Mój syn i jego żona podarowali mi mieszkanie w chwili, gdy z euforią rozpoczęłam nowy etap emerytalnego życia

newsempire24.com 2 tygodni temu

Mój syn i jego żona podarowali mi mieszkanie, gdy wkroczyłam w cień emerytury. Tego wieczoru Marek i Jagoda przybyli z migoczącymi kluczami, a potem prowadzili mnie przez mglisty korytarz do notariusza, którego biurko unosiło się nad chmurami. Jestem tak poruszona, iż słowa topią się w moich ustach; jedynie wymamrotałam:

Po co dajecie mi tak kosztowny podarek? Nie potrzebuję go!
To nasz wieczorny prezent na twoją emeryturę, wpuścimy tu nowych lokatorów rzucił Marek, a jego głos odbijał się echem jak w kościele.

W tym czasie jeszcze nie dotarłam do ZUS, dopiero co zwolniono mnie z pracy na zasłużoną emeryturę, a oni już wszystko załatwili bez mojej obecności. Zaczęłam się opierać, ale oni kazali mi nie wtrącać się w ich sprawy.

Z Jagodą nie zawsze było gładko: najpierw spokój, nagle burza wybuchała znikąd. To ja byłam powodem chmur, a ona też. Przez lata uczyliśmy się, jak nie wchodzić w tarcia, jak nie rzucać kamieni. Od kilku lat, dzięki Bogu, żyjemy w pokoju, jak dwa gołębie na parapecie.

Gdy moja siostra Helena dowiedziała się o podarunku, od razu zadzwoniła, gratulując mi, a potem chwaliła się: Wychowałam dobrą córkę, skoro nie narzekałaś na taki gest!. Dodała, iż sama nigdy nie przyjęłaby takiej oferty i oddałaby ją na rzecz wnuka.

Północą leżałam w łóżku, rozważając, czy dam radę z jedną emeryturą, bo nie potrzebowałam wiele. Rankiem przywołałam Kacpra i delikatnie zagaiłam o możliwość zamieszkania w nowym lokum. Mój wnuk, prawie szesnastoletni, miał wyruszyć na studia, miał dziewczynę, której nie mogła przywieźć do rodziców.

Babciu, nie martw się! Ja sam zadbam o siebie! odparł Kacper.

Wszyscy odmawiali przyjęcia mieszkania. Proponowałam je Jagodzie, Kacprowi, a choćby Markowi.

Przypomniałam sobie przypadek starszej siostry Haliny: jej szwagierka straciła dom i musiała zamieszkać w komunalnym mieszkaniu, trzymając się go jak tonący w płytkiej wodzie.

Nasz wujek Wiktor od piętnastu lat nie ma go w rodzinie, a jego spadkobiercy wciąż się spierają, bo nie potrafią podzielić majątku bez krzyku.

Kiedyś w telewizji zobaczyłam, iż moi rodzice, Stanisław i Zofia, zapisali swój dom na Marka, ale on wyprzegnął ich, wyeksmitował i sprzedał, zostawiając ich na ulicy.

Płakałam nie wiem, czy z wdzięczności, czy z dumy. Po wizycie w ZUS usłyszałam, iż moja emerytura to dwa tysiące złotych, a mój syn wynajął moje mieszkanie za trzy tysiące złotych miesięcznie. Wtedy naprawdę doceniłam dar od dzieci: był królewski.

Idź do oryginalnego materiału