Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć, co wydarzyło się u mnie niedawno, bo sama nie wierzę, iż zdobyłam się na coś takiego!
Mój mąż, Tomek, ma 45 lat i z roku na rok coraz częściej gubi ważne rodzinne daty. Ale na przykład kiedy zmienić olej w samochodzie, kiedy chłopaki umawiają się na wędkowanie czy który weekend warto jechać na ryby wszystko to wie na pamięć lepiej niż kalendarz w telefonie. Niestety, jeżeli chodzi o moje urodziny czy rocznicę Sama rozumiesz.
Z reguły ratowałam sytuację wyprzedzająco jakieś delikatne aluzje, liściki na lodówce, a czasem choćby prosto z mostu pytałam. Ale w tym roku, na moje 45-te urodziny, postanowiłam, iż nie będę mu pomagać. Liczyłam, iż po 25 latach małżeństwa już się czegoś nauczył!
No i co? W piątkowy poranek Tomek lata po mieszkaniu, szykuje plecak i sprzęt. Wpada do kuchni, zgarnia kubek z kawą i pyta: Aga, widziałaś mój termos? Chłopaki już czekają, muszę się spieszyć! Jedziemy nad Wartę, teraz ponoć najlepiej biorą. Będę w niedzielę, nie licz na kontakt.
Bum! Szybki buziak w policzek, choćby na mnie nie spojrzał. I jeszcze zdążył rzucić przez ramię: Nie nudź się, kup sobie coś fajnego na kolację.
Zamknęły się drzwi. A ja stoję przed kalendarzem, na którym DUŻYMI literami, czerwoną kredką, zaznaczona jest data MOJE urodziny.
Najpierw zrobiło mi się strasznie przykro, aż coś ścisnęło w środku. Potem jednak przyszło mi do głowy, iż skoro liczą się dla niego tylko ryby i koledzy, to może czas przypomnieć mu, iż jestem i JA.
I zaczęłam działać. Wiedziałam, gdzie Tomek trzymał swoje drobiazgi miał sejf, gdzie skrzętnie odkładał każdą złotówkę na wymarzony silnik do swojej łódki. Oczywiście znałam kod, bo czasem, jak to Tomek, zapominał.
Kiedy usłyszałam, iż już wyjechał, otworzyłam sejf, a tam prawie 30 tysięcy złotych! Bez wahania podjęłam decyzję. Czas zrobić sobie przyjęcie życia!
Zadzwoniłam po catering, zaprosiłam dziewczyny, przystroiłam cały salon kwiatami. Było głośno, wino się lało, muzyka grała i przez chwilę poczułam się jak nastolatka. Następnego wieczoru kolacja z Anką i Olą w restauracji z widokiem na Poznań, spa z masażem A na koniec, najważniejsze: kupiłam sobie broszkę, na którą od dawna zerkałam w galerii, ale zawsze było szkoda pieniędzy bo wspólne plany.
W niedzielę wieczorem wraca Tomek buzia uśmiechnięta, reklamówka z rybami w ręku: No to przywiozłem zdobycz! Fajnie było! Wchodzi do salonu i stanął jak wryty. Wszystko pachnie jeszcze kwiatami, z kuchni wystaje kilka pustych butelek, na kanapie torby z butików.
Patrzy na mnie: Aga, co tu się działo? Gości mieliśmy?
Z uśmiechem odparłam: Mieliśmy. Był mój dzień 45-te urodziny. Pamiętasz może?
Chwila ciszy, potem spuszcza głowę: Kurczę przepraszam, naprawdę zapomniałem. Zafiksowałem się na te ryby.
A ja na to: Wiem. Dlatego w tym roku kompletnie się nie przejęłam. Sama sobie zorganizowałam świetną imprezę i prezent też.
Widzę, jak od razu zerka na drzwi od gabinetu. Rzuca tam szybkim krokiem i po chwili wraca blady. Aga, gdzie są pieniądze? Tam jest pusto
Machnęłam ręką na salon: Tu! Wszystko wydałam na siebie i na te kilka cudownych dni!
Wylał z siebie: No ale to przecież na silnik do łódki! Dwa lata odkładałem!
A ja spokojnie: Ja cierpliwie czekałam dwadzieścia pięć. Zapomniałeś o moim święcie, to i ja zapomniałam o twoim silniku.
Usiadł w milczeniu na kanapie, patrzył na wiadro ryb, potem na sejf, potem znowu na mnie. Awantury choćby nie zrobił, bo przecież to były wspólne pieniądze.
Przez pół roku odkładał od nowa na ten swój silnik. Ale teraz, gdy zbliża się jakakolwiek ważna data, mam wrażenie, iż całą rodzinę informuje: Aga ma urodziny! Aga ma imieniny!. W telefonie ustawione alarmy tygodniowe, dzienne, godzinne. Widocznie niektóre lekcje muszą być drogie, żeby je dobrze zapamiętać!













