Moja kochana. Opowieść o Marzenie, która odkrywa, iż dorastała w rodzinie zastępczej, i o spotkaniu z biologiczną matką w cieniu trudnej prawdy oraz rodzinnych sekretów z przeszłości

newsempire24.com 2 dni temu

Moja ukochana. Opowieść

Martyna dowiaduje się, iż wychowała się w rodzinie zastępczej.

Do dziś nie może w to uwierzyć. Ale już nie ma z kim o tym porozmawiać. Jej przybrani rodzice odeszli prawie jedno po drugim. Najpierw podupadł tata. Położył się do łóżka i już z niego nie wstał. Chwilę później odeszła mama.

Martyna wtedy czuwała przy łóżku mamy, trzymając jej słabą, bezwładną dłoń. Mama była w bardzo ciężkim stanie. I nagle Martyna zauważa, iż mama otwiera lekko oczy:

Martynko, córeczko… my z tatą nigdy nie mieliśmy odwagi ci powiedzieć. Nie mieliśmy serca… Znaleźliśmy cię. Tak, znaleźliśmy, w lesie, płakałaś, byłaś zagubiona. Czekaliśmy, aż ktoś będzie cię szukał. Zgłosiliśmy się choćby na milicję. Ale nikt cię nie szukał. Może coś się stało, nic nie wiem. Pozwolono nam ciebie adoptować.

W domu, w komodzie, tam gdzie trzymam dokumenty, są różne papierki… Korespondencja, przeczytaj sobie. Wybacz nam, córeczko. Mama już nie może, zamknęła oczy.

Co ty mówisz, mamusiu, Martyna przytula dłoń mamy do policzka, nie wiedząc co powiedzieć. Mamusiu kochana, kocham cię, chcę, żebyś wyzdrowiała.

Ale cud się nie wydarzył. I po paru dniach nie było już mamy.

Lepiej by było, gdyby nic wtedy Martynie nie powiedziała.

Mężowi i dzieciom Martyna wtedy nie wspomniała nic o ostatnich słowach babci. Sama jakby o tym zapomniała, wyrzucając matczyne wyznanie gdzieś na dno pamięci.

Dzieci bardzo kochały babcię i dziadka. Martynie w ogóle nie zależało na tym, by wszystkich poruszać mało komu potrzebną prawdą.

Jednak któregoś dnia, pod wpływem niejasnego impulsu, otwiera w końcu teczkę, o której wspominała mama.

Wycięty artykuł z gazety, zapytania, odpowiedzi. Martyna zaczyna czytać i nie może przestać. Kochani, ukochani rodzice!

Znaleźli ją, Martynę, mającą półtora roku, w lesie. Sami byli już po czterdziestce. Dzieci nie mieli. I nagle płacząca dziewczynka wyciąga do nich rączki.

Wiejski dzielnicowy bezradnie rozkładał ręce nikt nie zgłosił zaginięcia dziecka.

Adoptowali Martynę. Ale mama ciągle szukała jej rodziny.

Chyba już nie po to, by kogoś znaleźć. Bardziej, by się upewnić, iż nikt nie upomni się nagle o ich ukochaną córeczkę.

Martyna zatrzaskuje teczkę i odkłada ją głęboko do półki. Po co komu ta prawda?

Po tygodniu niespodziewanie wzywają Martynę do kadr:

Proszę, pani Martyno Pawłowno, interesują się panią z poprzedniego miejsca pracy.

Przy kadrowej siedzi kobieta około wieku Martyny:

Dzień dobry, nazywam się Nadzieja. Bardzo muszę z panią porozmawiać ogląda się na kadrową to w sprawie zapytań od Ireny Lubomirskiej. Przecież to pani mama?

Powiedziano, iż to sprawa z dawnej pracy! oburza się kadrowa sprawy osobiste załatwia się po godzinach!

Pani Nadziejo, może wyjdziemy porozmawiać proponuje Martyna. Wychodzą pod spojrzeniem kadrowej.

Proszę mi wybaczyć, to dziwna historia, ale obiecałam… zaczyna zdenerwowana Nadzieja:

Około trzech lat temu spotkałam swoją pierwszą nauczycielkę. W Krępie, w podstawówce u niej się uczyłam. Potem wyjechała. Została sama, w wieku, schorowana. Zaprosiła mnie kiedyś na herbatę. Poprosiła o pomoc w pewnej sprawie. Podobno jej córeczka dawno temu zaginęła, była malutka. Pisała z pani mamą.

Przepraszam, Nadziejo, mama nie żyje, ja się tym nie zajmuję odpowiada oschle Martyna i odwraca się.

Przepraszam, pani Martyno, wszystko rozumiem. Ale wie pani… ona, pani Wiera Wasiliewna, bardzo choruje. Ma raka. Lekarze mówią, iż zostało jej niewiele. Bardzo chce jeszcze odnaleźć córkę. Szuka jej całe życie. choćby dała mi kosmyk włosów, by zrobić badania. Może sobie pani wyobrazić?

Martyna już chce zakończyć rozmowę, ale coś ją powstrzymuje:

Mówi pani, iż ona bardzo chora?

Nadzieja przytakuje.

Martyna bierze od Nadziei woreczek z kosmykiem włosów i umawiają się na telefon.

Po tygodniu jadą razem do szpitala do Wiery Wasiliewny.

Wchodzą do sali, a Wiera Wasiliewna wpatruje się na oślep w twarze:

Och, Nadziu, to ty! Dziękuję, kochana uśmiecha się z wdzięcznością, jakby zawstydzona, i patrzy pytająco na Martynę.

Pani Wiero, znalazłam ją. To Martyna, chciała sama przyjechać mówi Nadzieja i wręcza Wierze kopertę.

Co to jest? choćby w okularach pewnie nie rozpoznam jej oczy patrzą bezsilnie na gości.

Wynik badania Nadzieja wyciąga kartkę z koperty tu jest napisane, iż jesteście rodziną. Martyna to pani córka.

Twarz Wiery Wasiliewny się zmienia, promienieje. Nie może powstrzymać łez szczęścia:

Moje dziecko, dziękuję wam… Moja kochana, jakie to szczęście. Znalazłam cię. Jesteś zdrowa, piękna, wyglądasz jak ja w młodości. Moja najdroższa Całe życie budziłam się po nocach, śniło mi się, iż płaczesz, iż mnie wołasz.

Nie mam usprawiedliwienia.

Żyjesz, jesteś… teraz jestem spokojna.

Po jakimś czasie Nadzieja i Martyna wychodzą od Wiery. Widać, iż siły ją opuściły, usnęła.

Dziękuję pani, Martyno, widziała pani, jaka jest słaba. Dała jej pani szczęście.

Kilka dni później Wiera Wasiliewna odchodzi.

Martyna drze wszystkie papiery z teczki mamy. Nie chce, by ktokolwiek poznał tę niepotrzebną prawdę.

Ale własciwie nie ma czego znać. Bo Martyna nigdy nie miała żadnej innej mamy.

A Wiera Wasiliewna? To po prostu święte kłamstwo. Czy postąpiła słusznie? Uważa, iż to było najlepsze wyjście.

Zresztą, każdy odpowiada przed Bogiem za wszystko, co w życiu zrobił.

Idź do oryginalnego materiału