Moja pierwsza wizyta u teściów na polskiej wsi: czyli jak mama Wiesia przywitała mnie domowym chlebem, czosnkiem i opowieściami przy piecu – a teść, piekarz z pokoleń, straszył dzikami i leczył szwagierkę swoimi pszczołami.

newsempire24.com 2 godzin temu

Przyjechaliśmy z mężem do wioski miałam poznać jego rodziców.
Mama Wojtka wyszła na ganek, złapała się pod boki niczym gospodyni z obrazka przy maselnicy, i zawodziła:
Oj, Wojtuś! Czemuś nie dał znać Widzę, żeś nie sam!
Wojtek objął mnie mocno i przytulił:
Poznaj, mamo to moja żona, Balbina.

Góra, przewiązana fałdzistym fartuchem, z rozczapierzonymi dłońmi ruszyła do mnie:
No witaj, synowo!
I jak należy, wedle zwyczaju, ucałowała mnie trzy razy.
Od Marii Wojciechówki niósł się wyrazisty aromat czosnku i jeszcze cieplejszego chleba.
Teściowa uścisnęła mnie tak mocno, iż aż się przestraszyłam.
Moja głowa zniknęła gdzieś między dwoma napuszonymi poduszkami jej obfitym biustem.
Nagle odsunęła się, popatrzyła na mnie krytycznym wzrokiem od stóp do głów, i spytała:
Wojtek, gdzieś taką drobnicę wyhaczył?
Mąż roześmiał się krótko:
Wiadomo gdzie w mieście! W bibliotece A tata w domu?
U sąsiadki z piecem się morduje No, wchodźcie do chałupy i buty zzuć podłogę świeżo myłam.

Dzieciaki ze wsi, z rozdziawionymi buziami, gapiły się na nas z podwórka.
Szymek, leć do Marychy. Powiedz Wojciechowskiemu syn z żoną przyjechał!
Już! rzucił chłopak i pobiegł przez wieś.

Weszliśmy do izby.
Wojtek rozpiął mi modne płaszczycho, upolowane w taniej sieciówce, powiesił je przy piecu.
Przystawił do bielonej ściany moje czerwone od zimna dłonie, pocałował w policzek:
Moja karmicielka! Wciąż cieplutka

Zaraz rozbrzmiały żelazne gary, stukot glinianych garczków na stole, zadźwięczały szklanki i aluminiowe łyżki
Gdy teściowa rozkładała jedzenie, łakomie oglądałam wnętrze wiejskiej chaty.
Tam, w przednim rogu święte obrazy; na oknach firanki w malowane kwiatuszki; na podłodze i stołkach tkane chodniczki. Przy piecu, z pyskiem odwróconym, drzemał rudy kot albo kotka

Ślub braliśmy w zeszłym tygodniu, głos Wojtka dobiegał do mnie jakby zza mlecznej kurtyny.
Zdziwiłam się: jak to możliwe, iż w sekundę na stole pojawiły się takie frykasy!
Centralne miejsce zajmował galaretowaty zimny nóżek. Obok kiszona kapusta, pomidory, podpieczone mleko z pieca pod złociutką skórką, placek z siekanym jajkiem i szczypiorkiem

O rany! Tak zgłodniałam!
Mama, starczy już. To na tydzień starczyło, mruknął Wojtek, gryząc solidną pajdę domowego chleba.
Teściowa postawiła obok galarety oszronioną ćwiartkę i zadowolona otarła ręce o fartuch:
To teraz pora, wszystko gotowe!

Tak właśnie poznałam mamę Wojtka.
Matka i syn jak odbicie w wodzie: czarne włosy, policzki rumiane. Tylko Wojtek był cichy i ugodowy, teściowa zaś jak burza letnia głośna, nagła, niepojęta.

Nie jeden narowisty koń pod jej ręką złagodniał, nie jedna płonąca chałupa przetrwała
Nagle, w sieniach zatrzasnęły się z rozmachem drzwi.
Do kuchni, wpuszczając za sobą tumany zimnego powietrza, wszedł niewielki chłopina.
Ten mały chłop na medal rozcapierzył dłonie z radości:
Ale się porobiło, kurza stopa!

Nie zdejmując przesiąkniętej dymem ocieplanej kurtki, objął syna.
Witaj, tata!
Najpierw ręce zmyj, potem witaj! rzekła stanowczo teściowa.
Chłop wziął mnie za rękę:
Dzień dobry, panienko!

Teść miał figlarne, błękitne oczy, rzadką rudą brodę i równie rudą, skręconą czuprynę z miedzianym połyskiem.
Mamo, daj no kapuśniak! zagrzmiał, brzękając miską, pan Wojciechowski.
Unieśliśmy szklanki:
Za was, kochani!

Po jedzeniu i paru kieliszkach zrobiłam się odważniejsza:
Panie Wojciechowski, czemu u was wszyscy na Wojciechów pomykają?
Bo to prosto: i mój dziad, i ojciec, i ja od pokoleń piekarze.
Tylko ten tutaj, skinął na syna do tokarki się garnie.
Polska też potrzebuje tokarzy, tato!
Panie Wojciechowski, piec stawiać to ciężka sztuka?
Oj, kochaniutka, jak malowanie! podniósł palec. Musi być pięknie, nie zadymić i jeszcze smacznie upiec. Nie patrz, iż jestem kościsty! My, rudzi, to uparci, jakby słońcem dotknięci!
Mój Wojciechowski złota rączka! dorzuciła teściowa.
Tata, opowiedz bajkę jakąś, posłuchamy.
Teść westchnął, pogładził brodę, spojrzał przekornie:
Skoro macie ochotę, to trzymajcie się, będzie bajanie! Pierwsza historia

Pojechaliśmy kiedyś w lipcu na sianokosy. Krasula wtedy u nas była, pamiętasz, mamo? Nie krowa, tylko chodzące mleko. Jechaliśmy na łąkę całą watahą baby, chłopy, i my z Marią.

Jeszcze słońce zza boru nie wstało, a my już kosiliśmy z werwą; szu-szu, szu-szu
Upał tego dnia był piekielny, bąki żądliły jak rozjuszone diabełki!
A tamtego roku no, w lesie dzików tyle, iż strach patrzyć!
Czas obiadu, pot się leje, już ledwo na nogach stoimy

No co ty, głupstwa opowiadasz Balbinie się to nie spodoba!
A właśnie iż ciekawe!
Patrzę tak na nas wszystkich; mówię sobie: trzeba rozruszać ludzi. No i wymyśliłem psotę, może przez upał?
Odrzucam kosę, biegnę ile sił w płucach i wrzeszczę: Heja! Ratuj się kto może! Dziki!
I całą parą na drzewo. Patrzę, a ludzie też porzucili wszystko i śmigają na drzewa
Ahahaha! I co dalej?
Prawie mnie baby i chłopy grabkami nie poobijali! Ale co ciekawe, praca ruszyła raźniej.

Teściowa nie wytrzymała i przyłożyła mu żartobliwie w ramię:
O, psotnik rudy!
O, tato, lepiej prawdziwych dzików opowiedz!
Może być i o prawdziwych.

A było to tak
Maria i ja byliśmy młodzi, Wojtka jeszcze choćby nie planowaliśmy.
Polowanie, to była moja mania. Po tym przypadku zdenkowałem z myśliwstwa.
Pamiętam, śnieg popadał, mówię do Marychy: Pójdę na polowanie!
Idź, mówi.

Zabrałem strzelbę i poszedłem Kręcę się, chodzę po lesie nic. Zapada wieczór. Już chcę wracać, a tu słychać dziki tuż tu. Zbliżyłem się, strzeliłem.
Myślałem, iż trafiłem, a gdzie tam spudłowałem. Wtem na mnie odyniec rusza! Lecę, wskakuję na drzewo, cudem się trzymam.

Pewnie ze strachu mało iż nie zeszłeś! wmieszała się teściowa.
Nie przeszkadzaj! No, siedzę na drzewie, żywy-nieżywy. Czekam, aż pójdą. A tu odyniec ryje ziemię, potem się kładzie pod drzewem, i całe stado z nim!
O rety! oczy mi się rozszerzyły. I co potem?
I tak, Balbina, prawie całą noc przesiedziałem, tuląc pień drzewa. Dobrze, iż wielkiego mrozu nie było, bo by mnie szlag trafił.
A ja Wojtka już opłakiwałam, wypatrywałam! Jak świt się pojawił, zebrałam chłopów i szukamy. Wołaliśmy go, wołaliśmy jakoś znaleźliśmy.
Na garbie tego urwisa tachaliśmy z kilometr, aż mu przeszły drgawki.
Ty moja nie baba, a mlekiem i krwią karmiona!
No idź już, łobuzie! Balbina, napijesz się herbaty? Z rumiankiem i własnym miodem.
Może być, dziękuję

Maria rozlała pachnącą ziołami herbatę do kubków.
Wojtek, opowiedz jak moją siostrę uzdrowiłeś.

Teść mało się herbatą nie zadławił, zarechotał:
Pewnego razu siostra Marychy telegram przysyła: przyjeżdżam do was, bądźcie gotowi! No to się ucieszyliśmy. Tatiana u nas gości, a przy obiedzie narzeka: nogi nie chodzą, bolą, już nie mam siły.
A co to? pytamy.
Nie wiem, do lekarza bym musiała, ale jakoś się zebrać nie mogę.
A próbowałaś się pszczołami leczyć? pytamy.
Gdzie ja wam w mieście pszczoły znajdę?
Idź, Tania, ze mną do uli zaraz cię wyleczę!

Ajbolit nasz rodzinny! zaśmiała się teściowa.
No to poszliśmy do uli. Mówię podwiń kieckę Tak żeby powyżej kolana I na każde udo przysadziłem po pszczole.

Tatiana podziękowała, a za pół godziny klęła jak szewc! Wyszło, iż ma uczulenie na jad, nogi spuchły jak kłody ruszyć się nie mogła!
Mówiłam, doktor Ajbolit
Skąd miałem wiedzieć! Ani ty, ani ja Balbina, bierz miodku, alergii nie masz, co?
Nie, panie Wojciechowski!
I dobrze, sława Bogu!

Herbatę wypiliśmy.
Na dworze już się ściemniło, ogarnęło mnie zmęczenie.
Teściowa zaciągnęła firanki:
Wojtuś, gdzie wam pościelić?
Mamo, może na piecu? Balbina, zgadzasz się spać na piecu?
Jak najbardziej!
A już! Tata własnymi rękami naszą karmicielkę, cegiełka po cegiełce, stawiał pochwaliła się teściowa.
Wojciechowski popatrzył z dumą.
I miał czym się chwalić piec i ogrzeje, i nakarmi, i całą rodzinę wokół jednoczy.
W nim ogień jasny, życiodajny!

Podziękowaliśmy gospodyni i podnieśliśmy się od stołu.
Mąż, klepiąc mnie po plecach, podsadził na piec.
Z mroku, z powały, uderzył w nozdrza aromat nagrzanego cegły, suszonych ziół, owczej wełny i bochna chleba.
Wojtek zaraz usnął, a ja przewracałam się z boku na bok.
Coś tu dziwnego!
Po prawej ktoś ciężko sapał:
Puf-puf, puf-puf
Domowy duszek! Na pewno! przypomniałam sobie zasłyszaną rymowankę z dzieciństwa:
Duszku, duszku, nie wdaj się z nami w muszku!

Dopiero rano przyszła prawda: to nie duszek, tylko zaczyn drożdżowy teściowa zostawiła przy piecu, bo chciała chleb upiec, a zapomniała.

Jeszcze nie raz zawitamy do gościnnego domu Wojtkowych rodziców by słuchać opowieści pana Wojciechowskiego, grzać się przy piecu i jeść domowy chleb.
Ale o tym innym razem!

Idź do oryginalnego materiału