowej wokalistki. Potrzebował młodej dziewczyny i spośród wielu wybrał właśnie mnie. Poczułam, jak skrzydła nowych możliwości wyrastają mi na plecach okazało się, iż nie zatraciłam talentu! Niestety, uczestniczyłam jedynie w dwóch czy trzech próbach, zanim rodzice się dowiedzieli i zabronili mi wałęsać się z nimi, powołując się na obawy o ich zamiary. Tak zakończyła się moja muzyczna droga.
Później przestałam się uczyć, przyłączyłam się do wesołej grupy przyjaciół i oddałam się paleniu i piciu, co wtedy wydawało się zupełnie normalne w naszym mieście. Większość moich znajomych brała udział w takich rozrywkach. Ledwo skończyłam dziewiątą klasę, przyjęto mnie do liceum, ale życie dodatkowo się pogorszyło. Do dziś wszystkie te zaproszenia mama trzyma w albumie z pamiątkami. Często je wyciąga, czyta i chowa z powrotem
Siedząc w salonie fryzjerskim, zrozumiałem, jak kluczowa jest wiara w marzenia naszych dzieci. To od nas zależy, czy pozwolimy im wzbić się na własnych skrzydłach, czy zatrzymamy je z obawy przed nieznanym. Dla mnie ta rozmowa była jasną lekcją, iż warto wspierać Kasię, jeżeli muzyka naprawdę jest jej pasją. Nie chcę, by zgasł w niej płomień, jak to się stało u pani Danuty.













