Małżeństwo wydawało mi się zwyczajne. Nie takie jak na Instagramie idealne, ale solidne. Nie było burzliwych awantur, zazdrości, dziwnych znaków. On nie ukrywał telefonu, nie wracał późno, nie zmieniał nagle planów. Nigdy niczego nie podejrzewałam.
Kobieta, dla której mnie zostawił, pracowała razem z nim w firmie. Młodsza ode mnie, sama, bez dzieci. Widziałam ją kilka razy. Raz choćby była u nas w domu, gdy mieli spotkanie firmowe. Przywitała się jak należy, rozmawiała uprzejmie. Nie poczułam nic dziwnego.
Rozmowa wydarzyła się w piątek wieczorem. Wrócił z pracy, cisnął klucze na stół i powiedział, iż musimy porozmawiać. Usiadł naprzeciwko mnie i od razu zaczął: powiedział, iż już mnie nie kocha, iż wszystko mu się pomieszało, iż spotkał kogoś nowego i chce z nią odejść. Powiedział, iż to nie moja wina, iż jestem dobrą kobietą, ale z tamtą czuje się jakby znowu żył.
Zapytałam, od kiedy tak ma. Odpowiedział od miesięcy. Zapytałam, czemu niczego nie zauważyłam? Odpowiedział, iż właśnie dlatego bo był ostrożny. Tego samego wieczoru spakował parę ubrań i wyszedł. Nie było długiej kłótni, nie próbował niczego naprawiać.
Kolejne miesiące były jak noc bez końca. Nie miałam stałej pracy. Rachunki spadały na mnie jeden po drugim: czynsz, prąd, woda, jedzenie. Zaczęłam sprzedawać co mogłam z mieszkania. Były dni, gdy jadłam tylko raz. Czasem zakręcałam gaz, by nie płacić więcej. Płakałam, ale rano znów trzeba było wstawać i kombinować jak przetrwać.
Szukając pracy wszędzie odmawiali. Chcieli doświadczenia lub papierów, których nie miałam. Z potrzeby, któregoś dnia, upiekłam deser i sprzedałam sąsiadce. Potem zrobiłam kolejne. Zaczęłam rozsyłać zdjęcia znajomym przez WhatsAppa. Chodziłam pieszo po osiedlu i sprzedawałam ciasta. Czasem wracałam niemal z niczym, czasem nie zostawało mi nic do przyniesienia do domu.
Stopniowo ludzie zaczęli mnie szukać. Robiłam słodkości wieczorem, rano roznosiłam paczki pod drzwi. Za to kupowałam jedzenie, potem płaciłam rachunki, czynsz. Nie stało się to od razu i nie było łatwe. To były miesiące nieskończonego zmęczenia, mało snu, życie na krawędzi jakbym dryfowała przez Śródmieście Warszawy trzymając się tylko zapachu drożdżowego ciasta.
Tak dalej żyję. Nie jestem bogata, ale daję sobie radę. Nie zależę od nikogo. Mój dom już nie ten sam, ale jest mój. On przez cały czas jest z tą kobietą, dla której mnie zostawił. Nie zamieniłam z nim słowa od tamtej nocy.
Jeśli się czegoś nauczyłam, to właśnie tego jak przetrwać, gdy nie ma wyjścia. Nie dlatego, iż chciałam być silna, ale dlatego, iż nikogo innego nie było, kto mógłby zrobić to za mnie. Zimne światło poranka na starej kuchence gazowej zawsze przypomina mi, iż wszystko tu choćby smutek ma smak makowca.











