Moja skrywana tajemnica

newsempire24.com 11 godzin temu

Moja tajemnica

Leżenie na zimnym, lekko twardym od wczorajszego roztopienia i nocnego przymrozku śniegu wydaje się choćby przyjemne. Całe wnętrze mnie płonie, krew pulsuje w skroniach, piersi przeszywa ból, twarz piecze, a usta mam zupełnie suche.

Garść śniegu nabieram w dłoń, powoli, jakbym nie mógł ruszać szczęką, wkładam bryłę białej wilgoci do ust. Na języku robi się lekko rześko, ale wszystko psuje metaliczny posmak. Krew przesącza się z pękniętych dziąseł, kaszlę i połykam ją. Nie mam sił przewrócić się i wypluć.

Śnieg łagodzi ból, za co jestem mu niezwykle wdzięczny. Darmowa anestazja, dzięki Ci, Boże! Ale mroźno nie tłumi cierpienia całkowicie, ono oddala się raptem nieco dalej, tam, gdzie słońce czerwonym okiem opada na horyzont. choćby patrzenie na zachód boli blask razi mnie w oczy.

Zaciskam powieki. Gładka, ogromna kula to teraz dla mnie coś szaro-żółtego, bezkształtnego.

Chciałoby się odczołgać, skryć gdzieś w rowie, zagłębieniu terenu, jak pobite szczenię zwinąć w kłębek i drżeć, cicho podśpiewując. Ale nie mam sił. Nogi leżą ciężko jak dwa klocaki na śniegu czasem przeszywa je skurcz

Chcę przewrócić się na bok, próbuję podeprzeć się prawą dłonią, ale odmawia mi posłuszeństwa, w barku czuję okropne ukłucie.

Nic Dobra, innym sposobem! wycedzam przez zęby. Gdy słyszę własny, ochrypły i zdarty głos, czuję dreszcz niepokoju.

Na szczęście lewa strona jest w lepszym stanie po chwili udaje mi się jakoś podciągnąć i siąść, ale dłoń wpada głęboko w śnieg, zimno znów przejmuje kark.

Umrzeć. Po prostu umrzeć tu i teraz i wszystko się skończy. Co potem, to już nie ma znaczenia. Sam wybrałem taki los, przeszarżowałem, przekroczyłem granice. Teraz ratunku nie ma.

Rano będą mnie szukać. Obiecali. Ale Może wilki będą szybciej? Też są głodne Wtedy przynajmniej zabiorą kości moim wrogom Ha, i wtedy będę się z nich śmiał.

Szybko zapadł zmierzch. Ogarnia mnie senność. Zapadam się w czerń, pływam w niej jak ryba złapana w kraby, jest to choćby przyjemne. Potem wracam do bólu błyska we mnie czerwonymi punktami, rozlewa się po żyłach, skręca mięśnie, sprawia, iż zgrzytam zębami. Rodzi się we mnie wściekłość dzika, bezsilna, pusta. Jakby rzucić się na wroga z gołymi rękami. Mimo iż nie mam broni i jestem słaby, mogę chociaż przestraszyć go swoją desperacją. Mam ochotę się zemścić, ale nie mogę bić kobiet fizycznie nie potrafię. Ta więc zemsta nie może się spełnić

Wściekłość zmusza mój mózg do pracy powoli, skrzypiąc, przekręca się trybik za trybikiem, ale działa.

A z brzucha narasta pierwotny lęk. Strach przed śmiercią. I on nie pozwala mi zupełnie odpłynąć.

Z zarośli po lewej wyje wilk. Krzywię się: Nie, chłopaki! Nie dam się byle komu! Wszyscy jesteście wilkami, na dwóch łapach i na czterech, ale moich kości nie dostaniecie!

Muszę się ruszyć. Dokąd? Nieważne. I jak też nieważne. Choćby pełzając, byle oddalić się od miejsca całkowitej bezradności.

Mama Szkoda jej. Czeka na mnie, martwi się, czy się polepszyło? Nie powiedziałem jej, gdzie jestem, nie pozna prawdy. Choć pewnie ktoś jej zakomunikuje. Będzie płakać. Jej łzy będą moją winą. Ojciec mnie przeklnie. I może słusznie

Na te myśli zbiera mi się na płacz, łzy jednak zamarzają na policzkach i nie skapują na podartą kurtkę

Pełznę. Nieudolnie opieram się zdrową ręką, wiję nogami po śniegu, zostawiając na nim czerwone smugi, ale jednak oddalam się powoli od głuchego, głodnego wycia

A potem znów pogrążam się w niebycie. To choćby przyjemne: nie czuję nic, nie myślę o niczym. Stan całkowitego wyzerowania. jeżeli to piekło jest mi tu dobrze. Chciałbym jeszcze pozostać. Hej, demony, jestem cały wasz! Zgrzeszyłem, bierzcie mnie, bo z tego ciała już i tak kilka zostało

Ale choćby w piekle jestem niepotrzebny. Uderza mnie nagłe, rażące żółte światło, do ust leje się zimna, drażniąca woda.

No, co jest? Czemu nie kaszlesz? Kaszlaj, przeczyść gardło i już! ktoś klepie mnie po policzkach. Mocno i boleśnie biją w dziąsła.

Uuuh jęczę obrażony, odwracam się i spluwam na śnieg rozrzedzoną krwią.

No to żyjesz? To chodź, zabieram cię do domu. Tu jest niedaleko. Połóż się na kożuchu, zaciągnę cię sam O tak silne ręce unoszą mnie i kładą na pachnącym lekko kwaskowato owczym kożuchu. Ale cię załatwili Słyszałem, coś huczy. Samochód huczał. Przez okno widziałem światła. Oni tu zawsze przyjeżdżają. To pole jak dla nich cmentarz. Głupi ludzie mruczy obcy, poprawiając mnie wygodniej. Zaraz cię opatrzę, zobaczymy co dalej.

Mamroczę coś o wilkach i wrogach, po czym robi mi się ciepło i tracę przytomność

Jakiś ty słodki, jaki czuły! śmieje się Dorota, pozwalając całować swoje miękkie, pełne ramiona. Cielątko, co? Jesteś moim cielaczkiem? Obejmuje mnie za policzki, przywiera ustami do moich. Jej oddech jest gorący. Nagle odpycha mnie, rzuca na siebie szlafrok, mocno wiąże pasek. Idź. Już czas.

Dorotko przeciągam się na szeleszczącej od krochmalu pościeli. Chcę jeszcze spać Spójrz na zegar, wcześnie! Znowu mnie wyrzucasz

Ostatnio nocuję u Doroty niemal codziennie karmi mnie kolacją, każe się wykąpać, sama szykuje mi łóżko. Nakrywa czystą, pachnącą pościelą, gasi światło i czeka, aż do niej przyjdę. Przesiąknięty wojskiem, wygłodzony ciała kobiety, od razu znajduję się w raju. Dorota jest piękna, czuła, dużo lepsza niż dziewczyny, które mi się narzucały

Patrzę, jak Dorota zakłada białe pończochy na nogi o aksamitnej skórze, jak za parawanem wkłada bieliznę, sukienkę.

Wszystko widzę w lustrze. W tym odbiciu Dorota jest taka słoneczna, promienna, nierealna i bardzo pociągająca.

Idź już! mówi cicho. Zapnij mi zamek i idź, Maksymilianie. Lepiej dla ciebie. Przyjdź jutro słyszysz? Jutro

Jeszcze chwilę się całujemy, potem Dorota podaje mi ubranie i wychodzi.

Słyszę jej kroki, włącza kuchenkę, mieli kawę. Po mieszkaniu rozchodzi się ostrawy aromat kawy. Jej mąż, Radosław, koniecznie musi pić mocną kawę z pieprzem uważa, iż to boskie połączenie. Dorota siada naprzeciw niego, śmieje się, kiwa głową. Jest ostrożna jak kwoka, podwija nogi, stawia je na szczebelku stołka, musi uważać, żeby nie pomylić się i nie nazwać Radosława moim imieniem

Jeszcze długo stoję w łazience, śmieję się sam do siebie, potem ubieram się powoli, podchodzę do kuchni i opieram się o framugę. Dorota stoi tyłem. Jej szlafrok przebija ostry blask słońca, przez co tkanina podkreśla krągłości.

Dorota jest ode mnie dużo starsza, o piętnaście lat, i zupełnie mi to nie przeszkadza wręcz jestem dumny, iż zwróciła uwagę na mnie, wybrała spośród tylu chłopaków.

Dorota Tak dużo wie, wiele potrafi. Reaguje z pobłażliwością na każde moje zawstydzenie, śmieje się melodyjnie i całuje tak, iż aż wiruje mi w głowie. Pozwala spać w swoim pięknie urządzonym mieszkaniu z wysokimi sufitami, kryształowymi żyrandolami, parkietem polerowanym na połysk, ze zdobioną zastawą. Karmi mnie, patrzy jak głodny łapczywie jem placki ziemniaczane prosto z patelni lub niezdarnie piję wódkę z kieliszka Lubi pić drineczka do bruderszaftu, po czym śmieje się i wystawia mi na pocałunek swoją szyję.

Nie chciała, byśmy się bliżej poznali, ale ja się uparłem.

Wypatrzyłem ją w metrze, przedarłem się przez tłum do tej atrakcyjnej kobiety. Byłem pijany i bezwstydny. Grazyna, moja koleżanka, zgubiła się po drodze. Dążyłem do Doroty, chciałem się zapoznać, proponowałem odprowadzenie, ale ona speszona odmawiała i odwracała się.

Jednak odprowadziłem ją do domu. Pod klatką kazała mi pójść sobie. Przytaknąłem, udawałem, iż odchodzę sam schowałem się w bramie, obserwując, w którym oknie zapali się zaraz światło.

Pierwsze piętro. Okna jej mieszkania wychodziły prosto na podwórko. Dojrzałem jej sylwetkę za firanką. Przebierała się. Patrzyłem, ledwo powstrzymując westchnienia zachwytu, aż pogonił mnie dozorca

Przychodziłem pod jej okna codziennie. Byłem jak zaczarowany. Matce mówiłem, iż idę na spacer, a w rzeczywistości pilnowałem Doroty.

Widziałem i jej męża. Okno kuchenne wychodziło na podwórze. Radosław poruszał się po mieszkaniu w podkoszulku i znoszonych, rozciągniętych spodniach. Był chudy, kościsty, skulony i miał nawyk drgawek głową. Dlaczego wyszła za takiego?! zadziwiałem się. Przecież chyba go nie kochała?!

Radosław powoli jadł kolację, wertując gazetę. Potem Dorota podawała mu herbatę z ciasteczkiem. A ja stałem i patrzyłem. Kiedyś odwrócił się gwałtownie, jakby poczuł mój wzrok, podniósł się i zasłonił zasłony. Dwa cienie zlały się w jeden, zrobiło mi się niedobrze. Jak ona, moja Dorota, może całować się z takim suchoklatek?!

Długo tak się ciągnęło. W końcu mi się znudziło, i pewnej nocy wszedłem przez okno do Doroty akurat mąż wyjechał, sam widziałem jak zabierał walizki. Czułem się wtedy bohaterem.

Kiedy zobaczyła mnie w salonie, Dorota osłupiała chciała krzyczeć, ale zdołałem ją uciszyć dłonią. Potem ją pocałowałem.

Ach, jak pięknie pachniała! Jej włosy, usta, letnia sukienka wszystko miało swój aromat

Moja matka chyba nigdy nie używała perfum. Od niej czułem głównie fabryczne zapachy albo papierosy. Mama dużo paliła mogła w wieczór wypalić prawie całą paczkę. Zęby miała przez to żółte, nigdy nie śmiała się z otwartymi ustami. Dorota miała za to zęby bielutkie, proste, jak z reklamy. Moja mama rzadko się stroiła. Kiedyś tego nie dostrzegałem, teraz wstydziłem się jej. Chciałem jej coś kupić, ale szkoda było pieniędzy wolałem przynieść Dorocie kwiaty. Jej mąż nigdy nie przynosił jej bukietów, był, jak mi się zdawało, nieudacznikiem. Tak, mieli piękne mieszkanie, eleganckie meble i obrazy, nie jak u nas wycinki z gazet. Z Dorotowej porcelany mogliby jeść królowie, a biżuteria była jak dla cesarzowej. Ona jednak mimochodem wspomniała, iż wszystko to spadek po rodzinie, więc jej mąż korzystał z majątku przodków. Spryciarz!..

Ja nie taki chcę tylko Doroty, choćby bez tych wszystkich rzeczy! Oczywiście, domowe posiłki i wygodne łóżko są dodatkowym atutem, ale równie dobrze mógłbym być z nią na sianie.

Dorota pachniała czymś wyszukanym, francuskim czy włoskim, nie znałem się, wąchałem tylko zachłannie. Na jej włosach, skórze, w zagłębieniu pod szyją

Nigdy nie przestałem się nią zachwycać. Tak to moja kobieta, zdobyłem ją, wtargnąłem do jej świata, ona się przede mną otworzyła.

Wszystko robiła z gracją: jedzenie, ubieranie się, palenie każda jej czynność była harmonijna, płynna, jak dźwięk gitary, której krągłości widziałem w jej biodrach. Bogini! To była moja bogini!

Pierwsza nasza noc została na zawsze w mojej pamięci. Dorota była wyjątkowo czuła, prawdziwa nie udawała, nie żartowała, nie była kapryśna. Topniała w moich ramionach, a ja wrzałem od mocy, jaka mnie ogarniała. Rano już wiedziałem, iż mnie kocha. Z mężem jest jakby za karę, cierpi z obowiązku, a ze mną żyje naprawdę. Ze mną jej krew płynie szybciej, gorętsza, słodsza, odważniejsza.

Tak, niestety, czasem musiałem uciekać o świcie.

Wstawaj, kochanie! Już czas. Całuje mnie w naszą trzecią noc. On wraca. Już wraca z delegacji. Więc nie pojawiaj się przez tydzień, potem znów wyjedzie.

Może z nim pogadam? zażartowałem. Chciałbym żebyś była tylko moja, Dorota! Chcę być twoim mężem!

Roześmiała się, przechylając głowę do tyłu. Jej ciemnokasztanowe loki spłynęły na ramiona. Rzuciłem się w jej objęcia, całowałem.

Moja! Słyszysz? Jesteś tylko moja! Dasz radę, Dorotka, zostawić Radosława! Przecież kijem by go przegnał!

Nic nie myślę, skarbie. Wyswobodziła się. Chcę, by zostało jak jest, byś był moją tajemnicą, a ja twoją. Maks, są rzeczy, w które nie powinieneś się wdrażać. A teraz idź, muszę tu jeszcze posprzątać.

Obraziłem się. Nie chce być moją żoną! Jak to!?…

A jednak żegnając się, podeszła i delikatnie mnie pocałowała. Byłem rozbrojony. Niech nie żona przynajmniej na noc ale i tak jest MOJA. O mnie będzie myśleć, zasypiając, o mnie wspominać, gotując mężowi śniadanie porównywać mnie i jego, i ja wygrywam. Jest moja, a on, Radosław no właśnie.

Po wyjściu Maksymiliana Dorota w panice biega po domu. Mąż zadzwonił w środku nocy, uprzedził, iż wraca wcześniej niż planował. Wykształcony, przezorny! Nie chce jej stawiać w kłopotach. Dorota jest zdenerwowana, rozgrzana, wietrzy mieszkanie, by Radosław nie wyczuł obcego zapachu. Ale ten coś przeczuwa stary lis.

Śmierdzi, Dorota! rzuca walizkę na podłogę.

Czym? udaje zdezorientowaną, szczelniej owija się szlafrokiem.

Czymś wstrętnym. Nie zgrzeszyłaś tu beze mnie? patrzy na nią spode łba, zdejmuje buty, po czym nagle się prostuje. Dorocie brakuje tchu ze strachu, ale uśmiecha się przez łzy.

Co ty! Pieczona kura śmierdziała, zepsuta była. Idź się odświeżyć, ja podgrzeję kotleciki, kawa gotowa. Chłopczyku Tęskniłam świergotała za wesoło.

Radosław szarpnął ją za włosy, przyciągnął do siebie, długo patrzył w oczy, po czym się rozluźnił i uśmiechnął.

Mam dla ciebie prezent. Przymierz! Wyjmuje z kieszeni coś zawiniętego w chustkę. Kolczyki. Ciężkie, srebrne z krwistymi kamieniami, trochę już zmatowiałe. Mówię: przymierz! warknął ponaglająco. Dorota ogląda je nerwowo, niepewnie patrzy na męża.

A co to za plamy? odkłada je na półkę, odruchowo ociera ręce o sukienkę.

Głupstwa ci się roi. Zakładaj i chodź na śniadanie! Już! rozkazuje.

Posłusznie zdejmowała stare kolczyki po matce, zakłada nowe, mąż pochwala, podoba mu się stroić ją jak lalkę. Potrafił kazać jej spać w ciężkich złotych łańcuchach, twierdząc, iż to zabawne

Poprzebywam pięć dni, potem znów wyjadę. Interesy mam dobre, Dorotko. No a gdzie ta kura? syknął nagle złowrogo.

Jaka kura? Dłoń jej drgnęła, kawa rozlała się na obrus. Radosław nie cierpiał brudnych obrusów, czuł wtedy wstręt. Wychowywał się z matką-alkoholiczką w zrujnowanym domu, żywił się resztkami i marzył o elegancji i teraz pastwił się nad tymi, którzy przeszkadzali mu zdobywać wszystko najlepsze. Dorota miała kiedyś narzeczonego, młodego fizyka został zamordowany przez przypadek w bramie nocą. Radosław potrafił otoczyć ją uwagą, zauroczył matkę finansowo, atakował kłamstwami, by zdobyć Dorotę i w końcu ją złowił, choć ślub odbył się z przymusu, ale na weselach wypada się uśmiechać

Dorota uśmiecha się i teraz, przykrywa plamę na obrusie serwetką.

Kurę wyrzuciłam nie będę przecież trzymać śmieci w domu macha ręką.

Mąż mruczy. Wie, iż właśnie tak jest dobrze takich “rzeczy” nie trzyma się w domu. Stary lis domyśla się wszystkiego…

…Gdy mąż wyjeżdża, Dorota znów zaprasza mnie do siebie. Dzwoni do mnie do pracy grzebię wtedy w chłodniach w fabryce lodów. Dorota lubiła lody śmietankowe w rożku zawsze przynoszę jej takie, karmię ją i całuję w wafelki na jej ustach.

Zwalniam się z pracy pod pretekstem złego samopoczucia, jadę do niej od razu po obiedzie. Boże, jak się stęskniłem. Nie mogę się nasycić jej miłością, jej pocałunkami. Ten dzień jest jak ogień Dorota jest ogniem. Jest znowu moja…

Ostatnie trzy dni nie spałem w domu, nie dzwoniłem do mamy zniknąłem, zaszalałem… Ale co z tego! Jestem młody, chcę korzystać z życia.

O tym, iż matka jest w szpitalu, dowiedziałem się przypadkiem rano pod fabryką tam spotkałem ojca, chudego i poszarzałego jak cień.

Tato, co tu robisz? zapytałem niechętnie.

Mamę zabrali w nocy, znów z żołądkiem. Odwiedź ją, proszę… szepnął, gniotąc w rękach starą kaszkietówkę. Miał ją zawsze.

Jaki szpital? próbowałem nie okazywać złości, iż to mi psuje dzień.

Podał adres. Obiecałem zajrzeć. Skinął głową, widziałem, iż płacze ale mnie to wtedy kilka obchodziło. Mama co chwila trafiała do szpitala ot, rutyna.

Dorota niechętnie puściła mnie do mamy, choćby zapakowała trochę jedzenia. Moja miła Dorota, anioł…

Mama leżała na korytarzu, na twardym łóżku, bo nie mieli miejsca w sali. Cały czas było jej niedobrze, pielęgniarka krzyczała, żebym ją zabrał ze szpitala.

– Gdzie ja ją zabiorę?! burzyłem się. Potrzebuje leczenia! I niech pani nie warczy na moją matkę, rozumie pani?!

Mama uspokajała mnie, żebym się nie denerwował, a mnie aż gotowało. Co to za szpital, gdzie chorych tak traktują? Czemu ja mam tracić czas na głupoty? Przecież mam swoje życie, matka co chwilę jest w szpitalu, przywykła.

Mama wolno jadła zupę od Doroty, mówiła, iż smaczna. Ja siedziałem obok, mijali mnie lekarze z wózkami, znowu się irytowałem, patrzyłem nerwowo na zegarek. Jeszcze tylko dwa tygodnie i wróci Radosław! I znów będę musiał odejść od Doroty…

Mamo, możesz już sama dokończyć? nie wytrzymałem, podałem siatkę z jedzeniem i wyszedłem.

Spieszysz się, kochany? Dobrze, spokojnie, poradzę sobie, Maksymilianie. Nie przychodź jutro, tata mnie odwiedzi uśmiechnęła się i pogłaskała mnie po dłoni.

Skinąłem głową i wyszedłem. Nie wiedziałem, iż jedzenie wyrzucą, bo mama nie da rady go jeść, nie wiedziałem, iż dalej będzie leżała w przeciągu, a salowa będzie się na nią wydzierać Ale ja wtedy myślałem tylko o Dorotce

Wracam do naszego gniazdka i widzę Dorotę siedzącą na podłodze i płaczącą.

Co się stało? pytam z progu.

Trzęsąc się, pokazuje na kolczyki na dywanie.

Radosław dał mi kolczyki. Przyniósł przy ostatnim pobycie. Chciałam je wyczyścić, bo ściemniały. A tam One są znów dygocze. Są brudne. Brudne. Maks! Wynieś je z domu, słyszysz! Wynoś! Nie mogą tu być! Boję się ich!

Zawija biżuterię w szmatkę i wręcza mi.

Idź! Wyrzuć to, Maks! Boję się! Co teraz będzie?! płacze, rozmazuje tusz pod oczami.

Daj spokój, wyczyszczę je. Przecież ten twój Radosław zapyta gdzie są! A co na nich jest? No jasne

Połapałem się. Mąż przyniósł do domu ozdoby zdobyte nielegalnie to oczywiste. Czarne plamki wyglądały jak ślady krwi. Wielkiej krwi. Zabójczej

Zrobiło mi się obrzydliwie, jakbym nurzał się w błocie.

Dorota! Może powinnaś zgłosić to na policję? Ale urwałem. Dorota nigdy nie wyda swojego męża.

Posłusznie wyrzuciłem pakunek za mur drukarni obok domu Doroty. Nie zauważyłem wtedy mężczyzny w krzakach, chudego, zgarbionego. A powinienem był Obserwował nas z Dorotą już dawno

Radosław z dwoma zbirami pojawił się w środku nocy. Ledwo zdołaliśmy zasnąć byliśmy pijani, nie słyszałem zamka, kroków na parkiecie.

Obudził mnie cios. W całkowitych ciemnościach ktoś brutalnie mnie bił, Dorota piszczała, potem zamilkła.

Próbowałem się bronić, bolała mnie głowa, usta pełne żelazistego smaku, wymachiwałem pięściami, ale nie trafiałem, byłem zbyt pijany.

Nagle rozbłysło światło. Radosław siedział w fotelu i patrzył na mnie. Obok stała Dorota, z zamkniętymi oczami.

Przepraszam, iż przeszkadzam powiedział jej mąż cichym głosem. Ale muszę coś odebrać. Dorotko, kochana, pocałuj mnie mąż wrócił!

Szarpnął jej rękę, przewinęła się, wrzasnęła, jego usta przykleiły się do jej policzka.

Radosław on Dorota wskazała na mnie.

Nie chcę wiedzieć pokręcił głową, kiwnął zbirami i znów dostałem po głowie. Próbowałem się wywijać, ale nie miałem już siły.

Dorotko, złotko, zabierz mi swoje świecidełka, bardzo potrzebuję, kochanie wstał, podszedł do mnie, ja już ledwie widzę wszystko mam zapuchnięte, oddycham ciężko chyba złamali mi żebra.

A ty, ślimaku, na kolana i pełzaj rozkazał mi.

Radosław krzątała się przy komodzie Dorota. Daj mu spokój. Sam przyszedł, ja go nie wzywałam. Jest dorosły, niezależny, ja tu niczemu winna. O, tu są wszystkie rzeczy podała mu ciężką torbę.

Wziął ją, zajrzał do środka, kiwnął.

A teraz załóż te kolczyki, ostatnie, co ci przyniosłem rozkazał.

Ale do szlafroka mi nie pasują, Radosławku! Potem, potem! próbowała się łasić, ja zastygłem.

Mówiłem: załóż! wrzasnął, wyciągając broń. Strzelił w parkiet tuż obok mojej stopy.

Dorota udawała, iż czegoś szuka, grzebała w bieliźnie.

Wymyśl coś, wymyśl! tłukło mi się w głowie.

Nie Radosław, nie ma! Tu je schowałam, ale już nie ma, pusto! wzruszyła rękoma, spojrzała na mnie. Ja przez wąską szparkę powiek ledwie dostrzegałem. To ty! kopnęła mnie boleśnie, upadłem na bok. Ukradłeś! Jak mogłeś?! dusiła się złością. Dla twojej biednej mamy gotowałam rosół, a ty mnie okradłeś?! Radosław, wyrzuć tego potwora z domu! Boże, nie ma moich złotych zegarków! pokręciła głową. Myślałam, iż jesteś dobry, a ty zgniłeś, Maksymilianie Radosław

Te zegarki Dorota oddała lekarzowi za aborcję. Z Maksymilianem mogło być dziecko, ale nie zdecydowała się. Radosław chciał dziecka, ale nie mógł mieć. Nigdy nie pozwoliłby jej na aborcję, choćby gdyby nie wiedział Dorota zapłaciła zegarkami za tajemnicę, teraz zrzuca winę na mnie

Radosław kazał mnie podnieść, postawić na nogi. Mało z tego pamiętam. Został tylko obraz Doroty pięknej, namiętnej kobiety stojącej za plecami swego męża, gdy on łamie mnie na kawałki

Nie lubię złodziei, Maksymilianie powiedział już później, na śniegu. Wszystko można zrozumieć miłość, odwagę, moją własną żonę mogę wybaczyć. Myślisz, iż jej nie zdradzam? parsknął śmiechem. Mam takich Dorotek po mieście sporo. Ale kradzieży nie wybaczam. Moje to moje!

Położyłem się rozpalonym sercem na zimnym śniegu, słyszałem odjeżdżające auto, wycie wiatru, potem został tylko puls w głowie. I myśl, iż ukochana kobieta mnie zdradziła Serce zamarło. Uzdrowiło się.

Co było dalej, domyślacie się

W domku tego myśliwego leżałem parę dni. Myśliwy przyprowadził jakiegoś staruszka znachora. Opatrywali moje połamane żebra, nogi na szczęście całe, dziękować zbirze Radosława. Tamci dwaj, mnie zupełnie obcy, poskładali mnie, zaszyli. Szeptem dziękowałem, uśmiechali się.

Nic to, chłopie. Wyzdrowiejesz, wybiegniesz! mówił myśliwy.

Po trzech tygodniach wyszedłem na własnych nogach na podwórze. Zatkało mnie od tego blasku pole zalane słońcem do niańka, jak omlet na patelni, odbijający śnieg wypalał oczy. Myśliwy założył mi ciemne okulary.

A teraz odejdź stąd. Nie bierz już cudzej własności, chłopaku. Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia

Gdy szykowałem się, słyszę, jak rozmawiają o tym, ile im zapłacił Radosław za uratowanie mnie. Zaskoczony, upuszczam but i opieram się o ścianę.

Co mówiliście? pytam cicho.

Nic, nic, wzruszają ramionami. Radosław to dobry człowiek. Po prostu bardzo chciwy. Ale potrafi odpuścić. A żona sprzedaje jego złoto, myśli, iż kiedyś odejdzie. Jak ją przyłapie, to wtedy rzuca na pożarcie takich chłopaków jak ty. Nie pierwszy i nie ostatni. U bogatych dziwne zwyczaje. Lepiej weź coś na własną miarę. Idź, Maks. Już czas poklepują mnie po ramieniu.

Do miasta docieram przed wieczorem. Od razu biegnę do szpitala, może jeszcze zdążę do mamy

Nie mamy tu takiego zatrzaskuje mi okienko administratorka, wystraszona moim wyglądem.

Proszę pani, niech pani jeszcze raz sprawdzi! stukam, stukam, w końcu odchodzę do domu.

Zachód znowu jest tak czerwony, jak wtedy, na polu. Ogarnia mnie strach.

W naszym oknie pali się światło. Oddycham z ulgą, kuśtykam do klatki, długo dzwonię. W drzwiach staje mama, maleńka, chuda. Przestraszona patrzy na mnie. Rzucam się jej w ramiona, widzę ojca, płaczę

Bardzo się martwiliśmy, synu mówi mama, nakładając mi schabowy z ziemniakami. Ale potem zadzwonił pan Radosław, powiedział, iż miałeś jakąś przygodę, ale wrócisz do zdrowia, iż na razie nie powinieneś wracać do miasta, bo grozi ci odsiadka

Radosław? upuszczam widelec.

Tak, to jakiś człowiek z ministerstwa zdrowia. Odwiedził mnie w szpitalu, załatwił choćby osobną salę. Maksymilianie, dziękuję, iż poprosiłeś go o pomoc! Bez niego bym nie przeżyła

Jeszcze długo coś mówiła, płakała, głaskała mnie po ogolonej głowie, ojciec patrzył tylko uważnie. Nie mogłem znieść tego wzroku

Po latach chodziliśmy z żoną, Małgosią, po bazarze szukając najładniejszej choinki na święta. Małgosia kocha żywe drzewka, ich zapach, kłujące igły pod stopami, błyszczące krople żywicy na korze.

Jarmarków było wtedy mnóstwo, objechaliśmy już niemal wszystkie, ale nie było naszej choinki.

Może jeszcze tu zerknijmy mówi Gosia, wskazując na prowizoryczny stragan z workiem na płozach. W słabym świetle lamp widzę szkielety choinek i gałęzie w kącie.

Przytakuję. Wchodzimy, Małgosia dotyka rozczarowana gałązek, wtem z mroku słychać chrapliwy, przepalony głos:

Najpierw kup, potem dotykaj. Ręce precz!

Na światło wychodzi kobieta w pikowanej kurtce, walonkach, z obwiązaną głowę chustką. Twarz, nieumalowana, ściągnięta i zła.

Poznaję ją. To Dorota moja pierwsza, namiętna miłość. Kobieta, której ślady noszę na ciele. Żona często pyta, skąd mam ten czy inny szram, wymyślam chaotyczne historyjki. Kłamię, bo kocham ją naprawdę. Małgosia jest autentyczna, prawdziwa, dobra do szpiku kości, moją ostoją, opoką. Jest dla mnie z żebra wyjęta i zsyłana przez Boga. Nie chcę, by cierpiała.

Dorota spojrzała na mnie, splunęła. Poznała

Radosław kazał jej stać tu, na mrozie, sprzedawać choinki, a sam siedzi w restauracji i popija szampana. Nie bije jej, nie wyzywa. Po prostu znów wygrał. A ona wszystko straciła. Więcej chłopaków już nie będzie, uroda przeminęła, nie ma już czym łapać rybki

Chodźmy, Małgosiu biorę ją łagodnie za rękę. Tu są brzydkie drzewa. Zawiozę cię do lasu, same wytniesz swoją choinkę.

Małgosia uśmiecha się. Ufa mi. Kocha mnie naprawdę, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, iż na to zasłużyłem

I czy za swoje szczęście mam dziękować Radosławowi? Za to, iż nie kazał wtedy swoich zbirów mnie dobić? Chudy, skulony Radosław wygrał ze mną, zrobił mnie swoim wiecznym dłużnikiem. Może tak właśnie powinno byćMałgosia wtula się w moje ramię, jej ciepło przenika przez kurtkę aż do serca. Za plecami trzaska lód, ktoś klnie na mrozie, a w powietrzu unosi się woń świerku zmieszana ze wspomnieniami, które już mnie nie bolą raczej pobrzmiewają cicho, niczym echo dawnej melodii.

Patrzę na Dorotę jeszcze przez ułamek sekundy. Jej twarz znaczy gorycz, bruzdy minionych lat, zmęczenie, które zabiło piękno. Ale widzę tam też coś więcej nieme pytanie, czy pamiętam, kim byliśmy.

Pamiętam. Ale nic mnie już tam nie trzyma.

Wychodzimy na ulicę, samochody rozbłyskują światłami, śnieg chrzęści pod stopami. Ściskam dłoń Małgosi, mocniej niż zwykle, chłonąc puls jej życia. Radosław nie chodzi już moimi śladami nie może nic mi zrobić. Dorota została na swoim posterunku, jak własne wspomnienie, strzegąca krat losu, przez które sam przestałem patrzeć.

Idziemy z Małgosią dalej, przed siebie, ku własnemu, zwyczajnemu szczęściu. Już wiem: nie trzeba wielu tajemnic, by być czyimś wszystkim. Wystarczy wyciągnąć dłoń i pozwolić, by ktoś ją ujął.

W śniegu zostawiamy ślady, które zaraz znikną pod świeżym puchem ale tym razem nie boję się, iż ktoś je odnajdzie. Mój sekret nikogo już nie obchodzi.

A ja, z każdym krokiem, czuję się coraz lżejszy.

Idź do oryginalnego materiału