Mój stary znajomy, Maciej, lat 42, w końcu się ożenił. Twierdzi z dumą, iż jego żona to mistrzyni w mopowaniu i gotowaniu schabowych, a cała reszta go kompletnie nie rusza.
Macieja znam od małego. Bawiliśmy się razem na trzepaku pod blokiem w Olsztynie, graliśmy w kapsle, a czasem kombinowaliśmy jakby tu podebrać sąsiadce porzeczki z ogródka. Gdy dorastaliśmy, całą paczką szliśmy do centrum nie po to, żeby podbijać serca dziewczyn, tylko raczej żeby pokazać klasie, jakich mamy kolegów. Kto by się zresztą przejmował wielką miłością w wieku czternastu lat? Liczyło się, mieć ekipę i nie wyjść na lamusa.
Później mnie wcielili do wojska, a Maciej jakimś cudem, może dzięki kuzynowi policjantowi, wymigał się od służby. Po wojsku znalazłem normalną robotę, wziąłem ślub z Martą i przez dziesięć lat jako-tako się układało. Doczekaliśmy się dwójki dzieci i… ni z tego, ni z owego, zrobiło się między nami chłodno jak na dworcu w grudniu. Zaczęły się kłótnie o drobiazgi, potem już o wszystko i w końcu rozwód. Rozdzieliliśmy się kulturalnie, bez rzucania sztućcami.
Dwa lata później, już ustabilizowany (czyli wciąż z ratą kredytu, ale bez żony), nagle spotykam Macieja w piekarni koło Zielonego Rynku. Poznałem go z trudem trochę mu się zaokrągliło, tu i ówdzie. Usiadłem z nim na kawie i wyszło, iż jego małżeństwo też jak to się mówi nie pykło. Od jakiegoś czasu polował na nową miłość.
Minął rok, ożeniłem się z Małgosią. Los chciał, iż niedługo potem znów natknąłem się na Macieja. I co się okazuje? On także nie zasypiał gruszek w popiele i znalazł sobie żonę. Muszę przyznać, iż nie w moim typie kobieta pokaźnych rozmiarów, z wielkim sercem… i równie wielką kolekcją garów.
Co ci się w niej spodobało? dopytuję go kiedyś przy kuflu Żywca.
A Maciej jak to Maciej: Stary, ona robi taki bigos, iż choćby teściowa milknie. Mieszkanie mam lśniące, obiad zawsze na stole. I wiesz co? Ona nigdy nie narzeka. Mogę spokojnie oglądać mecz, iść z chłopakami na orła do baru pod Szprotką. Jeszcze mi piwo do lodówki cicho wrzuci!
No i zgłupiałem. Dla mnie żona to kompan, partnerka, ktoś z kim można wieczorem pogadać, pojechać razem rowerem na Mazury czy obejrzeć głupią komedię na Netfliksie, choćby jeżeli oboje zasypiamy w połowie. Lubię, jak można razem popichcić, posprzątać, a czasem się choćby pokłócić o to, czy pierogi lepiej lepić z mięsem czy ruskie. Najważniejsze, iż nadajemy na tych samych falach.
Niektórzy stawiają na błysk podłogi i gorący rosół ja wolę, jak w domu pozostało śmiech, trochę szaleństwa i wspólny plan, choćby jeżeli zaczyna się od Dobra, dzisiaj nic nie robimy.
W końcu jak dwie osoby pedałują razem w tym samym rytmie i kierunku, to choćby najdłuższy rajd po Kaszubach okaże się wygraną, a nie kolejnym dramatem do opisania na Facebooku.
A Ty, masz podobnie?














