Zaczęło się od tego, iż Krzysztof wracał w niedzielę z negocjacji. adekwatnie to nie sąsiad — po prostu facet, który zawsze tankuje na tej samej stacji co ja, przy wjeździe do Krakowa od strony Zakopanego. Ma zwyczaj myć szybę choćby wtedy, kiedy jest czysta.
Tamtej niedzieli zjechał na pobocze, bo coś leżało przy barierkach. Myślał, iż torba wyrzucona z okna. A to był szczeniak, trzy miesiące, wychudzony tak, iż skóra na żebrach wyglądała jak mokra tektura. Leżał skulony przy asfalcie i choćby nie próbował uciekać, kiedy Krzysztof podszedł. Po prostu patrzył. Jedno ucho mu wisiało, drugie stało — jakby pies nie mógł zdecydować, kim jest.
Krzysztof włożył go pod kurtkę, dicznika włączył, wrócił do miasta. Mówił potem, iż jak wjechał do garażu, to przez dziesięć minut siedział w aucie i nie wiedział, co robić. Bo miał w domu dwie rzeczy: plan na poniedziałek rano i telewizor za dwadzieścia tysięcy. A tu nagle żywe stworzenie, które trzeba nakarmić, wygrzać i jakoś nazwać.
Nazwał go Borys. Bez powodu, tak mu się skojarzyło. Może dlatego, iż szczeniak wyglądał jak stary urzędnik po przepracowanym miesiącu.
Krzysztof prowadzi sieć trzech myjni samochodowych. Nie chcę podawać nazwy, ale powiem tak: jakbyście myli auto w Krakowie, to co trzeci raz myjecie u niego. Na pewno widzieliście ten baner z napisem „Czystość przede wszystkim", chociaż nikt nie wie, dlaczego z literą „C" pisaną z błędem. On sam nie poprawia. Mówi, iż to celowo, bo ludzie zapamiętują.
Więc Borys zamieszkał w domu pod Krakowem, w takim osiedlu, gdzie same nowe wille i trawniki przycięte jak wojskowe fryzury. Krzysztof kupił mu legowisko za siedemset złotych. A potem drugie — bo psu się nie spodobał kolor. Znam go na tyle, iż wiem: on serio myślał, iż psu zależy na kolorze. Bo on sam ma piętnaście samochodów i każdy w innym kolorze. Codziennie rano wybiera. Czasem stoi w garażu jak w garderobie i patrzy: audi niebieskie, bo będzie padać, bmw czarne, bo ma spotkanie z prawnikiem, mercedes biały, bo piątek.
Śmieje się z tego, ale nie oddaje ani jednego.
Borys go zmienił. Nie od razu — powoli, tak jak trawa wyrasta po zimie. Krzysztof zaczął wstawać o piątej, bo pies chciał wyjść. Zaczął wychodzić na spacery w deszczu, czego wcześniej unikał choćby z parasolem. A potem, jakoś samo, przestał jeździć na te niedzielne negocjacje. Zamiast tego brał Borysa w aucie i jechali nad Wisłę, za Tyniec, gdzie można puścić psa luzem i nikt nie robi uwag.
Kiedyś mi powiedział przy dystrybutorze, iż przez pierwsze trzydzieści siedem lat swojego życia nie pamiętał, jak wyglądają gwiazdy nad miastem. Bo zawsze patrzył pod nogi na chodnik i do przodu na drogę. A teraz Borys każe mu się zatrzymywać i czekać, aż on obwącha krzak. I wtedy człowiek podnosi głowę.
Potem Krzysztof zaczął zabierać Borysa do biura. Myjnie to nie są miejsca przyjazne dla zwierząt, ale on mu postawił kojec przy kaloryferze w pomieszczeniu socjalnym i nalał wody z filtra, którą sam pija. Pracownicy najpierw się krzywili, a potem przyzwyczaili. Jedna z kasjerek, pani Ewa, która ma pięćdziesiąt dwa lata i syna w Anglii, zaczęła przynosić psu kabanosy. „Pan to się zajmuje psem lepiej niż niektórzy dziećmi" — powiedziała mu któregoś dnia. Krzysztof nie wiedział, czy to komplement, czy coś o nim.
A teraz sedno. Bo ja to wszystko opisuję nie bez powodu. Znam go tylko z widzenia, ale pewnego wieczoru Krzysztof powiedział mi coś, czego nie zapomnę.
Staliśmy pod wiatą stacji. On lał paliwo do białego mercedesa, Borys siedział na tylnym siedzeniu i dyszał w szybę. Zapadał zmrok, te długie fioletowe cienie na parking wjeżdżały. Krzysztof nagle przestał pompować, oparł dłoń o dach auta i patrzył gdzieś ponad dystrybutory, w stronę wiaduktu.
— Pies nie dba o to, ile kosztuje twoja koszula — powiedział. — Pies dba o to, czy wracasz do domu.
I wtedy dodał rzecz, po której nie wiem, jak wrócić do rozmowy o pogodzie.
— Jak miałem dwadzieścia lat, matka oddała naszego psa do schroniska. Kiedy byłem w wojsku. Powiedziała, iż nie ma kto z nim wychodzić. A jak wróciłem, to mnie czekała pusta buda i jej nowe dywany.
Zapalił papierosa, chociaż przy dystrybutorze nie wolno. Nikt nie zwrócił uwagi. Albo nikt nie chciał.
— Piętnaście aut — powiedział. — I każdy myśli, iż to jest szczęście. A szczęście to było wtedy, w tej budzie, i miało na imię Reks.
Nie dokończył tankowania do pełna. Schował pistolet, wsiadł do auta, Borys przeskoczył z tylnej kanapy na siedzenie pasażera. Odjechał w stronę osiedla. A ja zostałem z zapachem benzyny i myślą, iż czasem człowiek kupuje piętnaście samochodów tylko po to, żeby nimi zagłuszyć pustą budę.
Kilka dni potem spotkałem go w Tesco na Kapelance. Borys siedział na wózku, bo sklep jest zamknięty dla psów, ale Krzysztof go wniósł pod pachą jak torbę ziemniaków. Kupował karmę taką, co kosztuje sto osiemdziesiąt złotych za worek. Trzy worki. I jeszcze konserwy, i przysmaki w słoiczkach.
— Pan to chyba tego psa bardziej karmi niż siebie — powiedziałem.
A on, nie odrywając wzroku od półki z zabawkami:
— Bo on mi się za coś odwdzięcza. Sam nie wie za co.
I tu się kończy moja znajomość z Krzysztofem. Bo w zeszłym tygodniu przyjechałem na stację, a on już tam stał. Tylko jakoś inaczej. Nie tankował. Nie wybierał koloru. Stał przy aucie, a na szybie miał ogłoszenie, przyklejone od środka taśmą: „Oddam kanapę i trzy fotele. Za darmo. Krzesła też."
— Pies — powiedział, jakby to wszystko wyjaśniało. — Wczoraj zjadł pilot od bramy. Tak patrzył na mnie, jakby czekał, aż go zjem z powrotem. To mu oddałem telewizor. To znaczy, nie zjadł telewizora. Ale popatrzył tak, iż przestałem go oglądać.
Mówił, iż kanapę oddaje, bo Borys i tak leży na podłodze. Że samochody teraz psują się w garażu, bo jeździ tylko jednym — kombi, żeby psu było wygodniej w bagażniku. Że biuro zamienił na parter, bo po schodach pies wchodzi, ale potem stoi i szczeka, żeby go znieść, bo w dół się boi. Więc wynajął nowy lokal, o trzydzieści procent droższy, tylko dlatego, iż od ulicy ma zero stopni.
— To może być początek końca — zażartowałem. — Psa pan nie odda, a auta pan rozda.
Krzysztof włożył nogę na zderzak i sprawdził sznurówkę, chociaż nie była rozwiązana.
— Ja nie oddaję. Ja mu po prostu daję to, co on jakimś cudem wie, iż mi niepotrzebne.
Wsiadł do tego kombi. Borys zaszczekał raz, krótko. Wyjechali na zakopiankę, w stronę chmur, które zbierały się nad miastem jak ciężkie firany.
A następpnego dnia na stacji pojawiła się pani Ewa z myjni. Ta kasjerka. Zapytała, czy wiem, iż Krzysztof sprzedał tego mercedesa, białego, za sto osiemdziesiąt tysięcy. Mówiła, iż chciałby coś zrobić. Podobno zapisał się na szkolenie dla behawiorystów. Nie wie, co to znaczy, ale wie, iż kosztuje siedem tysięcy za dwa weekendy.
— On chyba już nie jest tym samym człowiekiem — powiedziała i poprawiła torbę na ramieniu. — Kiedyś by tych pieniędzy nie wypuścił z rąk. A teraz mówi: psu trzeba dać pracę, a nie wypłacać pensję.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Więc powiedziałem, iż benzyna zdrożała o dwanaście groszy. A w środku coś mi mówiło, iż nie benzyna jest tu tematem.
Wczoraj jechałem przez osiedle, tam gdzie są te wille z trawnikami. Koło jednej z nich stał Krzysztof. W rękach trzymał smycz, a Borys wąchał żywopłot, długo, jakby chciał zapamiętać zapach na całe życie. Krzysztof patrzył na niego tak, jak ludzie patrzą, kiedy nie muszą już nikomu nic udowadniać.
Na podjeździe stały dwa auta. Niebieskie i czarne. Reszty nie było.
I wtedy zrozumiałem, iż on nie kupuje już piętnastu samochodów, żeby rano wybierać. Kupił jednego psa, żeby nie musieć niczego wybierać wcale.












