Mój związek z byłą zakończył się w gmachu sądu w Warszawie. Nie zamierzam wskazywać winnych w relacjach zawsze odpowiedzialność spada na obie strony.
Faktem jednak jest, iż moja druga żona, Małgorzata, wdała się w romans. Jej kochanek to majętny właściciel sieci cukierni, pan Nowacki, który przeprowadził się z Krakowa i otworzył tutaj kawiarnię przy Nowym Świecie. Początkowo starała się ukrywać tę znajomość, ale z czasem choćby nie próbowała udawać. Otwarcie zaczęli się spotykać.
W końcu Małgorzata przyszła do mnie z zimną twarzą i zakomunikowała, iż chce rozwodu. Zagroziła, iż złoży pozew i zażąda połowy naszego mieszkania. Liczyła na moje zdenerwowanie, na łzy, ale mieszkanie zostało w całości kupione za moje ciężko, uczciwie zarobione pieniądze. Przez dwa lata mieszkała ze mną i to wszystko. Teraz bezczelnie rości sobie prawo do czegoś, z czym nigdy nie miała nic wspólnego.
Zachowałem jednak stoicki spokój. Nie próbowałem jej choćby przekonywać ani odciągać od sądu. Czekałem na wynik rozprawy, pewny swego i na to, jak przyjdzie jej płacić opłatę sądową w złotówkach. Po pierwszym, gorzkim doświadczeniu z Kamilą, moją pierwszą żoną, nie byłem już naiwny. Tamta batalia sądowa ciągnęła się ponad trzy lata i każda rozprawa kończyła się awanturą na całą salę. Kamila była zdeterminowana sądziła się o połowę majątku i trafiła w ręce sprytnej prawniczki. W końcu ona wygrała: odebrała mi mieszkanie, które odziedziczyłem po ojcu w Gdańsku.
Jednak z Małgorzatą nie popełniłem już tych samych błędów. Zanim się pobraliśmy, remontowałem własne mieszkanie, samodzielnie układałem kafelki i malowałem ściany ale akt własności zapisałem jeszcze wtedy na mojego brata Piotra. Ufam mu bezgranicznie. Gdy doszło do rozwodu, okazało się, iż formalnie nie posiadam nic. Po pierwszym, dramatycznym rozwodzie żadna kobieta już mnie nie oszuka.
Wyciągnąłem lekcję i dziś patrzę na wszystko z dystansem choćby na łzy i krzyki na sądowym korytarzu.












