Dwanaście lat razem. Dwójka dzieci.
Córka ma dziesięć lat. Syn pięć.
Od miesięcy mąż wraca do tego samego tematu. Chce trzeciego dziecka.
Ja na samą myśl czuję panikę.
Kiedyś marzyłam o dużej rodzinie. To prawda.
Ale codzienność wygląda inaczej niż marzenia.
Ja gotuję. Ja sprzątam. Ja pilnuję dzieci.
Do tego pracuję zdalnie, na pół etatu.
On mówi: „utrzymuję rodzinę”. I na tym koniec.
Nigdy nie przewinął pieluchy. Ani razu.
Nie wstawał w nocy do dzieci. Nigdy.
Nie był z nimi u lekarza. Ani jeden raz.
Cały dom stoi na mnie.
Myśl o kolejnej ciąży mnie przeraża.
Niemowlę, znowu sama. Bez pomocy.
Wczoraj wieczorem znowu zaczął.
Mówił, jaki jest wspaniałym mężem.
Jaki jest świetnym ojcem.
Dlaczego „powinniśmy” mieć trzecie dziecko.
Nie wytrzymałam.
— Nie jesteś takim ojcem, za jakiego się uważasz — powiedziałam.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
— Co ty opowiadasz? — zapytał.
— Dzieci ledwo cię znają — odpowiedziałam.
— Albo cię nie ma, albo krzyczysz.
— To nieprawda — rzucił ostro.
— Prawda — powiedziałam spokojnie.
— Nie zostanę samotną matką trzeciego dziecka.
— Już przy dwójce ledwo daję radę.
Zamilkł na chwilę. Potem wybuchnął.
— Jesteś niewdzięczna — krzyknął.
— Ja się staram dla tej rodziny!
— Ty się starasz zarabiać — odpowiedziałam.
— Ja się staram o wszystko inne.
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
Pojechał do matki.
Wrócił następnego dnia.
— Nie kocham cię — powiedział od progu.
— Nie chcesz więcej dzieci, więc nie kocham cię.
Stałam jak sparaliżowana.
— Spakuj się i wynoś — dodał.
Byłam w szoku. Ale zaczęłam pakować walizki.
Ręce mi się trzęsły.
Dzieci pytały, co się dzieje.
Powiedziałam, iż mama wyjeżdża na chwilę.
Stanęłam w drzwiach z torbami.
Odwróciłam się do niego.
— To dzieci będą samotne, nie ja — powiedziałam.
Jego twarz zbladła.
Wyszłam, zamykając drzwi za sobą.











